RSS
poniedziałek, 21 stycznia 2013

Jak wieść gminna po portalach internetowych niesie, według brytyjskiego psychologa Cliff'a Arnall'a na dziś wypada najbardziej depresyjny dzień w roku. Jego metodologia i argumentacja jest może i ciekawa, ale kłóci się z moim życiowym doświadczeniem. Po pierwsze bowiem, zawsze gorzej czułem się w lutym (Garfield zwykł mawiać: "Luty to poniedziałek wśród miesięcy"), gdy zapas energii zgromadzonej poprzedniego lata jest już na wyczerpaniu, niż w styczniu, gdy jeszcze odczuwam ekscytację związaną z początkiem nowego roku (ale to może dlatego, że umiejętnie formułując swe postanowienia noworoczne, o tej porze roku jeszcze nie zauważam ich złamania). Po drugie zaś każdy, kto w tym kraju spędził "złotą polską jesień", czyli listopadowe czarne popołudnia, gdy sklepy zaczynają katować kupujących świątecznymi składankami, ciemno robi się zdecydowanie za wcześnie, ciągła mżawka na zmianę z deszczem wychładza spacerującego skuteczniej niż lutowy mróz i nie przykrywa równą, ładną białą warstwą psich kup leżących na chodnikach i trawnikach, postanowienia noworoczne już na pewno okazały się niespełnione - a to wszystko przyprawione jest świadomością, że na wiosnę trzeba jeszcze czekać pół roku, przyzna, że nie ma równie mrocznego podwieczorka duszy, jak środa (nie zaś poniedziałek, bo jeszcze czasem utrzymują się w nim resztki ekscytacji po weekendzie; w środę zaś do ogólnego rozbicia dochodzi jeszcze "kryzys dnia trzeciego") w połowie listopada.

Skoro już zdyskredytowałem powagę dzisiejszego "Blue Monday", to i utwór okolicznościowy będzie nieco niepoważny, choć na temat. Zespół "Cake" wpierw ujrzałem, a dopiero potem usłyszałem. Byli bowiem oni gośćmi w jednym z odcinków talk-show "Late Night with Conan O'Brien", który oglądałem z wielką przyjemnością od roku 1996 do października 1998, kiedy to utraciłem niestety styczność z telewizją kablową i możliwość odbioru kanału NBC. Pamiętam, że ich wizyta była związana z promowaniem nowego albumu - prawdopodobnie był to właśnie "Prolonging the Magic", z którego pochodzi powyższy utwór. Obecni w talk-show członkowie zespołu wydawali się mieć nieliche poczucie humoru, a puszczony po wywiadzie z nimi teledysk do ich cover'u "I Will Survive" pokazywał, że to poczucie humoru ukazują też w swej twórczości. Nazwę zespołu zapisałem sobie więc na jakimś skrawku papieru, jako ciekawostkę do poszukania w sklepach muzycznych.

Oczywiście, w sklepach muzycznych nic nie znalazłem. Nie żebym szukał jakoś uporczywie, ale gdy od czasu do czasu wizytowałem je pamiętając akurat o "Cake", nic nie było. Na szczęście był już Internet, który, choć raczkujący, już wtedy oferował możliwość znalezienia poszukiwanej muzyki. Ściągnąłem sobie więc album "Prolonging the Magic" - bo akurat jego gdzieś znalazłem, jako najświeższy album kapeli, przesłuchałem - i się zauroczyłem.

Ściąganie muzyki z sieci było wtedy jeszcze czymś - dla mnie przynajmniej - nowym, więc często odruchowo odsłuchiwałem cały ściągnięty album (chyba, że były dostępne tylko pojedyncze kawałki; tak bywało z twórczością Weird Al'a Yankovic'a), ale często po jedno lub kilkukrotnym przesłuchaniu tylko kilka (o ile jakikolwiek) utworów trafiało na dalszą play-listę. Tu też było kilka kawałków, które zauroczyły mnie bardziej - "Satan Is My Motor", "Sheep Go To Heaven" (który to utwór dorobił się własnej strony na Wikipedii) i właśnie "Cool Blue Reason", ale i resztę kawałków dość długo odsłuchiwałem, a potem kilkukroć wracałem do albumu. Cały album jest grany w podobnym tempie, w podobnej tonacji, bez wątpienia melancholijnej, może wręcz nieco depresyjnej, ale z odczuwalnym podskórnym poczuciem humoru. Może więc dlatego nieraz wracałem do tego albumu w w bardziej minorowych okresach mego żywota, dzięki czemu miał okazję lepiej mi się w pamięci zapisać - i skutkiem tego trafić tu, na okoliczność Bluesowego Poniedziałku.


PS. A jakby ktoś przypadkiem wierzył, że Cliff Arnall ma rację i dziś jest faktycznie najgorszy dzień roku, to o tej porze można sobie spokojnie pomyśleć: "Najgorsze za nami, teraz to już z górki".

22:14, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 stycznia 2013

Nieraz się zdarza, że w niedzielne poranki budzę się zmęczony i nieco skacowany po wieczornym się zasiedzeniu się, czy to samemu, czy to z Nieogolonym. Budzę się wtedy parę kwadransów później niż w tygodniu, świadom, że nie czeka mnie żadne intensywne przeżycie przez najbliższych parę godzin: powolne i lekkostrawne śniadanie, zwykle nieintensywny basen z Rozczochraną (bardzo dobrze robi na to, co posiadam zamiast kaca) zakończony kilkoma minutami w saunie i niedzielna wizyta u rodziców, kiedy to dziadkowie biegają za wnukami, a my z Nieuczesaną chwilę odpoczynku spędzamy na nadrobieniu zaległości prasowych. Wieczorem powrót do domu, położenie zmęczonych dzieci spać - i jeżeli przebiega to bez problemów, znów chwila czasu wolnego. Ot, taka leniwa niedziela:

Twórczość Daukszewicza poznawałem ponad 20 lat temu (nie pomnę, czy tuż przed '89, czy tu po; nagrany jego koncert na pewno był sprzed tej cezury czasowej, dla wielu satyryków przełomowej), z pożyczonej od babci kaset video z jednym z jego występów. Oglądałem ją potem co najmniej kilkukrotnie (takie były czasy, kiedy to miało się w domu tylko kilka nośników z ruchomymi obrazkami) i wiele skeczy, zdań, czy fragmentów - zwłaszcza refrenów - piosenek zapamiętałem. Między innymi "Tyle mi zostało co mi nakapało", czy właśnie powyższy kawałek. Którego to utworu refren w takie powolne niedziele, gdzie nawet nie przekraczam w swej trasie 50km/h w terenie zabudowanym, czy kiedy po obiedzie lekko przysypiam nad kolejną przeterminowaną gazetą, często przemyka mi przez myśl, wraz z linią melodyczną.

PS. Jest jeszcze jeden kawałek, który mógłby mi przychodzić, gdybym tylko był nieco młodszy, gdy powstawał: "Lazy song" kapeli Bruno Mars. Jest o tyle na miejscu, że i jego podmiot liryczny postanawia się nie czesać (skądinąd: słowo "Nieuczesany" jest chyba nie do zgrabnego przetłumaczenia na angielski), ale o tyle nie na miejscu, że z Rozczochrańcami, które skaczą mi po głowie zanim jeszcze zwlokę się z łóżka i jakimkolwiek, choć minimalnym, rozkładem dnia mimo szczerych chęci trudno mi rzec, że "Today I'm not doing anything, nothing at all".

12:55, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 stycznia 2013

Jakkolwiek mam w pamięci wiele różnych imprez sylwstrowo-noworocznych, o tyle na większości z nich nie było muzyki lub ograniczała się do muzyki tła*. Nawet gdy stanowiła znaczną część rozrywki, to nie jestem w stanie przypomnieć sobie żadnego konkretnego numeru, raczej styl muzyczny (jak podczas samotnego Sylwestra, gdy niemałej rozrywki dostarczał telewizor nastawiony na polski kanał z wyłączonym głosem i długa lista piosenek ze słowem "marihuana" w nazwie; połączenie audio z video było urocze, zwłaszcza gdy czasem zgadzał się lip-sync). Jest jednak wyjątek.

Utwór ten rozpoczyna płytę zespołu "Elektryczne Gitary" pt. "Na krzywy ryj" i leciał na imprezie sylwestrowej mendel lat temu. Płytę tą dostałem jakiś czas wcześniej w ramach prezentu ("Elektryczne Gitary" po sukcesie swych dwu pierwszych płyt stali się rozpoznawalni, a ich płyty - dobrymi prezentami dla dorastającej młodzieży) i w związku z powyższym utworem przyniosłem go na ową imprezę. Impreza miała co prawda być w klimacie lat 70-tych (i była! takiej ilości bandan, pacyfek, indyjskich wisiorków i hippisowskiego ducha per capita nie widziałem już nigdy później), ale akurat ten kawałek, pomyślałem, będzie można o północy puścić. CD wylądowało więc w odtwarzaczu, a my w pewnym momencie wieczoru (już grubo po północy i po spacerze w scenerii godnej bitwy o Stalingrad), puściliśmy płytę i zalegliśmy. I gdy płyta - niezatrzymana po pierwszym kawałku, ani po kolejnych, mimo że kilka z nich okazało się pasować do naszego ówczesnego nastroju, a kilka nie (pamiętam np. konsternację na twarzy Nieogolonego, gdy robiąc pauzę w opowieści o swych historiach damsko-męskich, usłyszał tekst utworu "W pewnym mieście") - dobiegła końca, okazało się, że odtwarzanie jest zapętlone - i płyta zaczęła grać raz jeszcze. Znów zaczynając od tytularnego utworu.

Nie pierwszy raz nam się taka sytuacja przytrafiła. Pół roku wcześniej podobnie zalegliśmy na koniec imprezy przy ścieżce dźwiękowej do filmu "Twierdza" ("The Rock") i dopiero po trzecim jej odsłuchaniu ktoś nas uratował i ją wyłączył. Tym razem jednak nie było nikogo, kto wejść mógłby i płytę wyłączyć, a my nie byliśmy mobilni, pogrążeni z Nieogolonym w snuciu swych historii, podczas gdy Niewesoły siedząc nieopodal podziwiał płonące żyrafy Salvadora Dali. Więc płyta przeleciała drugi raz. A potem trzeci. Dopiero, gdy rozpoczynające ją "Dzwonek mnie obudził rano..." zabrzmiało po raz czwarty, wykrzesaliśmy ze swych zmarnowanych imprezą ciał tyle energii, by wreszcie ją wyłączyć. Chwilę później wyłączyliśmy się i my, ja akurat w okolicy drzwi wyjściowych.

I dzięki temu akurat mam wspomnienie o piosence sylwestrowej, którą mogę wspomnieć w Nowy Rok. Zwłaszcza w taki, który przynosi same tylko dobre dni...


* - wczoraj jedyną muzyką, jaka z głośników poleciała, był albym "Divné století" Jaromira Nohavicy. Wśród gości nikt poza mną nikt jednak chyba tego faktu nie zauważył, bo muzyka nie była najważniejsza.

23:59, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA