RSS
środa, 26 lipca 2017

Jednym ze sporych plusów obejrzanego nieco ponad dwie dekady temu filmu "Trainspotting" była ścieżka dźwiękowa. Zwykle nie odpowiadają mi (a przynajmniej zwykle nie odpowiadały mi wtedy) elektroniczne brzmienia, tu jednak idealnie pasowały do filmu. Gdy jednak kupiłem sobie kasetę ze ścieżką dźwiękowo, typowo dla mnie najbardziej zachwyciły mnie trzy bardziej tradycyjne utwory muzyczne, gdzie były gitary, wokal i tekst. Jednym z nich był opisany już "Perfect Day" Lou Reeda; dwa pozostałe były autorstwa Iggy'ego Popa, a drugim z nich było otwierające film "Lust for life".

Byłem wtedy pełen żądzy życia. I jak najdłuższego jego trwania ("I intend to live forever or die trying", jak całe lata mawiałem, znalazłszy tą maksymę w czyjejś stopce na Usenecie parę lat później), i jak najintensywniejszego go przeżywania. Nie byłem może "zdobywcą biegunów", jak Nieogolony, ale przeżywałem wtedy swe życie intensywnie. Co zresztą u nastolatka niczym dziwnym nie jest.

W latach późniejszych żądza życia wiecznego pozostała i podejrzewam, że z nadchodzeniem starości (której jeszcze na co dzień sobie nie uświadamiam) jeszcze się zintensyfikuje, zaś intelekt sprawił, że uświadomiłem sobie, że życie intensywne i życie długie są ze sobą zwykle w ujemnej korelacji ("najjaśniejsze gwiazdy świecą najkrócej") i ograniczyłem życia intensywność na rzecz przewidywanej długości życia. Na szczęście jestem nostalgicznym introwertykiem, więc zawsze wystarczały mi krótkie okresy intensywnych działań, które potem mógłbym sobie miło wspominać w samotne długie zimowe wieczory.

(Na przykład takim intensywnym okresem były wakacje w połowie między "wtedy" a "teraz", czyli dekadę temu. Się wtedy działo.)

Choć piosenka zauroczyła mnie tym, że tekst posiada, nie zrozumiałem z niego sporej części. Na wkładce do kasety tekstu nie było (kasety z soundtrackami nie miewały, wolne miejsce na wkładce zapełniając kadrami z filmu), Internetów nie było (poza domem Nieogolonego), a moje zrozumienie języka nie było tak dobre jak teraz. Dlatego na przykład nie zrozumiałem drugiego wersu piosenki ("with the liquor and drugs"). Szkoda, na pewno inkorporowałbym go do swego słownika, a dwa pierwsze wersy nucił idąc na kolejne spotkanie z Nieogolonym, mając plecach cały wypchany używkami.

Zrozumiałem za to wyraźnie ostatni wers pierwszej zwrotki ("he's gonna do another strip tease"), który przemawiał do mnie wtedy tym bardziej, że lubiłem w tamtych czasach paradować nago. Stwierdzałem, że jako poprawnie zbudowany osobnik ludzki nie mam się czego wstydzić (choć wstyd z golizny odczuwałem, sztuczka polegała na tym, bo go pokonać) i dałem się nawet nagrać na (zaginioną lata temu) kasetę video, gdy paradowałem tak do muzyki Beethovena podczas jednej z imprez w ówczesnym domu Nieogolonego.

Głównie jednak zrozumiałem i zapamiętałem refren. Nuciłem i śpiewałem go sobie przez kolejne lata podczas bardziej hipomaniakalnych chwil w mym życiu - aż parę lat temu praktycznie przestałem. I settled i teraz cieszy mnie me codzienne, spokojne życie i z chęcią trwałbym w nim wieczność bez bardziej intensywnych przeżyć. Jednak od czasu do czasu czuję w sobie jeszcze ową młodzieńczą żądzę, chęć imprezowania jakby jutro miało nigdy nie nadejść. Zwykle wystarcza mi jednak tydzień podczas wakacji, gdy tej żądzy daję się wyszaleć, przez resztę roku zaś to, że wychodzę na miasto przejść się po knajpach. Czasem jednak ta chęć jeszcze się na wierzch mnie przebija. Z jednej strony, z wiekiem coraz rzadziej, z drugiej zaś kryzys wieku średniego czyha na mnie tuż za rogiem, może więc jeszcze nadejdzie czas, gdy znów często będę śpiewał zwrotki tej piosenki.

15:47, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 lipca 2017

Temat audycji mej ulubione pary redaktorów z dn. 4 lipca br. da się łatwo odgadnąć słuchając powyższej piosenki w wykonaniu Hugh Lauriego (znanego szerzej jako dr House), bo jest zawarty w tytule - i stanowi sporą część tekstu. To skecz z programu z "A Bit of Fry and Laurie", którego nie miałem okazji nigdy oglądać w całości, ale ze względu na moje zamiłowanie do brytyjskiego humoru podsunął mi jego kawałki popularny portal z filmikami. Obejrzałem i kilka skeczy rozbawiło mnie, jednak nie aż tak, jak inni brytyjscy satyrycy. Nigdy więc nie obejrzałem całego odcinka programu, jednak świadomy jego istnienia na właśnie rearanżowanej Szafie znajdzie się zatytułowany tak zakątek z książkami Stephena Fry'a i Hugh Lauriego.

Temat audycji pokrywa się też z tytułem piosenki zespołu Rammstein (choć inaczej pisanym). Zespół Rammstein poznałem niecałe dwie dekady temu, a ten utwór jest jedynym mi znanym nie pochodzącym z dwóch pierwszych albumów. Swego czasu regularnie słyszałem go w radiu, widziałem też teledysk, więc rzec można, że był popularny. Z tekstu zrozumiałem jedynie refren, a teraz, po spojrzeniu w tekst i jego znaczenie, upewniłem się, że mimo braku zrozumienia tekstu dobrze zrozumiałem utworu przesłanie. Dość powiedzieć, że pean to to nie jest.

Kolejny utwór nie opowiada o całej Ameryce, ale o jednym z jej dwu najsłynniejszych zakątków - Kaliforni (drugim, rzecz jasna, jest Nowy Jork). "Everybody's been there, and I don't mean on vacation", śpiewa wokalista Red Hot Chilli Peppers i nie sposób się z nim nie zgodzić: krajobraz Kalifornii (oraz kilka ulic Nowego Jorku) jest znana wszystkim, którym zdarzyło się obejrzeć kilka niefantastycznych filmów amerykańskich. Tak jak interior Ameryki jest nad wyraz mało znany, tak te dwie lokacje na Ameryki przeciwległych krańcach są obecnie globalnym wspólnym kreskowym kodem kulturowym i ikonami Ameryki.

Są jednak i inne urokliwe aspekty Ameryki, nieznane szerszej publiczności. Część współczesna, część nie. Wśród tych drugich udało mi się, dzięki książkom Jacka Kerouaca, odkryć beatników. Książki te zauroczyły mnie na tyle, że gdy podczas zagranicznej podróży w muzycznej sekcji tamtejszego EMPiKu zauważyłem dwie płyty sygnowane jego nazwiskiem, kupiłem je po ledwie chwili wahania. Było to już jednak w czasach, gdy przestałem słuchać muzyki, więc przesłuchałem je ledwie parę razy i odłożyłem na półkę Szafy. Dopiero ten temat skłonił mnie do ponownego sięgnięcia po nie. Na skutek minimalnego zapoznania się z płytami nie mam wśród tych utworów żadnych faworytów. Na szczęście udało mi się znaleźć w sieci jedną z owych płyt w całości.

Przy całej subtelności zauroczonych buddyzmem amerykańskich poetów sprzed pół wieku, to nie oni w oczach świata nadają temu krajowi ton. To zadanie osób wręcz kontrastowo odmiennych. Amerykański piosenkarz, komik i aktor Dennis Leary określił ich słowem "asshole", którym zatytułował opisujący ich utwór. Żeby pokazać, jak bardzo tyczy on Amerykanów dodam, że zdaniem innego amerykańskiego komika Louisa C.K., Leary podsłuchał jego skecz to opisujący, by parę tygodni później wypuścić utwór z całymi frazami ze skeczu Louisa C.K. i zdobyć nim sławę i kasę. Dokładnie tak zrobiłby amerykański dupek.

Tagi: Mann&Gacek
23:43, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 lipca 2017

Obejrzany film "T2 Trainspotting" przypomniał mi o dwóch piosenkach z jego soundtracku (który kupiłem i intensywnie przesłuchiwałem), które zapamiętałem bardziej. Jako pierwszą chciałem opisać "Lust For Life" Iggy'ego Popa, jako że otwiera pierwszy film i zamyka sequel. Ale wyszło jak zawsze i naszło mnie "Nightclubbing" tego samego artysty:

Niczym czasem Trójka nadaje z Sopotu, tak ja ten wpis piszę siedząc w mym ulubionym barze[citation needed]

I'm nightclubbing, nightclubbing, I walk like a ghost.

dowód

Zwykle jednak, gdy idę do baru, to robię właśnie to - idę do baru. Zważywszy na moją poriomanię, idę czasami długo (rekord to 19,74km aż zamówiłem pierwsze piwo; parę dni temu było to ledwie 5,82km), ale w swym rodzinnym mieście zwykle jak już dupnę, to się z baru nie ruszam. W obcych miastach często zdarzają mi się wyjątki od tej reguły, ale to dlatego, że wtedy chodzę sam ("I'm nightclubbing"). Tu, z przyjaciółmi, nocny kurs po paru (czytaj: więcej niż jednym) barach (bo najdalej po trzecim kończymy kurs) jest rzeczą rzadką. Co nie oznacza, że się nie zdarza.

Teraz jednak wyjeżdżam na wakacje. Jadę na imprezę z kilkoma tysiącami uczestników, po których obozach i ogniskach będę się włóczył co nocy. Czasem sam - ale rzadko tam czuję się samotnie, samemu przechodząc od jednej gromady znajomych do innej gromady znajomych - czasem w mniej lub bardziej efemerycznych i sformowanych naprędce grupach, czasami zawierających Nieogolonego, ale mijając po drodze z obozu do obozu innych nocnych perypatetyków będę mógł pomyśleć "We're nighclubbing!".

That's the week when I'm nightclubbing.

A to rozróżnienie między "ja" i "my" jest tu znaczące. Imprezowanie jest czynnością społeczną. Alkohol jest używką społeczną. Jako introwertyk doceniam uroki imprezowania samotnego (przez parę lat za najlepszy ze spędzonych Sylwestrów oceniałem ten spędzony samotnie w pokoju przed ekranami komputera i telewizora), ale tak to działa - impreza wymaga społeczności (w wersji minimalistycznej: Niewesołego). I ja tę społeczność tam znajduję, wśród tych ognisk i namiotów, wśród skupionych dookoła ich gromad, jak i wśród tych samotnych nocnych wędrowców krążących jak ja między nimi, jak ja zataczających się od wypitego alkoholu (poza tym tygodniem nie zdarzają mi się praktycznie wcale dnie i noce, podczas których wypiłbym więcej niż cztery piwa; tam po dwukrotnym przekroczeniu tej normy nadal krążę). Ja ją chłonę wszystkimi porami, łykam jednym gigantycznym haustem, który starczy mi potem na cały rok, do kolejnej edycji imprezy.

Spotykam tam wielu starych znajomych, których ostatni raz widziałem rok temu na tej imprezie. Te migawki dają mi poczucie ponadczasowości - nie wiem, czy dany temat poruszałem z nimi trzy dni, czy trzy lata temu. I strasznie mi się to podoba. Ale też spotykam nowych ludzi, całkiem nowych ludzi ("people brand new people"), co przy takim tłumie nie jest niczym dziwnym i się im przyglądam, a czasem zagaduję. Co mi się nawet po alkoholu poza tym wyjazdem nie zwykło zdarzać.

Czy tak samo było dwie dekady temu? To były czasy piw pitych w parkach, ale już wtedy byłem introwertykiem, pijącym z innymi introwertykami. Gdy siedzieliśmy w barach, oblegaliśmy jeden - studencki, bo był najbliżej i był najtańszy. Co więcej wtedy jeszcze nie jeździłem na ową coroczną imprezę (w tym roku będę dopiero dziewiętnasty raz), więc tej odskoczni nie miałem. Więc tak, było z grubsza tak samo. Tylko Niewesoły częściej z nami pił.

22:40, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA