RSS
piątek, 04 sierpnia 2017

Przeszło dwie dekady temu po raz pierwszy zacząłem być w związku. Dwa dni później po raz pierwszy przestałem być w związku. Kolejne trzy dni później po raz pierwszy ponownie byłem w związku, by kolejne dwa dni później znowu nie być. A dopiero dekadę później, też na skutek wakacyjnego zauroczenia, założyłem sobie konto na popularnym portalu społecznościowym i poznałem frazę "It's complicated", która dość dobrze ten okres mego życia oddawała. To jednak nie osłabiało mego zauroczenia. "Oh Yeah she was taking me over", jak śpiewa wokalista zespołu Ash:

Zespól ten, a właściwie wyłącznie jego kasetę zatytułowaną "1977" poznałem właśnie owego lata. Znalazłem ją w pokoju mej ówczesnej ukochanej, by chwil kilka później dostać ją od niej w prezencie, jej bowiem się zbytnio nie podobała. Prezentów się nie odmawia (a przynajmniej nie w takim stanie ducha) i tak przez parę tygodni zacząłem tej kasety słuchać, a na niej wszystkich utworów - oraz dwóch dogranych na stronie "B", którymi zagrała ukryty utwór zatytułowany "Sick Party" składający się z odgłosów wymiotującego zespołu.

Poza owymi utworami album zdał mi się jednorodny - żadnego utworu nie byłem w stanie jakoś wyróżnić od reszty, może jedynie poza "Girl From Mars", w którym tekst rozumiałem bardziej od reszty. Nie oznacza to jednak, że mi nie przypadł do gustu - było żwawo, były gitary i był to prezent od ukochanej. Czegóż by więcej można w takim stanie ducha chcieć?

Ten utwór też mi przypadł do gustu i dwa wersy refrenu sobie nierzadko nuciłem, choć rzecz się działa w upalne dni lipca (w drugiej połowy lipca, właściwie) i był raczej środek lata niż jego początek. Reszta tekstu też pasuje umiarkowanie (może poza frazą "talking too long as the night came on", które to rozmowy na balkonie patrząc na ciemniejące wieczorne niebo zresztą było tego związku bezpośrednią przyczyną): to nie ona, a ja do jej domu przybyłem (w ramach rewizyty; a nawet gdy odwiedzała mój dom kilka dni wcześniej, był to już początek upalnego lipca, a nie ciepły czerwcowy wieczór) i nie odwoziłem jej po północy do domu, lecz sam tak do swojego wracałem (nie posiadałem wtedy prawa jazdy, odwoziłem więc ją jedynie autobusem linii 184 z centrum jej miasta do jej dzielnicy i działo się to chwilę przed 23; jednak ja do swego domu wracałem już grubo po północy i wcale mi to wtedy nie przeszkadzało).

"I remember everything", śpiewa dalej wokalista i ja też pamiętam wszystko: i bar naprzeciwko Baszty "Jacek", gdzie pierwszy raz w życiu jadłem czereśnie, i Zaułek Zachariasza Zappio, polecony mi wtedy jako najbardziej urokliwy zakątek miasta (i faktycznie takim był, ale by to docenić należało się tam wybrać grudniowego popołudnia, gdy z czarnego nieba padał oświetlony pojedynczą lampą śnieg), i upały owego lata, sprawiające, że ma ówczesna ukochana brała trzy prysznice dziennie, i Grabarza chwalącego się nowym tatuażem mającym "załatwić mu" kategorię E podczas komisji wojskowej, i związane z burzliwym początkiem tego związku rozdarcie wśród znajomych, i wieczorne powroty do domu, gdy "I felt so good everything was alright", i tę panią, która krzyczała na nas pewnym późnym popołudniem, gdy siedzieliśmy przytuleni do siebie na Mariackiej i późniejszą konstatację, że pewnie krzyczała dlatego, że ze względu na me długie włosy wzięła nas za lesbijki, i wieczorne telefony i telefon, który wykonałem z angielskiej budki telefonicznej niedzielnego poranka po tym, jak z Nieogolonym noc przespaliśmy w lesie, i dziewczynę przy sąsiednim stoliku w barze na Długim Pobrzeżu, która chwaliła się swą przeprowadzką do Stanów karykaturalnie wręcz przesadzając z "hamerykańskim" akcentem, i nawet tę kasetę...

Wszystko się jednak kończy, i skończyło się owe upalne lato. Do dziś miło je wspominam i gdybym niczym Billy Pilgrim z "Rzeźni numer pięć" Kurta Vonneguta (z którym też tego właśnie lata zostałem zapoznany) mógł odwiedzać wszystkie momenty swego życia, te wakacje odwiedzałbym - mimo (a może z powodu?) intensywności bólu ówczesnych rozstań - z przyjemnością. I choć nasze drogi później się rozeszły, zdecydowanie "still I don't regret one thing".

11:24, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 lipca 2017

Jednym ze sporych plusów obejrzanego nieco ponad dwie dekady temu filmu "Trainspotting" była ścieżka dźwiękowa. Zwykle nie odpowiadają mi (a przynajmniej zwykle nie odpowiadały mi wtedy) elektroniczne brzmienia, tu jednak idealnie pasowały do filmu. Gdy jednak kupiłem sobie kasetę ze ścieżką dźwiękowo, typowo dla mnie najbardziej zachwyciły mnie trzy bardziej tradycyjne utwory muzyczne, gdzie były gitary, wokal i tekst. Jednym z nich był opisany już "Perfect Day" Lou Reeda; dwa pozostałe były autorstwa Iggy'ego Popa, a drugim z nich było otwierające film "Lust for life".

Byłem wtedy pełen żądzy życia. I jak najdłuższego jego trwania ("I intend to live forever or die trying", jak całe lata mawiałem, znalazłszy tą maksymę w czyjejś stopce na Usenecie parę lat później), i jak najintensywniejszego go przeżywania. Nie byłem może "zdobywcą biegunów", jak Nieogolony, ale przeżywałem wtedy swe życie intensywnie. Co zresztą u nastolatka niczym dziwnym nie jest.

W latach późniejszych żądza życia wiecznego pozostała i podejrzewam, że z nadchodzeniem starości (której jeszcze na co dzień sobie nie uświadamiam) jeszcze się zintensyfikuje, zaś intelekt sprawił, że uświadomiłem sobie, że życie intensywne i życie długie są ze sobą zwykle w ujemnej korelacji ("najjaśniejsze gwiazdy świecą najkrócej") i ograniczyłem życia intensywność na rzecz przewidywanej długości życia. Na szczęście jestem nostalgicznym introwertykiem, więc zawsze wystarczały mi krótkie okresy intensywnych działań, które potem mógłbym sobie miło wspominać w samotne długie zimowe wieczory.

(Na przykład takim intensywnym okresem były wakacje w połowie między "wtedy" a "teraz", czyli dekadę temu. Się wtedy działo.)

Choć piosenka zauroczyła mnie tym, że tekst posiada, nie zrozumiałem z niego sporej części. Na wkładce do kasety tekstu nie było (kasety z soundtrackami nie miewały, wolne miejsce na wkładce zapełniając kadrami z filmu), Internetów nie było (poza domem Nieogolonego), a moje zrozumienie języka nie było tak dobre jak teraz. Dlatego na przykład nie zrozumiałem drugiego wersu piosenki ("with the liquor and drugs"). Szkoda, na pewno inkorporowałbym go do swego słownika, a dwa pierwsze wersy nucił idąc na kolejne spotkanie z Nieogolonym, mając plecach cały wypchany używkami.

Zrozumiałem za to wyraźnie ostatni wers pierwszej zwrotki ("he's gonna do another strip tease"), który przemawiał do mnie wtedy tym bardziej, że lubiłem w tamtych czasach paradować nago. Stwierdzałem, że jako poprawnie zbudowany osobnik ludzki nie mam się czego wstydzić (choć wstyd z golizny odczuwałem, sztuczka polegała na tym, bo go pokonać) i dałem się nawet nagrać na (zaginioną lata temu) kasetę video, gdy paradowałem tak do muzyki Beethovena podczas jednej z imprez w ówczesnym domu Nieogolonego.

Głównie jednak zrozumiałem i zapamiętałem refren. Nuciłem i śpiewałem go sobie przez kolejne lata podczas bardziej hipomaniakalnych chwil w mym życiu - aż parę lat temu praktycznie przestałem. I settled i teraz cieszy mnie me codzienne, spokojne życie i z chęcią trwałbym w nim wieczność bez bardziej intensywnych przeżyć. Jednak od czasu do czasu czuję w sobie jeszcze ową młodzieńczą żądzę, chęć imprezowania jakby jutro miało nigdy nie nadejść. Zwykle wystarcza mi jednak tydzień podczas wakacji, gdy tej żądzy daję się wyszaleć, przez resztę roku zaś to, że wychodzę na miasto przejść się po knajpach. Czasem jednak ta chęć jeszcze się na wierzch mnie przebija. Z jednej strony, z wiekiem coraz rzadziej, z drugiej zaś kryzys wieku średniego czyha na mnie tuż za rogiem, może więc jeszcze nadejdzie czas, gdy znów często będę śpiewał zwrotki tej piosenki.

15:47, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 lipca 2017

Temat audycji mej ulubione pary redaktorów z dn. 4 lipca br. da się łatwo odgadnąć słuchając powyższej piosenki w wykonaniu Hugh Lauriego (znanego szerzej jako dr House), bo jest zawarty w tytule - i stanowi sporą część tekstu. To skecz z programu z "A Bit of Fry and Laurie", którego nie miałem okazji nigdy oglądać w całości, ale ze względu na moje zamiłowanie do brytyjskiego humoru podsunął mi jego kawałki popularny portal z filmikami. Obejrzałem i kilka skeczy rozbawiło mnie, jednak nie aż tak, jak inni brytyjscy satyrycy. Nigdy więc nie obejrzałem całego odcinka programu, jednak świadomy jego istnienia na właśnie rearanżowanej Szafie znajdzie się zatytułowany tak zakątek z książkami Stephena Fry'a i Hugh Lauriego.

Temat audycji pokrywa się też z tytułem piosenki zespołu Rammstein (choć inaczej pisanym). Zespół Rammstein poznałem niecałe dwie dekady temu, a ten utwór jest jedynym mi znanym nie pochodzącym z dwóch pierwszych albumów. Swego czasu regularnie słyszałem go w radiu, widziałem też teledysk, więc rzec można, że był popularny. Z tekstu zrozumiałem jedynie refren, a teraz, po spojrzeniu w tekst i jego znaczenie, upewniłem się, że mimo braku zrozumienia tekstu dobrze zrozumiałem utworu przesłanie. Dość powiedzieć, że pean to to nie jest.

Kolejny utwór nie opowiada o całej Ameryce, ale o jednym z jej dwu najsłynniejszych zakątków - Kaliforni (drugim, rzecz jasna, jest Nowy Jork). "Everybody's been there, and I don't mean on vacation", śpiewa wokalista Red Hot Chilli Peppers i nie sposób się z nim nie zgodzić: krajobraz Kalifornii (oraz kilka ulic Nowego Jorku) jest znana wszystkim, którym zdarzyło się obejrzeć kilka niefantastycznych filmów amerykańskich. Tak jak interior Ameryki jest nad wyraz mało znany, tak te dwie lokacje na Ameryki przeciwległych krańcach są obecnie globalnym wspólnym kreskowym kodem kulturowym i ikonami Ameryki.

Są jednak i inne urokliwe aspekty Ameryki, nieznane szerszej publiczności. Część współczesna, część nie. Wśród tych drugich udało mi się, dzięki książkom Jacka Kerouaca, odkryć beatników. Książki te zauroczyły mnie na tyle, że gdy podczas zagranicznej podróży w muzycznej sekcji tamtejszego EMPiKu zauważyłem dwie płyty sygnowane jego nazwiskiem, kupiłem je po ledwie chwili wahania. Było to już jednak w czasach, gdy przestałem słuchać muzyki, więc przesłuchałem je ledwie parę razy i odłożyłem na półkę Szafy. Dopiero ten temat skłonił mnie do ponownego sięgnięcia po nie. Na skutek minimalnego zapoznania się z płytami nie mam wśród tych utworów żadnych faworytów. Na szczęście udało mi się znaleźć w sieci jedną z owych płyt w całości.

Przy całej subtelności zauroczonych buddyzmem amerykańskich poetów sprzed pół wieku, to nie oni w oczach świata nadają temu krajowi ton. To zadanie osób wręcz kontrastowo odmiennych. Amerykański piosenkarz, komik i aktor Dennis Leary określił ich słowem "asshole", którym zatytułował opisujący ich utwór. Żeby pokazać, jak bardzo tyczy on Amerykanów dodam, że zdaniem innego amerykańskiego komika Louisa C.K., Leary podsłuchał jego skecz to opisujący, by parę tygodni później wypuścić utwór z całymi frazami ze skeczu Louisa C.K. i zdobyć nim sławę i kasę. Dokładnie tak zrobiłby amerykański dupek.

Tagi: Mann&Gacek
23:43, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 77
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA