RSS
poniedziałek, 01 stycznia 2018

Jak już wspomniałem wczoraj, to była pierwsza piosenka, której posłuchałem dwie dekady temu we właśnie co się rozpoczynającym 1998 roku. Po mniej więcej 59 minutach poleciała kolejny raz i potem jeszcze jeden raz po takim samym odstępie czasowym, nim wreszcie wyłączyliśmy odtwarzacz. Pomysł, by na imprezie sylwestrowej puścić ten utwór, był mój: słowa refrenu "Ja jestem nowy rok, przynoszę nowe dobre dni" zdały mi się nad wyraz optymistyczne i przełamać nimi chciałem mało optymistyczne wątki z 1997 roku (choć samą końcówkę roku akurat bardzo sobie wtedy chwaliłem):

Ożywienie i autozaindukowana tym utworem poprawa nastroju nie trwała długo. Bezpośrednim skutkiem była rozmowa telefoniczna z Niemałym, który miał wtedy - i nadal ma - umiejętność przedzierania się przez chmury pełnych optymizmu kłamstw, które sam sobie wmawiam. Wtedy kłamstwa te były związane z moim związkiem-niezwiązkiem (akurat na przełomie lat byłem chyba formalnie w związku, ale Sylwestra spędzaliśmy - nie z mojej inicjatywy - osobno), na pewno nie pomogła temu pogoda (jak wspomniałem, zimą bywa mi gorzej), czy narastające przeświadczenie, że niekoniecznie znalazłem się na tym kierunku studiów, na którym znaleźć bym się chciał.

" 'Ja jestem Nowy Rok, przynoszę nowe dobre dni.' A walić to! Year '98 is gonna suck! Tak czuję. Pozbyłem się całego zeszłego roku, wyszło mi to na dobre, ale nagle poczułem się taki bezbronny bez tego pancerza wspomnień. Bez tego poczucia, że przecież tak niedawno było tak dobrze, więc nie może być źle. Nagle poczułem, że jestem tak daleko od ostatniego naprawdę dobrego dnia w moim życiu, a nie tylko substytutu. Czuję, że zrywając z przeszłością, zerwałem jedną nić za dużo. Może o wszystkie nici za dużo. Nie wiem. Ostatnimi czasy nic nie wiem. A jak coś wiem, to na pewno nie jest to nic przyjemnego. Naprawdę chciałbym, by wciąż był zeszły rok. Ten najlepszy, jaki mi się zdarzył w życiu. I boję się, że najlepszy, jaki mi się w ogóle zdarzy w życiu. Nagle poczułem się taki... porzucony przez wspomnienia? jakbym stracił grunt pod nogami, a gruntem tym było stwierdzenie 'To jest najlepszy rok w mym życiu, a dziś jest jeden z dni tego roku, więc nie może on być zły.'. Stwierdzenie to zostało zastąpione przez nowe: 'Jest nowy rok i na pewno nie jest mi dobrze i mimo, że chciałbym, żeby nie było mi źle, chyba jednak jest.' Czasami sądzę, że jedynym wyjściem jest kulka w głowę.

Rozmowy z Niemałym wprowadzają mnie w doły. Ale mimo tego (a może właśnie przez to) będę nadal z nim rozmawiał, może nawet częściej niż dotychczas. Chodzi o to (...żeby było miło, a za cholerę nie jest i już chyba nie będzie) (kurwa, zaraz się rozpłaczę), że rozmowy te prowokują mnie do myślenia o całej tej sytuacji, a ta niezaprzeczalnie jest beznadziejna. Tak bez niczego umiem wręcz wspaniale o mej sytuacji nie myśleć, bądź przedstawiać ją sobie kłamliwie przedstawiać w lepszym świetle niż naprawdę. A gdy ją już, sprowokowany, przemyślę, łapię takiego doła, że nawet walić konia mi się nie chce. Wtedy właśnie (podczas onanizmu) łapię najgorszego. Ironia losu - najbardziej dołuję, gdy szczytuję. Chodzi o to, że wyobrażając podówczas sobie różne sytuacje, coraz bardziej do mnie dochodzi nieprawdopodobność ich zaistnienia." [około pierwszego stycznia 1998 roku, po 21:30]

No i miałem nieco racji - rok 1998 na pewno nie przyniósł mi samych dobrych dni: cały styczeń (po rozmowie z Niemałym pierwszego stycznia wieczorem) miałem doła, Walentynki spędziłem bez osoby, w której byłem zakochany, cały marzec spędziłem na poprawkach jednego z egzaminów z sesji zimowej, a we wrześniu po raz pierwszy wyrzucili mnie ze studiów. Równocześnie nieco racji nie miałem - gdzieś pośrodku roku nastąpiła stabilizacja w mym związku, byłem na całkiem miło wspominanej (choć nie muzycznie[citation needed]) wycieczce objazdowej po Włoszech z Czarną-Białą i przez te parę miesięcy na tyle byłem szczęśliwy - albo przynajmniej na tyle żyłem swym życiem - że nie miałem czasu go opisywać. Jak więc większość lat przed nim i po nim, rok 1998 był w smaku słodko-gorzki.

Teraz, dwie dekady później, wchodzę w nowy rok bez tego naiwnie optymistycznego przekonania, że przyniesie mi tylko dobre dni. Nic na to nie wskazuje, w pełni zdaję sobie sprawę, że czeka mnie kilka trudnych chwil i że być może finansowo wreszcie jebnę o dno, a do tego obawiam się, że żyjemy w wigilię destrukcji i nadchodząca wojna światowa może zacząć się już w ledwie co rozpoczętym roku (nie stawiałbym na to dużo pieniędzy, podejrzewam, że przed nami jeszcze 3-4 lata pokoju, ale opcji tej wykluczyć nie mogę). Wchodzę też w ten nowy rok w trakcie dwumiesięcznego już doła oraz po rozmowie telefonicznej z Niemałym, który nadal potrafi przebić się przez chmury mych optymistycznych kłamstw i skłonić mnie do bardziej realistycznego spojrzenia na niektóre sprawy, trudno więc, bym naiwnie oczekiwać po nim jedynie najlepszego.

Ale równocześnie, jak co roku, wchodzę w kolejny rok z nadzieją i nową (choć nieprzesadnie wielką) dawką energii, by swe życie uczynić w czasie jego trwania lepszym: załatwić zaległości i naprawić lub pozbyć się rzeczy i spraw, które mnie irytują - w skrócie, skorygować swój kurs, by ruszyć w stronę miejsca, gdzie chciałbym się docelowo znaleźć, nawet jeśli w ciągu roku nie uda mi się przebyć choćby ćwierci dystansu, a za parę miesięcy lub najdalej rok przyjdzie mi kurs ten znów korygować. Z doświadczenia wiem, że w ciągu roku kilka miesięcy spędzę bezwolnie i w marazmie dryfując po oceanie rzeczywistości, ale nadal wierzę, że przez parę pozostałych miesięcy uda mi się choć nieco do mego celu przybliżyć. Albo przynajmniej go dokładniej zlokalizować.

I wiem - nie "wierzę", ale właśnie "wiem" - że niezależnie od świadomości nadchodzących trudności ten rok przyniesie mi nowe dobre dni. Nie będzie ich 365, ale się pojawią i będę miał potem co z tego roku mile wspominać.

15:29, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA