RSS
poniedziałek, 16 października 2017

Drugim z albumów, które mocno kojarzą mi się z wrześniowym wyjazdem na hacjendę Niemałego dwie dekady temu, jest "Mellon Collie and the Infinite Sadness" zespołu "The Smashing Pumpkins". Wspominałem już, że mniej więcej dwie dekady temu skończył się okres, gdy sam wybierałem sobie muzykę, której słucham: wpierw zaczęły mi ją wybierać kobiety, którymi byłem zauroczony, potem hobby, które przerodziło się w pasję, a teraz - red. Mann i ɺed. Gacek podczas godziny wtorkowego popołudnia, a dzieci i prezenterzy rozgłośni słuchanych w aucie rozgłośni radiowych - przez resztę czasu.

Nie słuchałem więc tego albumu, bo zachwyciły mnie teledyski zespołu na MTV. Co więcej, tym który kojarzyłem najlepiej było mocno dla mnie wtedy przeestetyzowane "Tonight, tonight", które chciałem tu umieścić w ramach dwupiosenkowego cyklu "piosenki, które dobrze pamiętam i których naprawdę nie lubię". Gdy jednak przesłuchiwałem początkowe takty wybranych utworów z płyty, przy "1979" się zatrzymałem, bo ten utwór też dobrze pamiętam i pamiętam, że nawet mi się podobał. Teledysku jednak do niego nie kojarzę, tak jak nie kojarzę teledysku do "Bullet with Butterfly Wings" - a szkoda, może przychylniejszym okiem spojrzałbym na twórczość zespołu, gdyby znajomość z nim zaczął od owego utworu, a nie flakowatego "Tonight, tonight"

Przyznam szczerze, że słuchałem na wyjeździe tej płyty nieco ironicznie. Faktem jest, że byłem wtedy szaleńczo zakochany w Czarnej-Białej i ona mi kasety z tym albumem jednego z jej ulubionych zespołów na ten wyjazd pożyczyła, ale wziąłem je na wyjazd z innego powodu: rok wcześniej na wyjazd klasowy te kasety (dokładnie te same) wziął nasz intensywnie zakochany klasowy kolega, z którym nasze drogi akurat się dwa miesiące wcześniej gwałtowne rozeszły. Wziąłem je więc, by do owej sytuacji i jego ówczesnych narzekań na stan rzeczy podczas kilkudniowej imprezy nawiązać.

I nadarzyła się taka okazji, wieczora gdy Niemały i Niewesoły kwasili (ja nie, kwasiłem dwa dni wcześniej i wciąż jeszcze przemyśliwałem słowa, które powiedział mi ukryty wśród obłoków Mistrz Zen). Wyindywidualizowszy się z rozentuzjazmowanego i z lekka halucynującego tłumu, zamknąłem się w jednym z pokojów, zgasiłem światło, położyłem się na łóżku, a magnetofon z włożoną kasetą na swej klatce piersiowej i nacisnąłem "PLAY".

Siedząc tak w ciemnym pokoju i słuchając ulubionych piosenek swej ukochanej faktycznie być może po jakimś czasie zacząłbym odczuwać pośrodku imprezy myśli romantyczno-nostalgiczne i narzekać bym zaczął, że Czarnej-Białej nie ma tam z nami. Na szczęście nim to nastąpiło przyjaciele usłyszawszy muzykę przyszli w odwiedziny żądając jej wyłączenia. Odmówiłem. Niemały wyciągnął więc tryumfalnym ruchem wtyczkę kabla od magnetofonu z kontaktu i muzyka zamilkła. Na krótką chwilę jedynie, bo przypomniałem sobie, że w magnetofonie są baterie, a z faktu zamilknięcia sprzętu wysnułem wniosek, że magnetofon nie korzysta z nich, gdy końcówka kabla zasilającego jest wetknięta w magnetofon. Usunąłem więc kabel - i muzyka rozbrzmiała znowu. Podczas gdy zdumiony Niewesoły wpatrywał się przez kilka dobrych sekund w grający bez prądu magnetofon, Niemały wszedł do szafy. Po paru chwilach zatrzymałem muzykę, gdy Niewesoły zaczął o coś mnie pytać - i wtedy z szafy dobiegł odgłos pisania na maszynie.

Jeszcze pół godziny wcześniej Niewesoły nie doświadczał żadnych halucynacji. Teraz z szafy tuż obok niego dobiegał odgłos pisania na maszynie. Powoli, nieco lękliwie otworzył drzwi szafy i oczom naszym ukazał się siedzący na podłodze szafy Niemały piszący na maszynie do pisania. Nie potrafiąc pojąć tego, co widzi, Niewesoły równie wolnym ruchem zamknął drzwi od szafy - i dopiero gdy otworzył je drugi raz, wybuchł śmiechem i zaczął się walić dłonią w czoło i powtarzać: "On naprawdę tam jest i pisze na maszynie!".

I było wiele radości, a mnie się już dalej słuchać Smashing Pumpkins odechciało. Gdy jednak w domu kilkukrotnie tej brzmiącej mi wtedy monotonnie płyty przesłuchałem (i drugie, jak nie więcej tyle, w pokoju Czarnej-Białej), ten utwór (być może jakiś inny też, nie chciało mi się teraz przesłuchiwać całego dwugodzinnego albumu) wbił mi się w pamięć. Jest w nim poczucie młodzieńczej beztroski, lekkości lata, gdy ma jest się nastolatkiem i ma się wakacje. I taki, jak czytam, był zamysł artysty. Well done, rzec mogę jedynie.

12:33, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 października 2017

Przez długie lata w odróżnieniu od rówieśników nie byłem fanem twórczości Kazika. Do dziś zresztą nie odróżniam jego formacji, projektów, zespołów i kapel: nie wiem, czym się różni "Kazik na żywo" od "Kultu" czy "Kazika" ("El Dupy" z płyty innej niż debiutancka też od powyższych nijak pewnie nie odróżnię), ani pod jakim szyldem nagrano np. "Tatę Dilera". Nie uważałem tej muzyki za złą, kiepską, czy tandetną - po prostu choć pojedyncze kawałki nawet mi się czasem całkiem podobały, to w większych dawkach mnie ich monotonia nużyła.

Ominęła mnie przez to klasowa fascynacja jego albumem "Spalam się" w pierwszej klasie liceum. Pamiętam, że Nieogolony przerabiał tekst utwory "Dziewczyny", by bardziej pasował do profilu naszej klasy i że parę kawałków z tego albumu stało się ogólnopolskimi szlagierami - a kojarzę mniej niż połowę z dziesięciu  utworów na tym albumie. Pamiętam klasową ekscytację utworem "Tata Dilera" w momencie jego wydania i ponownie, gdy z przyjaciółmi zaczęliśmy eksperymentować z narkotykami

Doskonale niestety pamiętam fascynację Nieogolonego płytą "Tata Kazika". Niestety, bo sam Kazik już zmasakrował te utwory jak Janusz  Korwin-Mikke lewaka, rycząc je zamiast śpiewając (pamiętam, że gdy po raz pierwszy na potrzeby wpisu przesłuchałem oryginalnej wersji znanych mi doskonale z coverów "Inżynierów z Petrobudowy", słuchałem jej zafascynowany, że można to zaśpiewać miast wyć; o czym już zresztą pisałem na tym blogu), a Niegolony jeszcze tę manierę do karykaturalnych wręcz rozmiarów intensyfikował, czyniąc ten utwór niemal nieznośnym. Zdaje się, że tylko mnie ta maniera przeszkadzała, bo pamiętam, jak wieczorem 23-ego listopada 1997 roku utwór ten ryczał wespół z Niemałym w stronę stojącego nieopodal akademika lokalnej Politechniki.

Gdy więc na wyjeździe na hacjendę Niemałego dwie dekady temu w niezbyt cywilizowanych ostępach województwa elbląskiego ktoś (pewnikiem Niewesoły) zaczął puszczać nową, ledwie co wtedy wydaną płytę Kazika (albo Kultu; albo KNŻ; albo czegokolwiek innego - whatever, jak mawiają Amerykanie) "12 groszy", nie byłem tym faktem zbytnio podekscytowany. A jednak ten album, a przynajmniej kilka z niego utworów, przypadło mi do gustu i nie zbrzydziło mi ich nawet notorycznie ich puszczanie przez pijanych przyjaciół. Pierwszym z nich był otwierający album utwór tytułowy.

To, co nad wyraz spodobało mi się w tym utworze i sprawiło, że zacząłem się wsłuchiwać w teksty z kolejnych płyt z panem Staszewskim Kazimierzem na wokalu, to odejście od idei, by utwór opowiadał jedną tylko opowieść. Zamiast tego autor tekstu postawił na jedno-dwuwersowe bon moty, rzecz którą bardzo sobie cenię w piosenkach anglojęzycznych i co do której miewałem wątpliwości, czy w ogóle po polsku tak się da.

A tu się okazało, że się da i że ta forma nie dość, że sprawia, że poszczególne zgrabne niepowiązane ze sobą frazy wpadają do głowy i dłużej w niej tkwią, to jeszcze przekazuje taki utwór dużo informacji o epoce (miesiącu? kwartale? roku? ćwierci dekady?), w której utwór powstał. Kazik z pomocą takich utworów stał się w mych oczach (uszach raczej) kimś na kształt rejestrującej rzeczywistość kroniki filmowej, który pokazuje jak "tu i teraz" żyją ludzie w tym kraju nad Wisłą ("Więc mam wyższe wykształcenie, chociaż studiów nie skończyłem / Jak prezydent Kwaśniewski. Jaskiernia stróż prawości", "Pruszków kontra Wołomin, sędzia od obu bierze", czy "Na wycieczce w górach cała klasa katowała wina / Uczeń zły, uczeń dobry; chłopak i dziewczyna").

Tego nie da się wcisnąć do utworu, który od początku do końca opowiada o jednym i tym samym (miłości najczęściej), nie da się też takiego tekstu napisać dekadę później, gdy już nikt nie pamiętał, kim byli "Rogowiecki i Brzozowicz, co się na muzyce znają". To są wręcz utwory dokumentalne, choć często przedstawione tak, by zdały się nad wyraz abstrakcyjne (jak mój ukochany "Mars napada", czy "V rozbiór Polski"). I tak to dzięki temu utworowi zacząłem doceniać twórczość Kazika i wypatruję temu podobnych perełek tego ryczącego do mikrofonu trybuna ludowego na kolejnych album, jeśli gdzieś je zauważę. Nie dociekając przy tym, jak dokładnie powstają.

23:16, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 września 2017

Nie pamiętam już dokładnie, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się ze Świetlikami: czy był to rok szkolny 95/96, gdy ledwie co wydali swą debiutancką płytę, czy też rok kolejny, gdy w sklepach pojawiła się ich druga płyta. Pamiętam za to, że poznałem ich dzięki koledze z klasy, Piotrowi P., który wtedy się w te płyty zasłuchiwał na tyle, że przekonał do twórczości zespołu swą kilkuletnią (sześcio? dziewięcio? jakoś tak) siostrę, którą potem - ponoć na jej życzenie - ogolił na łyso. Tak czy owak, na pewno obie ich pierwsze płyty były mi znane ponad dwie dekady temu. Bliżej już tej cezury czasowej wsłuchiwałem się w te piosenki w wakacje '97 wraz z Czarną-Białą, którą byłem wtedy zauroczony, a która zauroczona była wtedy m.in. twórczością Marcina Świetlickiego.

Równo dwie dekady temu, we wrześniu 1997 roku, korzystając z pierwszych wrześniowych wakacji (i zważywszy na moje studenckie dzieje, jedynych gdy wakacje obejmowały cały ten miesiąc) wybraliśmy się z Niemałym (który na czas tej wycieczki przybrał miano "milorda" skutkiem nad wyraz kulturalnej kłótni internetowej z Nieogolonym, który w tych samych okolicznościach zyskał miano "margrabiego") na tydzień do jego rodzinnej hacjendy, ukrytej wśród szczątkowej wioski na końcu drogi we wschodnich rubieżach województwa elbląskiego (w tamtych czasach istniało coś takiego). Gdy wysiedliśmy w poniedziałkowe wczesne mocno pochmurne popołudnie na dworcu w Elblągu, korzystając z faktu, że do PKS-u mieliśmy kilkadziesiąt minut, postanowiliśmy zrobić zakupy przed wyruszeniem w tereny zruralizowane. Będąc studenciakami czas ten spędziliśmy w pobliskim antykwariacie, gdzie nabyliśmy - licząc na to, że stanie się ta lektura Leitmotivem wyjazdu - "Długi deszczowy tydzień" Jerzego Broszkiewicza.

Gdy wracaliśmy już z antykwariatu i przemierzaliśmy opustoszały plac przed dworcem PKP otoczony betonowymi słupkami i szarymi budynkami, pod ciężkim szarym niebem, Niemały rozejrzał się dookoła i rzekł: "Ale zajebiście by tu brzmiał "Henryk Kwiatek"". I faktycznie, gdy podniosłem wzrok i ujrzałem ten pejzaż, musiałem przyznać mu rację. Miejsce korespondowało z brzmieniem tego utworu (a przynajmniej nie kolidowało).

Byłem w Elblągu później jeszcze kilka razy i wiem, że ten plac uległ przebudowie. Nabrał koloru i flory. Wygląda znacząco bardziej współcześnie i estetycznie. A jednak, gdy tamtędy przechodziłem ostatni raz parę lat temu, żałowałem, że teraz ten plac już koliduje z utworem.

A gdy utwór ten czasem wciąż w mej głowie pobrzmiewa (pobrzmiewa refren, choć nim przebrzmi pamiętam już całą treść utworu) raczej niż szarość teledysku widzę w głowie szarość betonowej pustyni post-socrealistycznego miasta owego pochmurnego wrześniowego poniedziałku dwie dekady temu.

23:58, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 77
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA