RSS
niedziela, 14 kwietnia 2013

Tygodnie mijają, a ja dłubię i składam tu powoli wpisy o kolejnych słuchanych przeze mnie utworach muzycznych. Aż nagle się zorientowałem, że powoli upływa właśnie dwadzieścia lat od owego półrocza, gdy to zasłuchiwałem się w "Czarnym Albumie" Metallici. Słuchałem go od listopada gdzieś tak do końca maja, Anno Domini 1992/93, praktycznie nie wyjmując kasety z magnetofonu. Po tak długim i intensywnym słuchaniu dziwnym nie jest, że kojarzę wszystkie kawałki. Część z nich usłyszeć można czasem w radiu lub ujrzeć w telewizjach muzycznych po dziś dzień: od najsławniejszego, choć wcale nie najlepszego, "Enter Sandman", poprzez powolne "Nothing Else Matters" (przesłuchałem raz wykonania Edyty Górniak; styl i tempo wykonania to jej sprawa, niech sobie śpiewa i w ten sposób - ale w dwu miejscach zmieniła tekst, a to już jest w mej opinii karygodne; bo zmiana nawet tego jednego słowa - bodajże partykuły - wypacza przesłanie tekstu) i dobrego "Sad But True". Niektórych jednak kawałków, wcale nie gorszych, usłyszeć się nie da. Jak na przykład "Wherever I May Roam", "Don't Tread on Me", czy "Of Wolf And Man".

Kawałek ten spodobał mi się już przy pierwszym odsłuchaniu, może ze względu na rytm, może ze względu na wilka lub odwołania do natury ("Pulsing with the earth") i słuchałem go z nieustającym entuzjazmem kolejne tysiąc razy, czasem nawet cofając kasetę, by przesłuchać go ponownie. Od czasu gdy kasetę odłożyłem na półkę owe niemal dwadzieścia lat temu, nie dane mi go było usłyszeć przypadkiem nigdy. W żadnym radiu, w żadnym MTV, na żadnej rockowej imprezie - jakby nie istniał lub nie był tego godny. Nie wiem ile razy sam puściłem go świadomie w tym okresie, ale na pewno da się policzyć te odsłuchania na palcach dwu rąk - żadnego zaś nie przypominam sobie z całą wyrazistością, więc możliwe, że nie słuchałem go ani razu, pogrążony w innych nurtach muzycznych. Tak czy owak, podczas obecnego przesłuchiwania postanowiłem zanucić wraz z Hetfieldem, bez zerkania na tekst - fakt, że wypadły mi przez ten czas z pamięci tylko dwa wersy z całego utworu świadczy o tym, że porządnie wrył mi się w pamięć.

Trudno mi teraz rzec, czym ten utwór mnie tak zafascynował. Rytmem? Na pewno. Tekstem? Możliwe, ale czym? Nawiązaniem do wilków? Nie pamiętam, bym przed słuchaniem tego kawałka czuł się jakoś nimi zainteresowany, czy miał o nich pozytywne zdanie (z książek Curwooda czytałem wtedy "Łowców Wilków", a nie "Kazana", czy "Bariego, syna Szarej Wilczycy") - ale po przesłuchaniu miałem już takie na pewno. Nie na tyle, by ubierać się w ich skóry, ale na tyle, by w odwiecznym konflikcie wampirów z wilkołakami bez chwili wątpliwości wybrać stronę czworonogów. Z przyjemnością też potem zaczytywałem się w przygodach Białego Wilka, Gwynbleidda, oglądałem ich ekranizacje i nawet grałem w grę opierającą się na tej postaci. Może to też i przez tą sympatię zaintrygowała mnie nazwa zespołu "Steppenwolf", co doprowadziło mnie ostatecznie do odkrycia twórczości Hermanna Hesse.

Udało mi się nawet kiedyś ujrzeć prawdziwego wilka, w Bieszczadach w czasie kwietniowej wyprawy z Nieubranym. Przez dłuższą chwilę myśleliśmy, że to lis przeciął naszą drogę, dopiero po jakimś czasie skonstatowaliśmy, wsparci wiedzą ekspertów, że 60cm w kłębie to trochę za wiele jak na lisa.

I tyle. A teraz - back to the meaning, back to the meaning of life.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Jak wieść gminna po portalach internetowych niesie, według brytyjskiego psychologa Cliff'a Arnall'a na dziś wypada najbardziej depresyjny dzień w roku. Jego metodologia i argumentacja jest może i ciekawa, ale kłóci się z moim życiowym doświadczeniem. Po pierwsze bowiem, zawsze gorzej czułem się w lutym (Garfield zwykł mawiać: "Luty to poniedziałek wśród miesięcy"), gdy zapas energii zgromadzonej poprzedniego lata jest już na wyczerpaniu, niż w styczniu, gdy jeszcze odczuwam ekscytację związaną z początkiem nowego roku (ale to może dlatego, że umiejętnie formułując swe postanowienia noworoczne, o tej porze roku jeszcze nie zauważam ich złamania). Po drugie zaś każdy, kto w tym kraju spędził "złotą polską jesień", czyli listopadowe czarne popołudnia, gdy sklepy zaczynają katować kupujących świątecznymi składankami, ciemno robi się zdecydowanie za wcześnie, ciągła mżawka na zmianę z deszczem wychładza spacerującego skuteczniej niż lutowy mróz i nie przykrywa równą, ładną białą warstwą psich kup leżących na chodnikach i trawnikach, postanowienia noworoczne już na pewno okazały się niespełnione - a to wszystko przyprawione jest świadomością, że na wiosnę trzeba jeszcze czekać pół roku, przyzna, że nie ma równie mrocznego podwieczorka duszy, jak środa (nie zaś poniedziałek, bo jeszcze czasem utrzymują się w nim resztki ekscytacji po weekendzie; w środę zaś do ogólnego rozbicia dochodzi jeszcze "kryzys dnia trzeciego") w połowie listopada.

Skoro już zdyskredytowałem powagę dzisiejszego "Blue Monday", to i utwór okolicznościowy będzie nieco niepoważny, choć na temat. Zespół "Cake" wpierw ujrzałem, a dopiero potem usłyszałem. Byli bowiem oni gośćmi w jednym z odcinków talk-show "Late Night with Conan O'Brien", który oglądałem z wielką przyjemnością od roku 1996 do października 1998, kiedy to utraciłem niestety styczność z telewizją kablową i możliwość odbioru kanału NBC. Pamiętam, że ich wizyta była związana z promowaniem nowego albumu - prawdopodobnie był to właśnie "Prolonging the Magic", z którego pochodzi powyższy utwór. Obecni w talk-show członkowie zespołu wydawali się mieć nieliche poczucie humoru, a puszczony po wywiadzie z nimi teledysk do ich cover'u "I Will Survive" pokazywał, że to poczucie humoru ukazują też w swej twórczości. Nazwę zespołu zapisałem sobie więc na jakimś skrawku papieru, jako ciekawostkę do poszukania w sklepach muzycznych.

Oczywiście, w sklepach muzycznych nic nie znalazłem. Nie żebym szukał jakoś uporczywie, ale gdy od czasu do czasu wizytowałem je pamiętając akurat o "Cake", nic nie było. Na szczęście był już Internet, który, choć raczkujący, już wtedy oferował możliwość znalezienia poszukiwanej muzyki. Ściągnąłem sobie więc album "Prolonging the Magic" - bo akurat jego gdzieś znalazłem, jako najświeższy album kapeli, przesłuchałem - i się zauroczyłem.

Ściąganie muzyki z sieci było wtedy jeszcze czymś - dla mnie przynajmniej - nowym, więc często odruchowo odsłuchiwałem cały ściągnięty album (chyba, że były dostępne tylko pojedyncze kawałki; tak bywało z twórczością Weird Al'a Yankovic'a), ale często po jedno lub kilkukrotnym przesłuchaniu tylko kilka (o ile jakikolwiek) utworów trafiało na dalszą play-listę. Tu też było kilka kawałków, które zauroczyły mnie bardziej - "Satan Is My Motor", "Sheep Go To Heaven" (który to utwór dorobił się własnej strony na Wikipedii) i właśnie "Cool Blue Reason", ale i resztę kawałków dość długo odsłuchiwałem, a potem kilkukroć wracałem do albumu. Cały album jest grany w podobnym tempie, w podobnej tonacji, bez wątpienia melancholijnej, może wręcz nieco depresyjnej, ale z odczuwalnym podskórnym poczuciem humoru. Może więc dlatego nieraz wracałem do tego albumu w w bardziej minorowych okresach mego żywota, dzięki czemu miał okazję lepiej mi się w pamięci zapisać - i skutkiem tego trafić tu, na okoliczność Bluesowego Poniedziałku.


PS. A jakby ktoś przypadkiem wierzył, że Cliff Arnall ma rację i dziś jest faktycznie najgorszy dzień roku, to o tej porze można sobie spokojnie pomyśleć: "Najgorsze za nami, teraz to już z górki".

22:14, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 stycznia 2013

Nieraz się zdarza, że w niedzielne poranki budzę się zmęczony i nieco skacowany po wieczornym się zasiedzeniu się, czy to samemu, czy to z Nieogolonym. Budzę się wtedy parę kwadransów później niż w tygodniu, świadom, że nie czeka mnie żadne intensywne przeżycie przez najbliższych parę godzin: powolne i lekkostrawne śniadanie, zwykle nieintensywny basen z Rozczochraną (bardzo dobrze robi na to, co posiadam zamiast kaca) zakończony kilkoma minutami w saunie i niedzielna wizyta u rodziców, kiedy to dziadkowie biegają za wnukami, a my z Nieuczesaną chwilę odpoczynku spędzamy na nadrobieniu zaległości prasowych. Wieczorem powrót do domu, położenie zmęczonych dzieci spać - i jeżeli przebiega to bez problemów, znów chwila czasu wolnego. Ot, taka leniwa niedziela:

Twórczość Daukszewicza poznawałem ponad 20 lat temu (nie pomnę, czy tuż przed '89, czy tu po; nagrany jego koncert na pewno był sprzed tej cezury czasowej, dla wielu satyryków przełomowej), z pożyczonej od babci kaset video z jednym z jego występów. Oglądałem ją potem co najmniej kilkukrotnie (takie były czasy, kiedy to miało się w domu tylko kilka nośników z ruchomymi obrazkami) i wiele skeczy, zdań, czy fragmentów - zwłaszcza refrenów - piosenek zapamiętałem. Między innymi "Tyle mi zostało co mi nakapało", czy właśnie powyższy kawałek. Którego to utworu refren w takie powolne niedziele, gdzie nawet nie przekraczam w swej trasie 50km/h w terenie zabudowanym, czy kiedy po obiedzie lekko przysypiam nad kolejną przeterminowaną gazetą, często przemyka mi przez myśl, wraz z linią melodyczną.

PS. Jest jeszcze jeden kawałek, który mógłby mi przychodzić, gdybym tylko był nieco młodszy, gdy powstawał: "Lazy song" kapeli Bruno Mars. Jest o tyle na miejscu, że i jego podmiot liryczny postanawia się nie czesać (skądinąd: słowo "Nieuczesany" jest chyba nie do zgrabnego przetłumaczenia na angielski), ale o tyle nie na miejscu, że z Rozczochrańcami, które skaczą mi po głowie zanim jeszcze zwlokę się z łóżka i jakimkolwiek, choć minimalnym, rozkładem dnia mimo szczerych chęci trudno mi rzec, że "Today I'm not doing anything, nothing at all".

12:55, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA