RSS
poniedziałek, 10 lipca 2017

Obejrzany film "T2 Trainspotting" przypomniał mi o dwóch piosenkach z jego soundtracku (który kupiłem i intensywnie przesłuchiwałem), które zapamiętałem bardziej. Jako pierwszą chciałem opisać "Lust For Life" Iggy'ego Popa, jako że otwiera pierwszy film i zamyka sequel. Ale wyszło jak zawsze i naszło mnie "Nightclubbing" tego samego artysty:

Niczym czasem Trójka nadaje z Sopotu, tak ja ten wpis piszę siedząc w mym ulubionym barze[citation needed]

I'm nightclubbing, nightclubbing, I walk like a ghost.

dowód

Zwykle jednak, gdy idę do baru, to robię właśnie to - idę do baru. Zważywszy na moją poriomanię, idę czasami długo (rekord to 19,74km aż zamówiłem pierwsze piwo; parę dni temu było to ledwie 5,82km), ale w swym rodzinnym mieście zwykle jak już dupnę, to się z baru nie ruszam. W obcych miastach często zdarzają mi się wyjątki od tej reguły, ale to dlatego, że wtedy chodzę sam ("I'm nightclubbing"). Tu, z przyjaciółmi, nocny kurs po paru (czytaj: więcej niż jednym) barach (bo najdalej po trzecim kończymy kurs) jest rzeczą rzadką. Co nie oznacza, że się nie zdarza.

Teraz jednak wyjeżdżam na wakacje. Jadę na imprezę z kilkoma tysiącami uczestników, po których obozach i ogniskach będę się włóczył co nocy. Czasem sam - ale rzadko tam czuję się samotnie, samemu przechodząc od jednej gromady znajomych do innej gromady znajomych - czasem w mniej lub bardziej efemerycznych i sformowanych naprędce grupach, czasami zawierających Nieogolonego, ale mijając po drodze z obozu do obozu innych nocnych perypatetyków będę mógł pomyśleć "We're nighclubbing!".

That's the week when I'm nightclubbing.

A to rozróżnienie między "ja" i "my" jest tu znaczące. Imprezowanie jest czynnością społeczną. Alkohol jest używką społeczną. Jako introwertyk doceniam uroki imprezowania samotnego (przez parę lat za najlepszy ze spędzonych Sylwestrów oceniałem ten spędzony samotnie w pokoju przed ekranami komputera i telewizora), ale tak to działa - impreza wymaga społeczności (w wersji minimalistycznej: Niewesołego). I ja tę społeczność tam znajduję, wśród tych ognisk i namiotów, wśród skupionych dookoła ich gromad, jak i wśród tych samotnych nocnych wędrowców krążących jak ja między nimi, jak ja zataczających się od wypitego alkoholu (poza tym tygodniem nie zdarzają mi się praktycznie wcale dnie i noce, podczas których wypiłbym więcej niż cztery piwa; tam po dwukrotnym przekroczeniu tej normy nadal krążę). Ja ją chłonę wszystkimi porami, łykam jednym gigantycznym haustem, który starczy mi potem na cały rok, do kolejnej edycji imprezy.

Spotykam tam wielu starych znajomych, których ostatni raz widziałem rok temu na tej imprezie. Te migawki dają mi poczucie ponadczasowości - nie wiem, czy dany temat poruszałem z nimi trzy dni, czy trzy lata temu. I strasznie mi się to podoba. Ale też spotykam nowych ludzi, całkiem nowych ludzi ("people brand new people"), co przy takim tłumie nie jest niczym dziwnym i się im przyglądam, a czasem zagaduję. Co mi się nawet po alkoholu poza tym wyjazdem nie zwykło zdarzać.

Czy tak samo było dwie dekady temu? To były czasy piw pitych w parkach, ale już wtedy byłem introwertykiem, pijącym z innymi introwertykami. Gdy siedzieliśmy w barach, oblegaliśmy jeden - studencki, bo był najbliżej i był najtańszy. Co więcej wtedy jeszcze nie jeździłem na ową coroczną imprezę (w tym roku będę dopiero dziewiętnasty raz), więc tej odskoczni nie miałem. Więc tak, było z grubsza tak samo. Tylko Niewesoły częściej z nami pił.

22:40, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 lipca 2017

Listę piosenek nienadających się do spania, które były tematem audycji mej ulubionej pary redaktorów prowadzących z dn. 6 czerwca br., rozpocznę filmowo - od piosenki "Everything In It's Right Place" Radiohead, do której budzi się bohater filmu "Vanilla Sky", grany przez Toma Cruise'a. Niezbyt znam twórczość Radiohead (poza "Paranoid Android", który zna chyba każdy, kto miał styczność z MTV dwie dekady temu), ale do tego filmu, który zrobił na mnie spore wrażenie (byłem na nim w kinie z byłą dziewczyną, która potem prowadziła samochód ze mną w środku; nawet gdybym nie obejrzał tego filmu chwilę wcześniej, lękałbym się w czasie jazdy po usłyszeniu po zapięciu pasów od niej zdania "Nie mów nic do mnie, gdy będę prowadziła, bo jestem świeżym kierowcą i nic chcę się dekoncentrować, by czegoś w czasie jazdy nie pomylić" - ale obejrzenie tego filmu ułatwiło mi wizualizację tego, co stać się w takiej sytuacji może; dość powiedzieć, że siedziałem całą drogę cicho jak trusia). Sama piosenka nie zawiera towarzyszących jej w filmie słów "Open your eyes!", więc powyżej zamieściłem fragment filmu. Bez tego jej nawiązanie do tematu mogłoby być niejasne.

Drugi utwór pasuje już bez żadnych dodatków. Usłyszałem go w indyjskim filmie "The Rising: Ballad of Mangal Pandey" o indyjskiej rebelii z 1857 roku. Tam występuje ten utwór dwukrotnie - pierwszy raz na samo jego otwarcie i przyznać trzeba, że te dźwięki w zestawieniu z maszerującym przez kadr słoniem robią w kinie monumentalne wrażenie. Bez słonia zaś wybornie budzą. Sam używałem tego utworu przez wiele miesięcy jak budzika, bo nic nie działało równie efektywnie. Pamiętam też, jak po wieczorno-nocnej imprezie z Nieogolonym i Zieloną w jej mieszkaniu, Zielona zasnęła koło 4:30 nad ranem i poprosiła nas o pobudkę za niecałe dwie godziny, dodając że to może być trudne zadanie. Wzruszyłem ramionami, ustawiłem ten utwór jako budzik w telefonie i położyłem ów telefon przy jej łóżku. Trzeba przyznać, że obudziła się i wstała z łóżka natychmiast. Trzeba też przyznać, że długo potem miała mi ten utwór za złe; chyba liczyła podświadomie, że nie uda nam się jej obudzić i się wyśpi tej nocy.

Jeżeli zaś sen morzy nas nad ranem po imprezie lub towarzyskim spotkaniu ("nocne Polaków rozmowy", tak to się kiedyś zwało), to idealny na zwalczenie takiej drzemki utwór z innego filmu - "Singing in the Rain", czyli "Deszczowej Piosenki". Mowa rzecz jasna o "Good Morning", które żwawym rytmem ożywia i nadawać może energii do działania już od rana, nawet gdy całą noc się przegadało, jak bohaterowie filmu. Potrafi też rozbawić, a rozbawionym będąc trudno jest zasnąć, na co zwrócili uwagę redaktorzy prowadzący.

A na koniec szlagier, który dekadę temu przybliżył mi Niemały. Podczas ówczesnej kilkudniowej imprezy nie tracił czasu na sen - jedynie zakładał słuchawki i odsłuchiwał "ZURT" formacji Buldog z Kazikiem na wokalu. Słuchał jeden raz, jak był bardzo zmęczony to dwa lub trzy - i podrywał się gotów do dalszego działania. Na mnie aż tak energetycznie ten utwór nie działał, ale kilkukrotnie przy spadkach energii i nagłej chęci na drzemki pozwolił mi z tego stanu się wydobyć. Zwykle jednak wymagał wspomożenia się do osiągnięcia tego celu herbatą:

Tagi: Mann&Gacek
23:46, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 lipca 2017

Dwie dekady temu przechodziłem przez okres muzycznych zmian. Dawno już znudziło mi się mocne i ostre granie, którym fascynowałem się w podstawówce, a i rytmy lat 70-tych, którymi zafascynowany byłem w liceum, zaczynały mnie nużyć. W ostatnim okresie, w którym jeszcze o słuchanej przez mnie muzyce decydowałem ja, a nie kobiety, w których byłem zakochany, szukałem więc nowych brzmień typowymi dla mnie krętymi ścieżkami. Jednym z meandrów tej ścieżki był opisywany przeze mnie ostatnio oboista Tytus Wojnowicz. Innym była kooperacja zespołów Twinkle Brothers i Trebunie Tutki:

Pierwszy kontakt z tym zdumiewającym projektem miałem podczas oglądania filmu "Girl Guide" z 1995 roku. Podczas oglądania większe wrażenie co prawda zrobiła na mnie Renata Gabryjelska niż muzyka, ale zwróciłem uwagę też i na nią. Kasetę zespołu "Piersi", na której występuje kilka utworów z filmu, przegrałem sobie niewiele później od kolegi, a gdy ujrzałem niecałe dwa lata później w sklepie kasetę z największymi hitami tego wieloosobowego duetu, postanowiłem ją kupić. Nie kupowałem kota w worku, było o tej kooperatywie wtedy głośno i dało się usłyszeć parę utworów w publicznej polskiej telewizji.

I, choć później znajomości z żadną z uczestniczących kapel nie kontynuowałem, nie zawiodłem się i miło mi się parę tygodni tej kasety słuchało. Jak na mój ówczesny gust element góralski zbytnio zdominował element jamajski, ale ów był wciąż wyczuwalny i sprawiał, że góralskiej muzyki dało się słychać, wbrew popularnemu wtedy ludowemu powiedzeniu ("Dwóch rzeczy nie cierpię: chamstwa i góralskiej muzyki"). Jak na mój obecny gust, to jest ciekawa i miła dla ucha kombinacja, ale wszystkie utwory brzmią dokładnie tak samo. Wybrałem więc pierwszy z brzegu, choć większą popularność zdobył inny (ten, w którym "zabili Janicka / they killed Johnny, who done it?", zaprezentowany w ww. "Girl Guide").

Takie to były dwie dekady temu słodkie czasu multi-kulti, w których dało się takie ciekawe projekty tworzyć i upowszechniać w publicznych mediach. Dzisiaj chyba nie ma ku temu wśród ceprów atmosfery. A czy jest wśród górali, tego nie wiem, od kilkunastu lat nie byłem w tamtych rejonach.

18:25, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 76
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA