Wpisy z tagiem: lista sprzed ćwierćwiecza

poniedziałek, 29 czerwca 2015

fragment zapisu z dnia 22 czerwca 1990 roku

fragment zapisu z dnia 22 czerwca 1990 roku

W pierwszy dzień wakacji, 22 czerwca 1990 roku, nagrałem dzięki (przedostatniej, jak się okazało) audycji "Muzyka młodych" album "Tales od Creation" szwedzkiej doom metalowej grupy Candlemass. Nie żebym był tego wtedy świadomy - ze słuchu zapisałem nazwę kapeli jako "Kendermas", nazwy albumu nie dosłyszałem i dopiero Internet mi pomógł zidentyfikować wykonawcę i album.

Nie miałem zbyt wiele do czynienia z doom metalem. Być może "Kendermas" to jedyny zespół tego gatunku, którego wysłuchałem więcej niż jedną piosenkę i gdy przeglądam listę zespołów grających doom metal, rozpoznaję - poza wyżej wymienionym - tylko trzy nazwy, z których tylko co do jednej mam pewność, że słyszałem tej kapeli przynajmniej jeden utwór (i to mimo tak swojsko brzmiących nazw jak Danzig czy Minsk). Nie wiem więc, na ile jest to zespół reprezentatywny, ale skoro ich pierwsza płyta zdefiniowała gatunek, to zakładam, że czwarta zbytnio się od niego nie oddaliła.

Album zaczyna się niedługą liryczną wstawką ("The Prophecy", 0:01), po której następuje drugi, znacząco żwawszy utwór ("Dark Reflections", 1:28). I bardzo dobrze, bo jestem fanem takich rozpoczęć od "Alice in Hell" Annihilatora, ale po drugim utworze tempo wyraźnie spada. Kolejne utwory mają nadal wyraźny rytm, ale powolny, momentami niczym żałobny marsz. Och, nie wątpię, że doskonale podkreśla on epickie teksty piosenek, ale nie tego wtedy w muzyce szukałem. Dopiero ósmy utwór o wdzięcznym tytule "Through the Infinitive Halls of Death" (30:21) znów jest szybszy - i przez to znacznie milszy dla mego ucha. Zamykający album utwór tytułowy (35:54) znów jest epicko powolny, ale przynajmniej perkusista uderza dwa razy mocniej i wreszcie wyraźnie słychać gitary elektryczne.

A że nie tego wtedy w muzyce metalowej szukałem, to po nagraniu albumu

(które zdarzyło się dlatego, że akurat miałem wyjątkowo dwie wolne kasety, bo od razu po zakończeniu roku pojechałem do centrum miasta kupić dolara za 9500 złotych i następnie - za tego dolara - kupić kasetę BASF; podczas wyprawy pożyczyłem koledze pieniądze, by i on kupić sobie mógł jednego amerykańskiego dolara, a że ów po powrocie nie miał jak mi pożyczonych pieniędzy oddać, dał mi w zastaw kasetę Sony 90)

zbytnio go nie słuchałem. Ani bowiem nie kojarzę tych utworów, ani w zapiskach kolejnych dni i tygodni ni razu nie pada zdanie, bym ten album przesłuchał. Ani żadnego innego, prawdę mówiąc. The moment has passed.

The moment has passed także i na samą audycję "Muzyka młodych". Jak właśnie wyczytałem, dokładnie 25 lat temu, 29 czerwca 1990 roku, po raz ostatni ją nadano w polskim radiu. Nie zauważyłem nawet tego wtedy: gdy ją nadawano, byłem na wakacjach nad jeziorem na Mazurach. Gdy z nich wróciłem, inne wakacyjne rozrywki zajmowały mi czas i w piątkowe późne popołudnia nie siedziałem w domu. A później inne rzeczy zaczęły zajmować mą głowę: ZX Spectrum i BMX.

A szkoda. W ciągu poprzedzającego zniknięcie z anteny półtora roku audycja ta dostarczyła mi wiele radości prezentując w eterze pełne metalowe albumy (witamy w PRL-u, słyszeliśmy o towarze dostępnym w sklepie bez kartek, wolnych wyborach i prawach autorskich, ale uznaliśmy te idee za niepasujące do tutejszego klimatu). "Port Royal" Running Wild, "South of Heaven" Slayera, "Ram It Down" Judas Priest, "Terrible Certainty" Kreatora, "And Justice For All" MetallicI, "Keeper of the Seven Keys Part 2" Helloween, "Agent Orange" Sodomu i opisywane powyżej "Tales of Creation" Candlemass - te wszystkie albumy (i pewnie wiele innych, przegrywanych od znajomych metali) poznałem dzięki tej audycji, nagrywając je samemu na kasety lub słuchając ich u braci M., którzy je nagrali. A potem to źródło darmowych albumów się nagle skończyło i trzeba było kupować równie legalne kasety w efemerycznych sklepikach i stoiskach w różnych punktach miasta.

sobota, 02 maja 2015

Jeżeli moja hipoteza solipsyzmu[citation needed] jest fałszywa, oznacza to, że nie żyję w izolacji od innych jednostek ludzkich (jeżeli jest ona prawdziwa, tworzę sobie czasem naprawdę przedziwne konstrukty ludzkie). Niezależnie od niej jednak, dzięki innym jednostkom zdarza mi się zetknąć z gatunkami muzycznymi, zespołami, artystami i utworami, których bez nich bym nie poznał (świadomie; jeżeli ten TAŻ jest prawdziwy, wszystkie przecież ja wymyśliłem). I czasem mimo zupełnej rozbieżności między danym utworem a mym zwykłym gustem muzycznym, tak zapoznany utwór nad wyraz przypada mi do gustu, co potwierdza inny, wspomniany już, mój TAŻ, że to, czy utwór muzyczny jest dobry czy nie absolutnie nie zależy od jego gatunku czy stylu.

Tak się składa, że mam siostrę. Choć może źle to ująłem: siostra ma jest zdecydowanie zbyt indywidualną jednostką, by można było powiedzieć, że ją "mam". To ona zdecydowanie ma sama siebie. Może więc zdanie: "Tak się składa, że jest moja siostra" byłoby bardziej poprawne z punktu widzenia formalnego (przynajmniej tak długo, jak mój solipsyzm nie jest prawdziwy). Siostra moja, mimo mej prób jej muzycznego wychowania (lista jej ulubionych kapel w wieku lat około pięciu obejmowała Helloween, Bon Jovi, Anthrax, MetallicĘ i AC/DC) posiada zupełnie różny gust muzyczny ode mnie, o czym regularnie przekonuję się dzięki popularnemu portalowi społecznościowemu.

Lista przebojów mojej 4,5-letniej siostry.

Lista przebojów mojej 5,5-letniej siostry.

Lista przebojów mojej siostry, gdy miała 4,5 roku i 5,5 roku i jeszcze miałem na jej gust muzyczny jakiś wpływ.

Na owym portalu rzadko klikam na umieszczane przez ludzi klipy muzyczne. Wolę czytać niż oglądać, jako że to drugie wymaga po pierwsze założenia słuchawek, by coś słyszeć w codziennym rozgardiaszu, po drugie zaś - większej ilości czasu, którego mi szkoda (artykuł przeczytam w minutę lub przelecę wzrokiem w kilka-kilkanaście sekund; klip muzyczny to 3 do 6 minut wpatrywania się w ekran). Czasem jedynie, gdy mam akurat wolny czas i niewiele chęci, by się ruszyć od komputera lub coś na nim porobić, odtwarzam je. Wiele więc z wrzucanych przez znajomych piosenek nigdy do mnie nie dociera.

Utwór "(Hey You) The Rock Steady Crew" pojawiał się na "ścianie" mojej siostry kilkukrotnie. Wpierw go zignorowałem, aż za którymś z kolejnych pojawień się (trzecim? czwartym?) w wolnej chwili postanowiłem go posłuchać. I się zauroczyłem tym utworem i jego żwawym rytmem. Dość to zdumiewające, bo nic by na to nie wskazywało. Ani nie jest to cięższe brzmienie, ani porwać mnie nie mógł banalny tekst, składający się z dwu naprzemiennych refrenów, ani nie ma w nim rozbudowanej sekcji dętej.

Sam teledysk też nie jest oszałamiający, choć to akurat zależy od gustu. Na pewno jest na wskroś przesiąknięty latami 80-tymi, do tego stopnia, że aż się dziwię, że nie kojarzę tego kawałka z serialu "Miami Vice", tak do siebie pasują. Pokazani w nim b-boy'e też nic wyjątkowego nie pokazują, poza naprawdę fenomenalnymi twarzami. Trochę to dziwi, bo w występie rok późniejszym niż teledysk widać już o wiele więcej ich breakdancer'skich umiejętności. Tu wyglądają, jakby cały ich sznyt ograniczał się do ładnych dresików, za dużych czapek z daszkiem po starszym bracie i kilku podstawowych trikach, które opanowali na betonowym podwórku w ciągu trzech tygodni.

A jednak jest żywy i wpadający w ucho rytm i ciekawa barwa użytego instrumentarium i to najwyraźniej wystarczyło. Od tamtego przesłuchania bowiem już kilkukrotnie wróciłem do tego utworu - w tym za każdym razem, gdy po raz kolejny zauważyłem teledysk na "ścianie" mojej siostry na popularnym portalu społecznościowym. I zapewne wrócę jeszcze nieraz. Nieraz też pewnie w jakiś słoneczny dzień zabrzmi on w mej głowie, choć mimo wszystko nawet wtedy nie będę chodził po mieście machając łokciami tak żwawo i szeroko jak Baby Love, a tym bardziej nie pogrążę się w tanecznych ewolucjach.

sobota, 27 grudnia 2014

W kolumnach: nazwa zespołu, ilość utworów, dawna ich ocena, zmiana, nowa ocena

W kolumnach: nazwa zespołu, ilość utworów, dawna ich ocena, zmiana, nowa ocena

W kolumnach: nazwa zespołu, ilość utworów, dawna ich ocena, zmiana, nowa ocena

Kolejnego, uaktualnionego spisu zawartości mych kaset dokonałem 27 grudnia 1989 roku, leniwego poświątecznego dnia. Większość zawartych na niej danych jest redundancją, powtarzają się bowiem całkowicie zawartości kasety od pierwszej do piątej i od siódmej do dziesiątej. Zmieniają się jednak nieco tych utworów oceny, względem dość subiektywnie ustalonego "dawnego miejsca" na liście

Jedyna zmiana zaszła na kasecie szóstej, gdzie do "Garażki" MetallicI dograłem dnia 18 grudnia 1989 roku album "Shark Attack" zespołu Wehrmacht. Powiew nowości sprawił, że w tym spisie, o dość nietypowej punktacji od -1 do 10 (nota -1 stworzona została, by pokazać, że wartość utworów, które uprzednio dostały najniższą ocenę, czyli 0, spadła w mych oczach jeszcze bardziej), jako jedyny dostał maksymalną notę.

Co ciekawe, album ten jako jeden z dwu (drugim był album Dirk Angel na dziewiątej kasecie) nie doczekał się określenia ilości swych utworów. Mimo bowiem całej mej ówczesnej sympatii do szybszego brzmienia, dokładne ustalenie gdzie kończy się jeden, a zaczyna drugi utwór, a zwłaszcza, czy utwór z końcówki pierwszej strony kasety i z początku drugiej to ten sam utwór, przedzielony w połowie, czy dwa kolejne, przekraczało moje możliwości. I prawdę mówiąc nadal przekracza.

Dość dużo o specyfice ówczesnej sceny metalowej świadczy to, że by zapełnić pierwszą stronę kasety, zespół nagrał trwający minutę odgłos rzygania jednego ze swych członków w akompaniamencie zaśmiewających się z niego i komentujący to pozostałych muzyków. Komentarz: "Aww, it's coming out of his nose!" przez długie lata tkwił w mej głowie, nierzadko wypływając na wierzch po licealnych i studenckich libacjach.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA