RSS
wtorek, 09 maja 2017

Audycja mej ulubionej pary redaktorów z dn. 25 kwietnia br., której motywem przewodnim były piosenki motywujące, które zachęcają człowieka do działania, zmotywowała mnie do dopisania własnej listy. A gdy zacząłem się zastanawiać, jakie piosenki mnie w życiu motywowały, zupełnym przypadkiem znalazłem swą własną listę spisaną dwie dekady temu:

"Będę musiał zrobić sobie składankę z utworami, które polepszają mi humor, tak na wszelki wypadek (na przykład samochodowy). Znajdą tam się te z utworów, które sprawiają, że chce mi się naprawdę żyć, a nawet więcej - chce mi się coś robić, coś tworzyć, czy też ogólnie pracować. Znajdą się nań na pewno takie utwory jak: ‘Govinda’ Kulashaker, ‘Don’t worry, Be happy’ McFerrina (jak gdzieś znajdę), Bob Marley (‘Thank you Lord’, ‘Don’t worry’, i może jeszcze cóś) oraz ‘To life’ z ‘Fiddler on the Roof Soundtrack’." [ok. 10 kwietnia 1997 roku]

No to, bez dalszych ceregieli, lecimy:

Ta piosenka, a może i kilka innych z jedynej mi znanej debiutanckiej płyty zespołu "Kula Shaker" o tytule "K", zasługuje na osobny wpis. Tu rozwodzić się nie będę, wspomnę jedynie, że jeszcze wiele lat po jej usłyszeniu i zapamiętaniu, nuciłem ją sobie będąc w lepszym stanie ducha lub chcąc taki stan u siebie wywołać. Stylizowane na orientalne brzmienie tu fantastycznie uzupełnione jest żwawym rytmem refrenu i były chwile, gdy idealnie napędzało mnie do do dalszego działania.

Tylko ten, kto nic nie robi, nie popełnia pomyłek. Gdy więc już zmotywowany bywałem do działania, przytrafiały się mi one. Grunt to wtedy nie podupadać na duchu i mimo porażki brnąć dalej w zaparte... znaczy, działać dalej. A w takich momentach ta piosenka zdała mi się nad wyraz akuratna.

W tamtych czasach, jak większość neofitów ziołolecznictwa, byłem wielkim fanem twórczości Boba Marley'a. Reszty artystów reggae praktycznie nie znałem (kupiłem kiedyś kasetę ze składanką artystów reggae, ale nie zauroczyła mnie; mógł to jednak być pośledni wybór piosenkarzy), ale Marley'a znałem większość utworów. Wtedy do działania porywały mnie dwa: "Thank you, Lord" i "Don't Worry About a Thing". Dziś raczej bym tu umieścił żwawsze "Iron Lion Zion".

Na koniec zaś utwór, który pojawił się już w pokrewnym temacie audycji z dn. 29 listopada 2016 roku - "Piosenki na poprawę nastroju na przekór ponuractwu". Wtedy napisałem, że z chęcią śpiewałbym go pijąc ze świętującym towarzystwem. To jest prawdą, ale dwie dekady temu utwór ten dodawał mi energii nawet wtedy, gdy byłem sam i trzeźwy. To się nie zmieniło - i dobrze, bo okazji na to, by śpiewać go wśród rozentuzjazmowanego tłumu wciąż nie miałem.

Nim ta lista zwolniła mnie z konieczności dalszego myślenia, dopisałem dwie nowsze propozycje. Jedna to kolejny utwór Marley'a, zaprezentowany zresztą w audycji - "Get Up, Stand Up". Drugi zaś, to utwór z filmu "Podróże Pana Kleksa": "Cała Naprzód". Tekst jest na temat tylko w połowie, resztę zapełniając informacjami ważnymi dla fabuły filmu, ale fraza "my odpocząć możemy i w biegu" nad wyraz często w życiu mi w głowie brzmiała, gdy nieopatrznie się wcześniej zmotywowałem i ganiałem całymi dniami po aglomeracji realizując liczne swe plany. Szkoda tylko, że nie miewam ostatnimi czasy okazji, by zakrzyknąć tytułowe: "Cała naprzód ku nowej przygodzie!".

06:32, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Tym, co nie podobało mi się w lekcjach religii (no, nie była to jedyna rzecz), był wtłaczany w głowy uczniów wyraźny czarno-biały podział między Dobrem a Złem. W przykładzie końcówki żywota Jezusa był to wyraźny kontrast między krystalicznie czystym "Synem Boga" Jezusem a diabolicznym zdrajcą Judaszem i równie diabolicznymi żądnymi zabicia go faryzeuszami. Nie pasowało mi to, bo nie wierzę w bezprzedmiotową, niepopartą żadnymi dodatkowi argumentami zbrodniczą diaboliczność "for the hell of it"

Tym, co spodobało mi się w obejrzanym i namolnie słuchanym z zakupionej potem kasety dwie dekady temu "Jesus Christ Superstar" (no, nie była to jedyna rzecz), było przybliżenie argumentów owych negatywnych postaci ewangelii. Judasz swe racje przedstawia w otwierającym utworze "Heaven on Their Minds", by później część z nich powtórzyć w "Strange Thing Mistifying" i "Damned For All Time":

Pierwsze, co rzuciło mi się podczas słuchania w uszy, to fraza "I remember when this whole thing began / No talk of God then, we called you a man". Jak już wspomniałem, wbrew ortodoksom kościoła katolickiego i sporej części heretyków i schizmatyków (ISBN: 83-85100-49-0) nie uważam Jezusa za unikatowo wyjątkową postać Syna Bożego. Można uznać, że nim jest - ale w ten sam sposób Synami & Córkami Bożymi były tysiące innych uduchowionych osób bądź setki milionów katolików - a może wręcz i cała ludzkość (Ps. 82,6). Mam na tyle dobre o Jezusie zdanie, że wydaje mi się, termin przylgnął do niego bez jego chęci (o ile, rzecz jasna, nie był postacią całkowicie fikcyjną), ale nie mogę też wykluczyć, że uwielbienie tłumów uderzyło mu do głowy, jak wieli późniejszym reformatorom religijnym.

Tłum zaś, wielbiąc Jezusa Chrystusa Supergwiazdę, zaczyna - co Judasz śpiewa parę chwil wcześniej ("You've begun to matter more / Than the things you say") - przestaje (pozornie paradoksalnie) zwracać uwagę na jego słowa, skupiając się na jego charyzmatycznej osobowości. To dla mnie dziwnym nie jest, widziałem uwielbienie tłumów na wiecach w czasie pielgrzymki Jana Pawła II połączone z nad wyraz wybiórczą znajomością jego słów.

Tu Judasz doskonale przewiduje, czym się to może skończyć ("I am frightened by the crowd / For we are getting much too loud / And they'll crush us if we go too far / If they go too far"). Oficjalna katolicka wykładnia mówi, że śmierć Jezusa była nieunikniona, że był to owoc żywota jego i jego przeznaczenie, bo tą śmiercią okupił grzechy ludzkości. Jest to jednak wykładnia dopisana post factum i to przez bazującą na nim religię, więc trudno było w niej umieścić zdanie: "Popularność i uwielbienie tłumu zaślepiły go na fakt, że dalsze takie zachowanie doprowadzić musi go pod sąd, który bez wątpienia wyda wyrok skazujący".

Patrząc na historię widać, że taki koniec musi być każdej sekty, która jest za słaba, by zdobyć i utrzymać terytorium wyznaniowe (a na to w czasach wciąż prężnego Imperium Rzymskiego chrześcijaństwo było zdecydowanie za słabe), a za mocna, by ją ignorować jako garstkę szaleńców. Wtedy jednak brakło perspektywy czasowej i dwu tysięcy lat pisanej historii, dzięki której wiemy to teraz. Wtedy Judasz miał rację, licząc na to, że siedzenie cicho pozwoli nowej religii spokojnie się rozprzestrzeniać; w dzisiejszych czasach powinien był jednak już wiedzieć, że jest skazany bądź na przegraną konfrontację siłową bądź zapomnienie z braku wiernych. Tertium datur, ale jest to wyjątek od reguły i to nad wyraz rzadki.

Postać Judasza, wielkiego antagonisty finału Nowego Testamentu intrygowała mnie równie bardzo, co postać Jezusa. Co skłoniło go do tego kroku (skoro wykluczyłem bezmyślną, bezpodstawną zawiść)? Tu usłyszałem jedną z odpowiedzi, inne wyczytałem w kilku z tomu kupionych na temat tych wydarzeń książek (m.in. "Zaciśnięte pięści Judasza Iskarioty" Pera Gunnara Evandera), kolejne wyczytam w pozostałym jeszcze do przeczytania książek stosiku, a kilka wymyśliłem sam. Fabuła jednej z kilku nigdy nie napisanych przeze mnie powieści tyczących tych wydarzeń rozwija się dookoła pomysłu, że to Judasz, a nie Jezus był wybrańcem Boga, ale jako pozbawiony charyzmy introwertyk "wynajął" do tej roli bardziej pasującego Jezusa, który z czasem zadurzył się w uwielbieniu tłumów i zaczął schlebiać sobie miast przekazywać ludowi Słowo Boże, które przekazywał mu Judasz. W finale Judasz musiałby wydać Jezusa, by jego dalsze zachowanie nie zaprzepaściło wszelkich przekazanych nauk. Szkic fabuły innej nigdy nie napisanej książki[citation needed] czynił z Jezusa i Judasza parę kochanków (co by dodawało podtekstu pocałunkowi w Ogrójcu), a zachowanie Judasza - zemstą z pasji po odtrąceniu.

Wątpię, by którakolwiek z mych prób odpowiedzi była prawdziwa - ale nie na tym polega rola literatury, by tylko prawdę opisywać. Przedstawiona tu zdaje mi się prawdy znacznie bliższą, a przy tym sprawia, że Judasz przestaje być wreszcie postacią jednowymiarową.

12:29, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 kwietnia 2017

Wspomniałem ostatnio, że z wiekiem pamięć mi słabnie. Może dlatego nie wszystkie piosenki z rock-opery "Jesus Christ Superstar" pamiętam wyraźnie. Może wersja, którą widziałem w jednym z kanałów polskiej telewizji przeszło dwie dekady temu była ze względów kulturowych pocięta. Może zaś mimo zachwytu umysł mój "przepełnił bufor" podczas oglądania (skoro dużo lepiej pamiętam utwory z początku filmu niż z końcówki). Może zaś kaseta z soundtrackiem, którą po obejrzeniu filmu kupiłem i w której długie tygodnie się zasłuchiwałem, była jedynie wyborem utworów lub utworami jedynie z pierwszej filmu połowy (który trwa 114 minut, zdecydowanie za długo na jedną kasetę, nawet dziewięćdziesięciominutową, ale już w sam raz by podzielić go na dwie kasety po minut sześćdziesiąt). Jednym z tych mniej zapamiętanych utworów było "Superstar":

Frazą, która podczas powtórnego słuchania mnie zafrapowała, było "Jesus Christ, Jesus Christ. Who are you? What have you sacrificed?". To pytanie wydało mi się ważkie, bo właśnie jestem po lekturze książki nieco przybliżającej różnice teologiczne między ortodoksją katolicką a heretyckimi tej wiary odgałęzieniami (ISBN: 83-85100-49-0). Jednym z zagadnień, co do których brakło zgody, była natura Chrystusa. Był Bogiem, czy człowiekiem? A może czymś pośrodku?

Katolicy wierzą, że Chrystus był Synem Bożym w sensie dosłownym - to Bóg Ojciec Biologiczny Jahwe dostarczył nasienia, z którego w łonie Maryji począł się Jezus. Tym samym od początku swego żywota był on kimś więcej niż człowiekiem i jego opowieść nie jest opowieścią o człowieku, który usłyszał głos Boga i zaczął nauczać mimo swych ludzkich ograniczeń, lecz opowieścią o bóstwie, które dobrowolnie poddaje się ofierze, choć jedną myślą mogłoby się uwolnić.

Czy jednak jest to faktycznie ofiara? Skoro to Bóg w ludzkiej skórze, to czemu sądzić, że cierpienie, które na jego miejscu odczuwałby człowiek, odczuwał też i on? I czy było to poświęcenie, skoro wiedział (wiedział! ludzie mogą jedynie w to wierzyć, on zaś wiedział), że po śmierci czeka go życie wieczne po prawicy Ojca. Czy więc było to jakiekolwiek poświęcenie? Czy to faktycznie była ofiara, która warta była grzechów całej ludzkości?

Co innego, gdyby był to jedynie święty człowiek. Wtedy poświęciłby swe życie (czyli wszystko, co miał), swe ostatnie chwile spędzając na byciu lżonym i torturowanym. Wszystko to w imię głosu Boga, który usłyszał, bez żadnej pewności, że jest to prawda. Zgodzę się, że wtedy byłoby to poświęcenie - ale twierdząc, że taka, wyłącznie ludzka, jest natura Chrystusa, dołączyłbym do długiego grona heretyków i schizmatyków wiary katolickiej.

W czasach, gdy kilkanaście lat temu kupowałem omawiające temat książki, myślałem też o tym, by napisać kilka własnych, opisujących kilka aspektów kilku potencjalnych wersji wydarzeń. W jednej z nich (o tytule roboczym "Jezus von Nazaret") młody zrozpaczony Jezus daje się namówić św. Janu Chrzcicielowi do głoszenia Prawdy Teologicznej w pełni świadom grożących mu niebezpieczeństw, ale pełen chęci do autodestrukcji za nic je sobie mających. Dopiero gdy w czasie swych peregrynacji poznaje Marię Magdalenę i rozkwita między nimi uczucie, chęć autodestrukcji w nim zanika. Wtedy jest już jednak za późno na wycofanie się i poza swym życiem, którego wartość na początku powieści jako nastolatek lekce sobie ważył, traci też możliwość związku z ukochaną osobą, czego przeboleć nie może.

To poświęcić mógł Jezus - człowiek. A Jezus - Bóg? Nie wiem, może miał dla swego ziemskiego ciała karnet na siłownię wykupiony na dwa następne lata? Albo czekał aż znów zakwitnie groszek i będzie mógł nasycić nim swe ziemskie podniebienie?

12:07, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 74
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA