RSS
wtorek, 08 sierpnia 2017

Jak wspomniałem, utworem który najbardziej zapadł mi w pamięć z albumu "1977" zespołu Ash, było "Girl from Mars". Może dlatego, że fragment o miłości do dziewczyny, z którym jako zakochany w dziewczynie mógłbym się utożsamiać, zaśpiewany był na tyle wyraźnie, że byłem w stanie bez problemu go zrozumieć i powtórzyć.

Może zaś dlatego, że jest to utwór o miłości raczej niespełnionej, a w czasie owego skomplikowanego (as in "It's compilcated.") związku było dużo wieczorów, gdy słuchałem tej otrzymanej w prezencie kasety leżąc samotnie na swym łóżku nie będąc już w związku - i "nie wiedząc, że jak feniks piękny miłość umierająca w mroku w blasku odradza się jutrzenki" (choć dokładnie za tydzień miną równo dwie dekady, gdy pierwszy raz przeczytałem te słowa, kupiwszy tom z "Piosenką Niekochanego" Guillaume'a Apollinaire'a (ISBN: 83-08-02548-X) właśnie dlatego, że się takim nierzadko wtedy czułem), nie widziałem zarazem, że nie jestem także jeszcze w związku.

Podobnie jak podmiot liryczny pamiętam* czasy owego zauroczenia. Wiem więc, że reszta piosenki nie pasuje już do tej sytuacji zbyt dokładnie: imię mojej ukochanej znałem (co nie zmienia faktu, że zdawała mi się istotą z innej planety), choć paliła, to nie "Henri Winterman Cigars", lecz "Irysy",

(które też wryły mi się w pamięć na tyle, że gdy niemal dekadę później w mym ulubionym barze[citation needed] ujrzałem, że ktoś je pali, natychmiast napisałem następujące haiku (a raczej utwór haikopodobny):

„Oto irysy / Pamięć dawnych miłości / Wciąż we mnie żyje.” [25.2.5])

i nie graliśmy w karty, lecz w "Mortal Kombat 1", które to partie do dwóch zwycięstw ("best out of three") przegrywałem za każdym razem w stosunku 1:2. Takim samym stosunkiem przegrywałem wiele lat później pojedynki szachowe z Zieloną, nauczywszy się w obu przypadkach szybko, że zwycięstwa w rywalizacji z żądną wygranej dziewczyną są pyrrusowe, bo duma z ich powodu nijak nie rekompensuje złości ukochanej, a zbyt łatwa przegrana "do zera" powoduje lawinę złośliwości. Co z czasem zaczynało mnie drażnić, bo świadom byłem, że w obu tych rywalizacjach choć może nie wygrałbym każdej pojedynczej gry, to na pewno bez problemu wygrałbym każdy pojedynek do dwóch zwycięstw. Sztuczka więc polegała na tym, by przegrać i czerpać korzyści z dobrego humoru przeciwniczki, ale w sposób dość wyrównany, by nie wzbudzać podejrzeń, że się podkładam i zachować nieco szacunku w jej oczach. Po latach mogę stwierdzić, że chyba mi się udało i nie wykluczam, że obie me ówczesne partnerki do dziś sądzą, że były w tych rywalizacjach naprawdę ode mnie lepsze.

(Pewnie dlatego kilka miesięcy później, gdy u kandydata do Oskara piliśmy wódkę żurawinową i graliśmy w "Mortal Kombat IV", ma ówczesna ukochana - której na starcie pozwoliłem dokładnie w ten sam sposób się ograć - zdziwiona była, że bez większych problemów udało mi się przejść całą grę w ciągu dwóch kwadransów (fakt, że nie na najwyższym poziomie trudności), podczas gdy jej nie udawało się pokonać jednego z pierwszych przeciwników. Mój podstęp wyszedłby może na jaw, ale zrzuciłem odpowiedzialność na wypitą wódkę i nadal mogłem w ten sposób poprawiać nastrój ukochanej, by zbierać potem tego dobrego nastroju owoce.)

Teraz, dwie dekady później, trudno mi już z przekonaniem powtarzać za wokalistą "I still love you, Girl From Mars". The moment has passed i ścieżki nasze - choć przez kilka kolejnych lat często się ze sobą splatały - rozeszły się dawno temu. Zawsze jednak, nawet w okresie, gdy byliśmy ze sobą mocno skonfliktowani, wiedziałem, że to część mego stada. Co kiedyś, gdy już była mężatką, doprowadziło do bardzo zabawnej sytuacji, której komizmu nikt poza mną nie był w stanie docenić.

Teraz też, dwie dekady później, tytuł "Girl from Mars" kojarzy mi się zupełnie inaczej. Mimo przekonywań amerykańskich pop-psychologów, że "Mężczyźni są z Marsa, [a] kobiety z Wenus" (ISBN: 978-83-7510-312-0), ulubioną planetą Rozczochranej jest właśnie Mars (Rozczochrany zaś preferuje Saturna). Uwielbia o nim czytać i oglądać filmy i gorąco pragnie na niego polecieć. Nie wiem, czy jej się uda spełnić te marzenia (i, zważywszy na brak magnetosfery Marsa, nie wiem, czy chciałbym, by się udało), ale nawet jeśli nie, dla mnie zawsze pozostanie dziewczynką z Marsa.

(To niejedyna zmiana w postrzeganiu wersów znanych mi piosenek odkąd zostałem rodzicem. O innym wersie, z utworu "Things Have Changed" Boba Dylana, już zdążyłem napisać.)

* "- Nie zapomnę. Nigdy. Ale może ci to kiedyś wybaczę", jak dwa lata później jej podczas kłótni zacytowałem (z pamięci) Froda Bagginsa (ISBN: 83-07-02173-1 / 83-85100-08-3). Ciekawe, czy nadal pamięta, o co wtedy poszło (ja i owszem).

23:54, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

Mój dopisek do audycji mej ulubione pary redaktorów z dn. 27 czerwca br., której niedługi tytuł brzmiał "Krótkie piosenki", zacznę od najkrótszej znanej mi piosenki. To "You suffer" Napalm Death, utwór z którym zetknąłem się pod koniec szkoły podstawowej i który - wraz z mu towarzyszącymi na ich debiutanckiej płycie "Scum" - sprawił, że postanowiłem wysiąść z tramwaju z napisem "muzyka metalowa". Ten utwór mogłem nawet przegapić - trwa wszak 1,3 sekundy - ale kilkanaście innych dłuższych od niego kilkanaście razy już nie: na tej płycie znajduje się tuzin utworów krótszych niż minuta. Ten, który zapamiętałem, według naszych z braćmi M. ze stoperem w ręce wyliczeń miał sekund czternaście, pewnie było to więc "Common Enemy":

Tu pewnie powinienem zakończyć wpis, by pasował do stylistyki powyższych piosenek. Dopowiem jednak, że gdy na skutek przesłuchania w niewielkim odstępie czasowym płyt kapel "Napalm Death" i "Death" (sądząc po kserze ksera ksera okładki, było to "Leprosy") stwierdziłem, że dobrnąłem już do ściany i słuchać muzyki w stylu "szybciej! głośniej! więcej o Szatanie!" dalej już nie chcę, szybko wsiąknęłem w klimaty lat 70-tych. I tam się od krótkich piosenek nie uwolniłem. Już w trzypłytowej składance "Children od the Revolution" trafiłem na dwie piosenki o czasie trwania poniżej dwóch minut. Pierwszym był utwór "Candles in the Rain" Melanie, który średnio zapadł mi w pamięć, a drugim "Where Have All The Flowers Gone?" Pete'a Seegera, który zapamiętałem już znacznie lepiej. Niekoniecznie oznacza to, że od razu mi się spodobał - brakło mu żywiołowości, rytmu i gitar i uznałem (słusznie, jak się okazuje), że to utwór pasujący do lat 60-tych raczej niż czasów Woodstocku - ale nostalgiczny jego tekst zapadł mi w pamięć.

Głównym źródłem mej znajomości muzyki epoki dzieci-kwiatów był ten zestaw trzech płyt i płyta ze składanką hitów Jimi'ego Hendrixa. Przez wiele lat więc nie słyszałem nic z wykonaniu legendarnej Janis Joplin i do dziś znane mi jej utwory na palcach swej dłoni policzy większość drwali. Tak się składa, że jeden z najbardziej mi z nich znanych - "Mercedes Benz" - trwa poniżej dwóch minut. Źródła zwykle podają czas trwania jako 1:45, ale poniższa wersja jest jeszcze o pół minuty krótsza:

Zbierając informacje to dopisku sprawdziłem w Internecie, jakie są innym znane krótkie utwory. Przejrzałem kilka list i trafiłem tylko na jeden znany mi utwór, powtarzający się na paru z nich. To "Song 2" zespołu Blur, wydany nieco ponad dwie dekady temu. Wtedy też go poznałem, bo promowany był intensywnie w MTV. Choć utwór był mi znany doskonale, najwyraźniej nie zwracałem zbytnio uwagi na wykonawcę, bo niezmiernie mi się ten utwór kojarzy z zespołem The Offspring i pewnie, gdyby ktoś mnie o to spytał mendel lat lub minut temu, im bym go przypisał. Blur kojarzyłem raczej z "Girls and Boys" i "Country House", stylistycznie odmiennymi (i zbyt długimi, by je tu przybliżać). Taka to nauczka dla muzyków: jak będziesz miał twórczość zbyt różnorodną, część z niej po latach słuchacze przypiszą innym artystom. Pamiętaj o tym, Neilu Diamondzie.

Tagi: Mann&Gacek
14:11, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA