RSS
sobota, 10 września 2016

Swego czasu na skutek doświadczenia przestałem oglądać w Internecie amatorskie parodie lub fanowskie przeróbki piosenek i filmów, zwłaszcza produkcji polskiej. Część z nich nawet miewała ciekawe pomysły, ale niemal wszystkie raziły miernym poziomem produkcji - tak jakby sam jeden zabawny pomysł (niestety najczęściej zabawny jedynie dla twórców) miał zrównoważyć paździerzowe dekoracje (lub absolutny brak dekoracji), fatalną grę aktorską, mierne udźwiękowienie produkcji i ujęcia godne ośmioklasisty. Ograniczyłem się do więc oglądania przeróbek Weird Ala Yankovica, innych filmików zazwyczaj nie uruchamiając.

Czasem zdarzało mi się coś przypadkiem ujrzeć. Czasem było to tak złe, że aż dobre, czasem nawet niezłe - ale też i zwykle jeden dobry filmik nie oznaczał, że sąsiednie tej samej produkcji będę równie udane, to bywały jedynie wyjątki w morzu miernoty. Aż swego czasu przypadkiem, szukając filmików o Doktorze Who (zacząłem oglądać jeden film fanowski, reklamowany jako naprawdę dobry; przerwałem w połowie i nigdy nie zdobyłem się na to, by obejrzeć do końca; nie polecam więc żadnego), trafiłem na "Doctor Who Parody" w wykonaniu The Hilliwood Show. Nie był doskonały, ale widać było ogrom włożonej pracy - i w dekoracje, i w kostiumy. Zachwyciłem się też głosem Doktora w owej parodii - wpierw myślałem, że to sam David Tennant (bo parodia opowiada historię Dziesiątego (Jedenastego) Doktora. Kliknąłem więc w kolejny filmik tej produkcji - i się zauroczyłem:

Sam utwór to - nawet nie przerobione, jak w innych ich parodiach, a zaśpiewane słowo w słowo - "Shots" w wykonaniu LMFAO z udziałem Lil Jon'a. Nie o tekst więc tu chodzi, a o wykonanie. Podobnie jak w innych "parodiach" w wykonaniu sióstr Hindi pozytywnie zaskakuje część obsady podobieństwem samych twarzy do oryginałów (Kili, Fili, Bofur), dbałość i kostiumy (jest czapka Bofura!) i scenografia, która jest dopracowana (rzekłbym, że w szczegółach, wskazując na umowę podpisywaną przez Bilba, ale niestety efekt ten psują kufle). Do tego ponownie fascynuje głos mówiący kilka kwestii - tak jak w "Doctor Who Parody" był identyczny jak Tennanta, tak tu się zastanawiam, czy nie są to żywcem wycięte z filmu kwestie Bilba, tak bardzo ten głos brzmi jak Martin Freeman.

Zafascynowany tę przeróbką, zacząłem raz na jakiś czas zerkać na kanał The Hillywood Show. I dzięki temu ujrzałem ostatnio ich "parodię" (mam problem, by tak określać te teledyski bez cudzysłowu) BBC-owego serialu "Sherlock", która utwierdziła mnie w przekonaniu - jak robić takie przeróbki, to dobrze, a nie "na kolanie" i z użyciem płyt paździerzowych (zarówno jako aktorów, jak i scenografii), licząc, że dobry pomysł obroni się sam. Nie broni się bowiem - a podejrzewając to już wiele lat temu, gdy bawiłem się w przeróbkach znanych utworów, z których część wydawała mi się nawet niezła (jak np. "Andrzej Gołota padł" na melodię "Janka Wiśniewskiego"), publikowałem jedynie tekst, wiedząc, że nie mam umiejętności, by je zagrać i zaśpiewać. Nakręcenie teledysku - a inaczej niż wizualnie trudno jest się przebić w Internecie epoki obrazkowej - było tym bardziej poza mymi możliwościami. Teraz gdybym nawet miał kamerę, mikrofon i dobry program do obróbki plików wideo, widząc ilość pracy przy dokonaniach sióstr Hindi odpuściłbym próby bez co najmniej kilkuosobowej ekipy i co najmniej czterocyfrowego budżetu.

Sam zaś utwór LMFAO, który sam nie zwróciłby mej uwagi i który pewnie przełączyłbym szybko w radiu, dzięki temu wykonaniu pewnie będę nucił sobie w głowie, gdy kiedyś znów wybiorę się na imprezę, na której będę pił shot'y (normalne; przy bodyshot'ach będę miał w głowie inny soundtrack).

21:10, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 września 2016

Zwykle mam tak, że bardziej podobają mi się utwory energiczne, optymistyczne, "durowe" niż smętne, smutne, "molowe". I między innymi dlatego tak natrętnie słuchałem płyty "Brothers in Arms", że - mimo zauroczenia "Why Worry" - zawierała kilka fantastycznie "durowych" utworów. "Money For Nothing" kojarzyłem z tej płyty już wcześniej, ale utworu, który następował po nim, równie energicznego i jeszcze bardziej optymistycznego, już nie. Pierwszy raz musiałem usłyszeć go już na imprezie dłuższej niż niejedna wojna, ale w pamięć wbił mi się dopiero w następnych tygodniach, zwłaszcza w tych momentach, gdy miałem dobry humor:

I został w tej pamięci na długie lata, skąd często go wydobywałem, nucąc go sobie pod nosem w pełne radości dni. Nietrudny tekst, żwawy rytm i optymistyczne przesłanie sprawiły, że często śpiewałem go sobie w drodze z przystanku do domu, a w okresach bardziej hipomaniakalnych - nawet rankami (bywały tygodnie, a czasem nawet miesiące, gdy każdego dnia podczas porannej drogi na przystanek śpiewałem sobie "Always Look on the Bright Side of Life", po czym w zależności od pogody - "Singing in the Rain" lub właśnie "Walk of Life"). Nastrajało mnie to optymistycznie na początku dnia, a fakt, że nie robiłem pauz na gitarowe solo sprawiał, że spokojnie zdążyłem te piosenki zaśpiewać w całości nawet idąc na przystanek żwawym krokiem, co jak wiadomo też nastraja człowieka pozytywnie. I tak każdego ranka I did the Walk of Life.*

Gdy zacząłem słuchać tego utworu drażniło mnie, że trzecia zwrotka to jedynie powtórzenie pierwszej. Teraz już wiem, że jest to popularny zabieg, wtedy jednak było to dla mnie novum - w piosenkach metalowych (przynajmniej tych, gdzie byłem w stanie zrozumieć tekst) zwykle wszystkie zwrotki były różne - choć równoważono to nadmiernie często powtarzanym refrenem. Podobnie wspomniane "Always Look..." Monty Pythonów też się nie powtarzało (ba! nawet refren za drugim razem był inny, co też w swych wykonaniach odtwarzałem).

Nie przyjąłem wtedy tej metody wydłużenia tekstu zbyt dobrze. Uważałem, że jest to pewne oszustwo lub przynajmniej lenistwo autora tekstu. Skoro już piosenka trwa te trzy czy cztery minuty i wokalista chce przez ten czas śpiewać, niech śpiewa nowy tekst, a nie się powtarza. A jak nie ma nowego tekstu, to niech da się wykazać w tym czasie muzykom.

Mimo tego feleru utwór mnie zauroczył i wciąż, gdy go słyszę - puszczają go czasem w radio - śpiewam go sobie wespół z Markiem Knopflerem, wciąż po latach pamiętając całość tekstu (co trudne nie jest, to tylko dwie zwrotki i refren).

* - pewnie powinno być "I have been doing the Walk of Life", ale knura z rzędem temu, kto to wpasuje w metrum piosenki.

13:20, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 września 2016

Przeszło dwie dekady temu, 28 sierpnia 1996 roku, nastał dzień, w którym zacząłem swe przemyślenia spisywać w obowiązującym do dziś formacie .doc. Wcześniejsze tomy mych odręcznych zapisków były raczej "dziennikami" (tak je zresztą, za Adrianem Molem, zwałem) niż "pamiętnikami" i więcej tam było buchalterii (od "dziś kupiłem 1 dolara i 45 pfennigów" do "obudziłem się o 6:45, wsiadłem w 104 i do budy na 7:45") niż mych przemyśleń. Zdarzały się wyjątki, ale nad wyraz rzadkie i krótkie. Przed tą datą zdarzało mi się zapisywać coś na komputerze - na przykład nazwiska osób z mej klasy z podstawówki z mymi opiniami o nich - ale format pliku .TAG stał się tak przestarzały jak dyskietki 5,25", na których te pliki zapisywałem.

A wtedy, 28 sierpnia 96, otworzyłem program, który jest w użyciu do dziś. Stworzyłem katalog (o nazwie ograniczonej do ośmiu znaków) i go tam zapisałem jako "mysli.doc". Tam później dopisywałem kolejne przemyślenia - wtedy w postaci strumieni świadomości, ciągłych bloków tekstu długości 2-3 stron (w Wordzie, czcionka "Times New Romans", rozmiar 12). Później, gdy postanowiłem zmienić formę na krótsze akapity, stworzyłem w tym celu drugi plik i zapisałem go obok. I tak ten katalog się do dziś rozrasta.

Sprowokował mnie do tego pisania Nieogolony. Otóż w kilka godzin wcześniej pochwalił mi się swoimi tak zapisywanymi przemyśleniami:

"Właśnie, już wiem czemu to piszę. Dziś przeczytałem u Nieogolonego jego teksty w podobnym stylu. Kurwa, że dopiero teraz skojarzyłem ( po 77 minutach pisania i przepisywania po 7 wysadzeniach korka)."

Gdy pisałem pierwszy z wpisów, byłem w mizernym nastroju (sam tekst zaczyna się od zdania "Bycie dorosłym jest do dupy.", choć pełnoletni byłem tylko kilka tygodni). Utyskiwałem w nim na wiele spraw (w tym na wciąż wysiadające korki, które sprawiały że niektóre zdania pisałem po 3-4 razy, aż coraz bardziej wyprane były z targających mnie emocji), a w tle leciała pożyczona płyta "Brothers in Arms" Dire Straitsów. Gdy leciała w kółko (z przerwami na wysadzanie korków), uwagę mą kilkukrotnie przykuł utwór "Why Worry":

"Wow, od jakichś 20 minut nie było wyłączenia prądu. Właśnie przed chwilą leciał ‘Why Worry’ Dire Straits’ów. Kolejny utwór na miejscu."

"O, znów ‘Why worry?’."

"No cóż, doszedłem do tego, od czego wyszedłem, ale jaka zmiana nastawienia nastąpiła po drodze( o, znów ‘Why Worry’). Ponad trzy godziny pisania i uspokoiłem się,nabrałem dystansu do życia i ogólnie przeszło mi to ‘wylewanie kropel z kielicha rozpaczy’, a żałuję tylko jednego - że nie napisałem wiersza żadnego."

I faktycznie, gdy patrzę na to z perspektywy lat, po deszczu przyszło słońce, a po egzystencjalnym bólu - śmiech. Ale też z owego dystansu widzę, że czas ten był idealny ku temu, by się zamartwiać. Bo okres nastoletni jest czasem, gdy wszystko odczuwa się najmocniej, a nasze jaźnie nie się jeszcze obrośnięte skorupą doświadczenia, która chroni, ale i nieco znieczula[citation needed] na nowe doznania. "Love like you've never been hurt", głosi jedna z triady jednego z miliona zestawów życiowych prawd, a to wtedy właśnie jest ten czas.

Mój smutek spowodowany był tym, że nie miałem kogo kochać - byłem sam, nie miałem dziewczyny i było mi niedobrze. Nie widziałem zbytnio też szans na to, by ten stan miał się kiedykolwiek zmienić. Temu też, licząc na długotrwałość zapisu na twardym dysku napisałem:

"Prośba do ludzi z przyszłości - jeśli mnie znacie, (...) i z historii wiecie,że za życia szczęścia w miłości miałem tyle, co Niemały ma ogólnie i jeszcze, być może, wyprodukowaliście już maszynę do podróży w czasie,to wpadnijcie po mnie najbliższego 23go maja po tym jak umrze mi pies, dobra?"

Nie wpadli, co mnie absolutnie nie zdziwiło, bo gdy tuzin lat później pies umarł, przygotowywałem się intensywnie do ślubu z Nieuczesaną. Our love came shining red and gold and there was sunshine after rain.

Dodatkowo miałem wtedy wrażenie, że "some people can be bad, the things they do". Kawałek tekstu sprzed pierwszej wzmianki o utworze to utyskiwanie na Kaczego Dzioba, który postanowił zrobić ze mnie ekstrawertyka, po czym zaprzestał procesu gdzieś w połowie - wobec czego określiłem się wtedy jako "ex-introwertyk". Utyskiwałem też na resztę przyjaciół, względem których nie mogłem w tym zaprzestanym procesie ekstrawertyzacji ustalić odpowiedniego dystansu wzajemnych relacji:

"Zauważyłem to na biwaku, gdy raz szliśmy do baru.Kiedy idę z tą cholerną hordą jest mi całkiem dobrze, ale po kilku minutach zaczyna chcieć mi się rzygać z powodu ich i ich przyziemnych rozmów.Z drugiej strony bez nich też jest wykurwiście spokojnie, ale po pewnym czasie zaczynam za nimi tęsknić."

Brakło mi też w owym czasie, gdy najbliższy mi kompan do piwa akurat się zakochał, kogoś do rozmowy ("Po prostu brakuje mi kogoś z kim mógłbym porozmawiać."). Rozwiązałem ten problem w dość unikalny sposób - nagrałem ten plik (zawierający już dwa-trzy wpisy) na dyskietki i dałem kolegom. W ten sposób, będąc prekursorem blogowania (a raczej "clogowania", bo jeśli "blog" to skrót od "web log", to tu nie pasuje, skoro dostęp do sieci z nas miał wtedy tylko Nieogolony; ale skrót od ".doc log" byłby już na miejscu, choć pewnie wtedy nazwano by to "e-logowaniem"), przekazałem me uwagi nie musząc się zmuszać do wypowiadania ich na głos. Czyniłem tak przez kilka miesięcy, potem zaprzestałem udostępniania swych zapisków (z wyjątkiem drobnych, wyselekcjonowanych fragmentów), aż do czasu, gdy 9 lat temu na fali życiowych zmian przełamałem się kolejny raz i założyłem sobie bloga. Najwyraźniej proces ekstrawertyzacji wciąż powoli się toczył.

Nie miewałem też już później, ni w swych zapiskach ni na blogu, tak wielkich bloków "zlewu myśli". Może byłem już nieco bardziej zobojętniały na świat[citation needed], a może gdy zacząłem regularnie przelewać swe emocje i uczucia (to były tytuły czwartego i piątego pliku z zapiskami) na e-papier, to nie mogły wezbrać na tyle, by runąć całym strumieniem po przerwaniu tamy. Może nie byłem już nigdy tak nieszczęśliwy, jak wtedy, a może zrozumiałem, że there will be sunshine after rain, a w międzyczasie mogę nostalgicznie powspominać miłe chwile z mej przeszłości.

18:16, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA