Wpisy z tagiem: dwie dekady temu

środa, 09 sierpnia 2017

Pisałem poprzednio, poniżej po prostu powtórzę:

"Passenger'a" poznałem podczas pierwszego pokładania (perfekcyjnie poczwórne pięciolecie przedtem). Pośrodku psot partnerka przerwała, podniosła palec, "Psst!" - powiedziała - "posłuchaj, puszczają "Passenger"-a!". Prawdziwie powiedziała, puszczali pośród playlisty pobliskiej potańcówki. Po podobnym przeżyciu, persona potrafi pamiętać piosenkę przez pełne późniejsze przebywanie. Ponadto przeszła partnerka pozostawała podówczas poetką, popełniła później poezję pt. "Pozostaję pasażerem". Przeto personalnie piosenkę pamiętam, przeto prezentuję powyżej.

23:42, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 sierpnia 2017

Jak wspomniałem, utworem który najbardziej zapadł mi w pamięć z albumu "1977" zespołu Ash, było "Girl from Mars". Może dlatego, że fragment o miłości do dziewczyny, z którym jako zakochany w dziewczynie mógłbym się utożsamiać, zaśpiewany był na tyle wyraźnie, że byłem w stanie bez problemu go zrozumieć i powtórzyć.

Może zaś dlatego, że jest to utwór o miłości raczej niespełnionej, a w czasie owego skomplikowanego (as in "It's compilcated.") związku było dużo wieczorów, gdy słuchałem tej otrzymanej w prezencie kasety leżąc samotnie na swym łóżku nie będąc już w związku - i "nie wiedząc, że jak feniks piękny miłość umierająca w mroku w blasku odradza się jutrzenki" (choć dokładnie za tydzień miną równo dwie dekady, gdy pierwszy raz przeczytałem te słowa, kupiwszy tom z "Piosenką Niekochanego" Guillaume'a Apollinaire'a (ISBN: 83-08-02548-X) właśnie dlatego, że się takim nierzadko wtedy czułem), nie widziałem zarazem, że nie jestem także jeszcze w związku.

Podobnie jak podmiot liryczny pamiętam* czasy owego zauroczenia. Wiem więc, że reszta piosenki nie pasuje już do tej sytuacji zbyt dokładnie: imię mojej ukochanej znałem (co nie zmienia faktu, że zdawała mi się istotą z innej planety), choć paliła, to nie "Henri Winterman Cigars", lecz "Irysy",

(które też wryły mi się w pamięć na tyle, że gdy niemal dekadę później w mym ulubionym barze[citation needed] ujrzałem, że ktoś je pali, natychmiast napisałem następujące haiku (a raczej utwór haikopodobny):

„Oto irysy / Pamięć dawnych miłości / Wciąż we mnie żyje.” [25.2.5])

i nie graliśmy w karty, lecz w "Mortal Kombat 1", które to partie do dwóch zwycięstw ("best out of three") przegrywałem za każdym razem w stosunku 1:2. Takim samym stosunkiem przegrywałem wiele lat później pojedynki szachowe z Zieloną, nauczywszy się w obu przypadkach szybko, że zwycięstwa w rywalizacji z żądną wygranej dziewczyną są pyrrusowe, bo duma z ich powodu nijak nie rekompensuje złości ukochanej, a zbyt łatwa przegrana "do zera" powoduje lawinę złośliwości. Co z czasem zaczynało mnie drażnić, bo świadom byłem, że w obu tych rywalizacjach choć może nie wygrałbym każdej pojedynczej gry, to na pewno bez problemu wygrałbym każdy pojedynek do dwóch zwycięstw. Sztuczka więc polegała na tym, by przegrać i czerpać korzyści z dobrego humoru przeciwniczki, ale w sposób dość wyrównany, by nie wzbudzać podejrzeń, że się podkładam i zachować nieco szacunku w jej oczach. Po latach mogę stwierdzić, że chyba mi się udało i nie wykluczam, że obie me ówczesne partnerki do dziś sądzą, że były w tych rywalizacjach naprawdę ode mnie lepsze.

(Pewnie dlatego kilka miesięcy później, gdy u kandydata do Oskara piliśmy wódkę żurawinową i graliśmy w "Mortal Kombat IV", ma ówczesna ukochana - której na starcie pozwoliłem dokładnie w ten sam sposób się ograć - zdziwiona była, że bez większych problemów udało mi się przejść całą grę w ciągu dwóch kwadransów (fakt, że nie na najwyższym poziomie trudności), podczas gdy jej nie udawało się pokonać jednego z pierwszych przeciwników. Mój podstęp wyszedłby może na jaw, ale zrzuciłem odpowiedzialność na wypitą wódkę i nadal mogłem w ten sposób poprawiać nastrój ukochanej, by zbierać potem tego dobrego nastroju owoce.)

Teraz, dwie dekady później, trudno mi już z przekonaniem powtarzać za wokalistą "I still love you, Girl From Mars". The moment has passed i ścieżki nasze - choć przez kilka kolejnych lat często się ze sobą splatały - rozeszły się dawno temu. Zawsze jednak, nawet w okresie, gdy byliśmy ze sobą mocno skonfliktowani, wiedziałem, że to część mego stada. Co kiedyś, gdy już była mężatką, doprowadziło do bardzo zabawnej sytuacji, której komizmu nikt poza mną nie był w stanie docenić.

Teraz też, dwie dekady później, tytuł "Girl from Mars" kojarzy mi się zupełnie inaczej. Mimo przekonywań amerykańskich pop-psychologów, że "Mężczyźni są z Marsa, [a] kobiety z Wenus" (ISBN: 978-83-7510-312-0), ulubioną planetą Rozczochranej jest właśnie Mars (Rozczochrany zaś preferuje Saturna). Uwielbia o nim czytać i oglądać filmy i gorąco pragnie na niego polecieć. Nie wiem, czy jej się uda spełnić te marzenia (i, zważywszy na brak magnetosfery Marsa, nie wiem, czy chciałbym, by się udało), ale nawet jeśli nie, dla mnie zawsze pozostanie dziewczynką z Marsa.

(To niejedyna zmiana w postrzeganiu wersów znanych mi piosenek odkąd zostałem rodzicem. O innym wersie, z utworu "Things Have Changed" Boba Dylana, już zdążyłem napisać.)

* "- Nie zapomnę. Nigdy. Ale może ci to kiedyś wybaczę", jak dwa lata później jej podczas kłótni zacytowałem (z pamięci) Froda Bagginsa (ISBN: 83-07-02173-1 / 83-85100-08-3). Ciekawe, czy nadal pamięta, o co wtedy poszło (ja i owszem).

23:54, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 sierpnia 2017

Przeszło dwie dekady temu po raz pierwszy zacząłem być w związku. Dwa dni później po raz pierwszy przestałem być w związku. Kolejne trzy dni później po raz pierwszy ponownie byłem w związku, by kolejne dwa dni później znowu nie być. A dopiero dekadę później, też na skutek wakacyjnego zauroczenia, założyłem sobie konto na popularnym portalu społecznościowym i poznałem frazę "It's complicated", która dość dobrze ten okres mego życia oddawała. To jednak nie osłabiało mego zauroczenia. "Oh Yeah she was taking me over", jak śpiewa wokalista zespołu Ash:

Zespól ten, a właściwie wyłącznie jego kasetę zatytułowaną "1977" poznałem właśnie owego lata. Znalazłem ją w pokoju mej ówczesnej ukochanej, by chwil kilka później dostać ją od niej w prezencie, jej bowiem się zbytnio nie podobała. Prezentów się nie odmawia (a przynajmniej nie w takim stanie ducha) i tak przez parę tygodni zacząłem tej kasety słuchać, a na niej wszystkich utworów - oraz dwóch dogranych na stronie "B", którymi zagrała ukryty utwór zatytułowany "Sick Party" składający się z odgłosów wymiotującego zespołu.

Poza owymi utworami album zdał mi się jednorodny - żadnego utworu nie byłem w stanie jakoś wyróżnić od reszty, może jedynie poza "Girl From Mars", w którym tekst rozumiałem bardziej od reszty. Nie oznacza to jednak, że mi nie przypadł do gustu - było żwawo, były gitary i był to prezent od ukochanej. Czegóż by więcej można w takim stanie ducha chcieć?

Ten utwór też mi przypadł do gustu i dwa wersy refrenu sobie nierzadko nuciłem, choć rzecz się działa w upalne dni lipca (w drugiej połowy lipca, właściwie) i był raczej środek lata niż jego początek. Reszta tekstu też pasuje umiarkowanie (może poza frazą "talking too long as the night came on", które to rozmowy na balkonie patrząc na ciemniejące wieczorne niebo zresztą było tego związku bezpośrednią przyczyną): to nie ona, a ja do jej domu przybyłem (w ramach rewizyty; a nawet gdy odwiedzała mój dom kilka dni wcześniej, był to już początek upalnego lipca, a nie ciepły czerwcowy wieczór) i nie odwoziłem jej po północy do domu, lecz sam tak do swojego wracałem (nie posiadałem wtedy prawa jazdy, odwoziłem więc ją jedynie autobusem linii 184 z centrum jej miasta do jej dzielnicy i działo się to chwilę przed 23; jednak ja do swego domu wracałem już grubo po północy i wcale mi to wtedy nie przeszkadzało).

"I remember everything", śpiewa dalej wokalista i ja też pamiętam wszystko: i bar naprzeciwko Baszty "Jacek", gdzie pierwszy raz w życiu jadłem czereśnie, i Zaułek Zachariasza Zappio, polecony mi wtedy jako najbardziej urokliwy zakątek miasta (i faktycznie takim był, ale by to docenić należało się tam wybrać grudniowego popołudnia, gdy z czarnego nieba padał oświetlony pojedynczą lampą śnieg), i upały owego lata, sprawiające, że ma ówczesna ukochana brała trzy prysznice dziennie, i Grabarza chwalącego się nowym tatuażem mającym "załatwić mu" kategorię E podczas komisji wojskowej, i związane z burzliwym początkiem tego związku rozdarcie wśród znajomych, i wieczorne powroty do domu, gdy "I felt so good everything was alright", i tę panią, która krzyczała na nas pewnym późnym popołudniem, gdy siedzieliśmy przytuleni do siebie na Mariackiej i późniejszą konstatację, że pewnie krzyczała dlatego, że ze względu na me długie włosy wzięła nas za lesbijki, i wieczorne telefony i telefon, który wykonałem z angielskiej budki telefonicznej niedzielnego poranka po tym, jak z Nieogolonym noc przespaliśmy w lesie, i dziewczynę przy sąsiednim stoliku w barze na Długim Pobrzeżu, która chwaliła się swą przeprowadzką do Stanów karykaturalnie wręcz przesadzając z "hamerykańskim" akcentem, i nawet tę kasetę...

Wszystko się jednak kończy, i skończyło się owe upalne lato. Do dziś miło je wspominam i gdybym niczym Billy Pilgrim z "Rzeźni numer pięć" Kurta Vonneguta (z którym też tego właśnie lata zostałem zapoznany) mógł odwiedzać wszystkie momenty swego życia, te wakacje odwiedzałbym - mimo (a może z powodu?) intensywności bólu ówczesnych rozstań - z przyjemnością. I choć nasze drogi później się rozeszły, zdecydowanie "still I don't regret one thing".

11:24, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA