Wpisy z tagiem: dwie dekady temu

wtorek, 14 listopada 2017

Mniej więcej dwie dekady temu, między połową października a połową listopada 1997 roku, ponownie zacząłem słuchać metalu. Nie do końca z własnej chęci - jak już wspomniałem, czasy gdy ja decydowałem czego słucham już minęły. Otóż Czarna-Biała, którą byłem wtedy zauroczony, zaczęła wybierać się na cykliczne cotygodniowe imprezy w lokalnym klubie akademickim o wielce mówiącej nazwie "Rock Block".

Impreza formalnie zaczynała się we wtorki o 21:00. Wtedy otwierano zarówno wrota lokalu, za którymi siedziało zawsze przy stoliku dwóch potężnych łysych dresów grających w szachy, jak i kasy biletowe dla tych, którym nie przysługiwał wstęp wolny. Mnie, jako studentowi, przysługiwał, Czarna-Biała była wtedy jednak dopiero w klasie maturalnej, jej więc nie. Przyjeżdżaliśmy zawsze jakieś kilkanaście minut przed ową 21:00, by spróbować złapać jakieś lepsze miejsce w kolejce. Zwykle udawało się to niezbyt i czekało nas 30-40 minut stania na świeżym powietrzu wśród tłumu palącego papierosy i popijającego ukradkiem piwka. Potem spędzaliśmy jeszcze pięć minut w kolejce do szatni patrząc przy tym na postawnych  szachistów i wchodziliśmy na salę gdzieś między 21:30 a 21:50.

Z głośników leciało mocniejsze brzmienie, bębny, gitary elektryczne i basowe, wszystko w żwawym rytmie, na parkiecie jednak były pustki. Czasem, gdy wybierający muzykę DJ dopasował z jakimś "przedskoczkiem", na parkiecie potrafiło pojawić się i kilkanaście osób, czasem jednak nie było nikogo. Ja w tym czasie odstawałem swoje w kolejce po piwa (rozwodnione trzy razy bardziej i kosztujące niemal dwa razy tyle co piwa przy tym samym barze w ciągu dnia; co wiem, bo spędzałem w tym klubie akademickim czasami całe dnie; dzięki temu wiedziałem, do której piwa są tańsze, a po jakimś czasie (za późno, by to regularnie wykorzystywać) zorientowałem się, że w przylegającej do dużej sali drugiej sali, w której dało się przeczekać pod dachem do początku imprezy, piwo jest tańsze nawet i wieczorem). Aż wreszcie nadchodziła 22:00 i z głośników rozlegało się bicie dzwonów:

Wtedy na parkiet wychodziła "stara gwardia". Pląsający po parkiecie rozpierzchali się, gdy owe kilkanaście postaci wchodziło i zaczynało do tych dźwięków headbanging. Gdy ujrzałem to pierwszy raz, patrzyłem zafascynowany: takich widoków mi brakło przez cały okres szkoły podstawowej, gdy słuchałem MetalliciParę miesięcy później i ja o 22:00 ostawiałem piwo na stolik i szedłem pomachać włosami. Ale wtedy też już byłem "stałym klientem", znałem większość repertuaru, który poleci i wiedziałem, że nie będzie to jedyny kawałek, do którego na parkiet wyjdę.

Pełną listę utworów, które się pojawiały na tych imprezach, można ujrzeć tu. Moje wspomnienia są duże mniej pełne - przede wszystkim dlatego, że mało który z tych utworów kojarzyłem przed przybyciem na pierwszą z wtorkowych imprez. Dla mnie to było "to, czego teraz młodzież słucha" i "kapele, które powstały już po tym, jak już przestałem słuchać metalu". Metallica była tu chlubnym wyjątkiem (wraz z Iron Maiden i Sepulturą), a z reszty zdołałem zapamiętać Type O Negative ("My girlfriend's girlfriend" i "Black No 1"), bo Czarna-Biała ich lubiła; "Jump Around" House of Pain, bo choć bardzo mi się spodobał, dziwiłem się co ten utwór robi na rockowej imprezie; "Beautiful People" Marilyn Mansona, postaci ponoć popularnej, a mi przed tymi imprezami całkowicie nieznanej; Offspring ("Come Out and Play"), bo ich akurat kojarzyłem; Rage Against The Machine "Killing in the name"; Rammstein, bo nie mogłem nie; Sepulturę (kojarzyłem ją wcześniej, ale dzięki tym imprezom pokochałem "Ratamahattę" i "Roots") i kojarzyłem, które dźwięki to Therion. Być może, przesłuchawszy wszystkie zapisane na liście utwory przypomniałbym sobie kolejnych kilkanaście - i kto wie, być może tak zrobię - ale nie poznałem wtedy nazw ani utworów ani wykonujących je zespołów, pozostają więc dla mnie po dziś dzień tajemnicą.

Żeby było zabawniej, zafascynowanie tym kawałkiem (który w młodości nie przebijał się na czołówki mych list przebojów) nie przełożyło się nigdy na to, bym przeczytał tekst utworu. Wciąż kojarzę więc z niego tylko wyrywki i tak samo było, gdy headbangowałem do niego na "Rock Block-ach". Taka jest przewaga długich włosów, że gdy nie znałem wersu zakrywałem nimi twarz - lub zaczynałem headbanging. Taka jest w ogóle przewaga długich włosów, że gdy nie wiadomo, co ze sobą zrobić na parkiecie, można zawsze zrobić to, co według Wikipedii nazywa się "circular swing". Mnie to na "Rock Block-ach" nierzadko ratowało, tak jak nierzadko przed wywróceniem się podczas wykonywania tych rytmicznych ruchów głową po paru piwach ratowały mnie ciężkie glany.

Minusem tej metody tanecznej ekspresji był ból karku dnia następnego. Po pierwszych imprezach ból trwać potrafił i do czwartkowego wieczora, z każdą imprezą jednak był o parę godzin krótszy - i już po niecałym pół roku regularnych ćwiczeń ograniczał się tylko do sztywności karku w środowy poranek. Lecz nic nie trwa wiecznie i gdy udałem się kiedyś znów na imprezę po kilkumiesięcznej przerwie, głową nie mogłem swobodnie ruszać znów przez dwa pełne dni.

Mimo więc wcześniejszego oddalenia się od tego typu muzyki, bawiłem się tam zwykle świetnie. Przyznam, że gdyby "Rock Block-i" istniały nadal, pewnie bym się tam raz na jakiś czas wybrał, a na pewno poszedłbym tam nieraz z Nieuczesaną. Niestety, time marches on i dzwon wybił imprezie już w 1999 roku. Szkoda, naprawdę szkoda. 

22:03, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 października 2017

Jak już wspomniałem, jestem nieco na bakier z powszechnymi ścieżkami ludzkiego żywota. Skutkiem tego miewam zupełnie inne doświadczenia i skojarzenia. Tak więc, gdy większość Polaków spytanych o numer polskiego dywizjonu lotniczego biorącego udział w Bitwie o Anglię odpowie żwawo i gromko: "303", tak ja równie szybko odpowiem: "306" - bo wiele lat przed tym, jak przeczytałem "Dywizjon 303", czytałem w dzieciństwie z wypiekami na twarzy książki o II wojnie światowej z serii "z żółtym tygrysem" i wśród nich fantastyczną "306 na start" - jak i "302 na start", już nie aż tak fantastyczną. I podobnie, gdy spora część Polaków słuchała zespołu "Republika", tak ja dwie dekady temu słuchałem zespołu "Republica".

Właściwie tylko dwóch piosenek, do których teledyski dało się wtedy regularnie ujrzeć na MTV: powyższego "Ready To Go" i "Drop Dead Gorgeous". Ten pierwszy wybitnie kojarzy mi się z drugą połową września '97 roku, ten drugi pojawił się na antenie dopiero kilka tygodni lub miesięcy później. Pierwszy mnie zafascynował, drugi pewnie też zwróciłby moją uwagę, ale nie przypadł mi do gustu już tak bardzo jak poprzedni.

Trudno rzec, co dokładnie sprawiło, że tak mi ten utwór wpadł w ucho. Czy był to żwawy i głośny rytm? Tak by się zdawać mogło, ale wtedy akurat odchodziłem od słuchania tego typu muzyki i szukałem nowych brzmień (skutkiem czego w poprzednich miesiącach słuchałem i "Trebuni-Tutków" i oboisty Tytusa Wojnowicza i Phila Collinsa), cięższych brzmień - do drugiej połowy październik 1997 roku[citation needed] - unikając.

Może więc chodziło o wokalistkę? Byłem w owym czasie zakochany w Czarnej-Białej, a wokalistka nieco przypominała ją posturą, fryzurą (choć Czarna-Biała miała wtedy we włosach niebieskie pasemko, nie czerwone) i posiadaniem niebanalnego i nieco egzotycznego, a więc charakterystycznego, typu urody. 

(W tamtym czasie niemal codziennie odwiedzałem sklep z grami RPG. Po pół roku bywania tam parę razy w tygodniu nadal byłem ledwie jednym z wielu klientów i nie zauważyłem żadnego znaku, że obsługa mnie wśród tej czeladzi rozpoznaje. Czarna-Biała odwiedziła sklep ze mną ledwie dwukrotnie w odstępie kilku tygodni. Za drugim razem obsługa ją rozpoznała, gdy tylko weszła do sklepu.)

Co ciekawe, Czarna-Biała chyba za tym utworem zbytnio nie przepadała. Nie przypominam sobie, by o nim się wyrażała źle, ale też nie przypominam sobie, by wyrażała się o nim w ogóle. Mnie mimo fascynacji te dwa utwory nie sprowokowały do kupna kasety zespołu, a odkąd rok później straciłem kontakt z MTV nie miałem żadnych wieści o dalszym losie zespołu. Ponoć (według Wikipedii) działają nadal. Nie wiem, co nowego grają, pewnie nigdy tego nie sprawdzę, ale nie zmienia to faktu, że ten utwór będzie do końca życia kojarzył mi się z początkiem jesieni 1997 roku. Oraz faktu, że nim poznałem dobrze choć jeden utwór "Republiki" (i dużo wcześniej, nim się zorientowałem, że "Jezu jak się cieszę" Klausa Mittfocha nie jest utworem Republiki) znałem i rozpoznawałem bezbłędnie już dwa utwory "Republici".

00:08, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 października 2017

Drugim z albumów, które mocno kojarzą mi się z wrześniowym wyjazdem na hacjendę Niemałego dwie dekady temu, jest "Mellon Collie and the Infinite Sadness" zespołu "The Smashing Pumpkins". Wspominałem już, że mniej więcej dwie dekady temu skończył się okres, gdy sam wybierałem sobie muzykę, której słucham: wpierw zaczęły mi ją wybierać kobiety, którymi byłem zauroczony, potem hobby, które przerodziło się w pasję, a teraz - red. Mann i ɺed. Gacek podczas godziny wtorkowego popołudnia, a dzieci i prezenterzy rozgłośni słuchanych w aucie rozgłośni radiowych - przez resztę czasu.

Nie słuchałem więc tego albumu, bo zachwyciły mnie teledyski zespołu na MTV. Co więcej, tym który kojarzyłem najlepiej było mocno dla mnie wtedy przeestetyzowane "Tonight, tonight", które chciałem tu umieścić w ramach dwupiosenkowego cyklu "piosenki, które dobrze pamiętam i których naprawdę nie lubię". Gdy jednak przesłuchiwałem początkowe takty wybranych utworów z płyty, przy "1979" się zatrzymałem, bo ten utwór też dobrze pamiętam i pamiętam, że nawet mi się podobał. Teledysku jednak do niego nie kojarzę, tak jak nie kojarzę teledysku do "Bullet with Butterfly Wings" - a szkoda, może przychylniejszym okiem spojrzałbym na twórczość zespołu, gdyby znajomość z nim zaczął od owego utworu, a nie flakowatego "Tonight, tonight"

Przyznam szczerze, że słuchałem na wyjeździe tej płyty nieco ironicznie. Faktem jest, że byłem wtedy szaleńczo zakochany w Czarnej-Białej i ona mi kasety z tym albumem jednego z jej ulubionych zespołów na ten wyjazd pożyczyła, ale wziąłem je na wyjazd z innego powodu: rok wcześniej na wyjazd klasowy te kasety (dokładnie te same) wziął nasz intensywnie zakochany klasowy kolega, z którym nasze drogi akurat się dwa miesiące wcześniej gwałtowne rozeszły. Wziąłem je więc, by do owej sytuacji i jego ówczesnych narzekań na stan rzeczy podczas kilkudniowej imprezy nawiązać.

I nadarzyła się taka okazji, wieczora gdy Niemały i Niewesoły kwasili (ja nie, kwasiłem dwa dni wcześniej i wciąż jeszcze przemyśliwałem słowa, które powiedział mi ukryty wśród obłoków Mistrz Zen). Wyindywidualizowszy się z rozentuzjazmowanego i z lekka halucynującego tłumu, zamknąłem się w jednym z pokojów, zgasiłem światło, położyłem się na łóżku, a magnetofon z włożoną kasetą na swej klatce piersiowej i nacisnąłem "PLAY".

Siedząc tak w ciemnym pokoju i słuchając ulubionych piosenek swej ukochanej faktycznie być może po jakimś czasie zacząłbym odczuwać pośrodku imprezy myśli romantyczno-nostalgiczne i narzekać bym zaczął, że Czarnej-Białej nie ma tam z nami. Na szczęście nim to nastąpiło przyjaciele usłyszawszy muzykę przyszli w odwiedziny żądając jej wyłączenia. Odmówiłem. Niemały wyciągnął więc tryumfalnym ruchem wtyczkę kabla od magnetofonu z kontaktu i muzyka zamilkła. Na krótką chwilę jedynie, bo przypomniałem sobie, że w magnetofonie są baterie, a z faktu zamilknięcia sprzętu wysnułem wniosek, że magnetofon nie korzysta z nich, gdy końcówka kabla zasilającego jest wetknięta w magnetofon. Usunąłem więc kabel - i muzyka rozbrzmiała znowu. Podczas gdy zdumiony Niewesoły wpatrywał się przez kilka dobrych sekund w grający bez prądu magnetofon, Niemały wszedł do szafy. Po paru chwilach zatrzymałem muzykę, gdy Niewesoły zaczął o coś mnie pytać - i wtedy z szafy dobiegł odgłos pisania na maszynie.

Jeszcze pół godziny wcześniej Niewesoły nie doświadczał żadnych halucynacji. Teraz z szafy tuż obok niego dobiegał odgłos pisania na maszynie. Powoli, nieco lękliwie otworzył drzwi szafy i oczom naszym ukazał się siedzący na podłodze szafy Niemały piszący na maszynie do pisania. Nie potrafiąc pojąć tego, co widzi, Niewesoły równie wolnym ruchem zamknął drzwi od szafy - i dopiero gdy otworzył je drugi raz, wybuchł śmiechem i zaczął się walić dłonią w czoło i powtarzać: "On naprawdę tam jest i pisze na maszynie!".

I było wiele radości, a mnie się już dalej słuchać Smashing Pumpkins odechciało. Gdy jednak w domu kilkukrotnie tej brzmiącej mi wtedy monotonnie płyty przesłuchałem (i drugie, jak nie więcej tyle, w pokoju Czarnej-Białej), ten utwór (być może jakiś inny też, nie chciało mi się teraz przesłuchiwać całego dwugodzinnego albumu) wbił mi się w pamięć. Jest w nim poczucie młodzieńczej beztroski, lekkości lata, gdy ma jest się nastolatkiem i ma się wakacje. I taki, jak czytam, był zamysł artysty. Well done, rzec mogę jedynie.

12:33, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA