RSS
niedziela, 11 czerwca 2017

Dwie dekady temu, gdy miałem MTV i walkmana, słuchałem więcej muzyki niż teraz mam czasu i sił na bieżąco sobie przypominać. Tak to minęło pewnie już kilka miesięcy więcej niż dwie dekady odkąd kupiłem sobie i intensywnie przez parę tygodni przesłuchiwałem kasetę z debiutanckim albumem oboisty Tytusa Wojnowicza pod autoreferencyjnym tytułem "Tytus":

Po latach słuchania ciężkiego brzmienia, a potem brzmienia bardziej psychodelicznego, kupno albumu oboisty zdać się może aberracją. Ja jednak nigdy jest twierdziłem, że podążam prostą drogą - a dalsze me muzyczne ścieżki doskonale to potwierdzają. Na tamtym etapie życia akurat zauroczyła mnie melodyka tych czysto instrumentalnych utworów i tak jak nie zamierzałem z tym walczyć wtedy, tak nie zamierzam się teraz tego wypierać.

Po tytułach niczym po schodach wnoszę, że spora część z zawartych na albumie utworów to trawestacje znanych muzycznych motywów ("Brahms w deszczu", "Kaprys pana P.", czy "Jezioro z łabędziem"). Ucho me wychwytuje znane zlepki nut, ale brak muzycznego wykształcenia (w podstawówce na lekcjach muzyki nie uważałem, a w liceum ich nie miałem) sprawia, że nie wiem, czy faktycznie są to znane mi skądinąd utwory muzyczne, czy po prostu po latach zdają mi się znajome, bo znane mi są z tej właśnie aranżacji. Nie wiem też, na ile są to trawestacje, przeróbki i zabawy z formą utworów klasyków, a na ile ich zwykłe wykonanie, jeno na obój.

Jeżeli więc nawet w uszach muzycznych krytyków ten album to samo zło, trywializujące i spłaszczające piękno i głębię klasyków, ja dzięki niemu poznałem kilka muzycznych motywów. Dokładnie tak, jak jedyny znany mi utwór Chopina (którego tytułu nie znam, ale znam spore fragmenty tekstu na pamięć) poznałem dzięki płycie "Monty Python Sings", gdzie figuruje pod tytułem "Oliver Cromwell".

14:12, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 czerwca 2017

Gdy byłem dzieckiem, a potem nastolatkiem - sam decydowałem, jakiej muzyki słuchać. To rzecz jasna uproszczenie, wpływ na mnie miało wtedy całe me środowisku i słuchałbym czego innego, wychowawszy się w innej rodzinie lub a innym podwórku - ale to ja podejmowałem świadomą decyzję, że danej piosenki chcę słuchać raz za razem, aż wyżłobi koleiny w mych ścieżkach neuronowych.

Gdy osiągnąłem pełnoletniość, decyzję tę zaczęły podejmować za mnie kobiety: słuchałem tego, czego słuchała kobieta, którą byłem zauroczony. Z czasem ten wpływ zaczął słabnąć, aż zanikł, ale świadom jestem tego etapu w moim życiu i tego, że część z tak poznanych zespołów na tyle przypadła mi do gustu (lub: na tyle miłe mam związane z tym wspomnienia), że zdarza mi się ich sporadycznie ponownie przesłuchać na popularnym portalu audiowizualnym.

Aż dożyłem tego wieku, gdy o tym, czego słucham, decydują moje dzieci. To one najchętniej na głos słuchają muzyki i najgorętszą pałają do swych wyborów miłością, więc nawet gdy nie korzystają w tym celu z mojego komputera, to i tak słuchane przez nie piosenki słyszę wyraźnie z drugiego pokoju. Czy tego chcę czy nie, i one żłobią koleiny w mym mózgu. I kiedyś za wiele lat mi się znienacka przypomną.

A wśród tego zestawu ostatnimi czasy me zafascynowane astronomią dzieci faworyzują tę oto składankę piosenek o Układzie Słonecznym produkcji "Kids Learning Tube":

Przyznam szczerze, że bardzo mnie ten ich wybór cieszy. Choć informacje o planetach są tu powierzchowne (poza gazowymi gigantami), to jednak są rzeczowymi naukowymi informacjami. A kilku ciekawych rzeczy i mnie się udało z tej kompilacji - zwłaszcza z późniejszych części - dowiedzieć.

Utworem, który dzieciom już się niestety przejadł i już go nie słuchają, jest "We are the planets" w wykonaniu Storybots. Niestety, bo mnie on mocno zaintrygował - nie tekstem, powtarzającym te same informacje o planetach, ale głosem Urana, który strasznie przypominał mi głos rapera Watsky'ego, którego znam tylko jeden utwór ("Pale Kid Raps Fast"). Ostatecznie nie udało mi się nigdzie tej informacji znaleźć, wciąż więc pozostaję utworem zaintrygowany - w odróżnieniu od moich dzieci.

23:58, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 maja 2017

Nieco ponad dwie dekady temu, w kwietniu 1997 roku, wydany został singiel z utworem trójki braci Hanson, który przez parę kolejnych miesięcy intensywnie promowany był w MTV. Strasznie się spodobał mojej siostrze, która zapałała wielkim uczuciem do środkowego z braci. W odróżnieniu od jej poprzednich muzycznych wyborów, ten przypadł do gustu także i mnie. Mniej nieco ze względu na urodę braci Hanson, a bardziej na żwawy rytm, melodyjność refrenu i atmosferę wygłupu w teledysku:

Tekst piosenki przejmował mnie mniej, większości nie byłem najwyraźniej w stanie zrozumieć, skoro przesłanie piosenki - która nie składa się z samego refrenu, wbrew pozorom - zrozumiałem dopiero teraz, sprawdzając w sieci, jak brzmi jej tekst. Kilka fraz znałem ze słyszenia wcześniej ("It's a secret noone knows" jest nieco redundantne, ale zgrabne), ale cały wątek ogrodniczy ("Plant a seed, plant a flower, plant a rose / You can plant any one of those / Keep planting to find out which one grows") umknął do tej pory mej uwadze. Teraz, gdy go znam, może wreszcie posłucham tej rady.

Zaciekawił mnie też ten teledysk widoczną więzią między braćmi Hanson. Nieraz wtedy i później zastanawiałem się, co sprawia, że rodzeństwo trzyma się razem. Wychodzi mi z tych rozważań, że niewielka różnica wieku (do trzech, góra czterech lat) i pomaga, jeżeli rodzeństwo jest tej samej płci. Hansonowie rodzili się w odstępach 2,5 letnich (co, gdy teraz przeczytałem, mnie zdziwiło; sądziłem, że między starszymi jest koło dwóch lat różnicy, ale najmłodszy jest od środkowego młodszy o jakieś 4 lata), więc doskonałym są za tym wnioskiem argumentem. Zastosowałem później ten wniosek w praktyce i przyznać muszę, że z wielkim sukcesem: Rozczochrańce mają ze sobą mocną sztamę.

Był ten teledysk promowany przez pewien czas, aż przestał - i zniknął. Rok po jego premierze ja straciłem styczność z MTV, ale nie słyszałem go nigdy później nigdzie indziej, w żadnym radiu czy stacji TV (poza składankami archiwalnymi typu "Best of the 90'ties"), z jednym fantastycznym wyjątkiem. Był to bowiem dzwonek przychodzącego połączenia od swych podwładnych doktora House'a w odcinku 05x04 serialu. Utwór rozpoznałem po pierwszych nutach i chwilę po zakończeniu oglądania odcinka już go sobie odsłuchiwałem. Brzmiał wtedy i nadal brzmi dla mego ucha miło. I nadal nie wiem, czy bez spisanego tekstu zrozumiałbym, co tak naprawdę uroczy wokalista śpiewa.

22:59, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 74
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA