RSS
piątek, 26 sierpnia 2016

W pierwszym wpisie na tym blogu napisałem, że "The Final Countdown" to był "pierwszy "dorosły" utwór, jakiego słuchałem i który niezaprzeczalnie wpłynął na dalszą drogę mych muzycznych zasłuchań". I faktycznie - ale nie był to pierwszy dorosły utwór, który słyszałem i który wywarł na mnie wrażenie. Jednak w odróżnieniu od utworu Europe, słyszałem owe utwory tylko raz lub sporadycznie, w radiu lub telewizji i zwykle nie znałem ich tytułów ni wykonawców. Nie nagrywałem też wtedy kaset, trudno mi było więc ich słuchać regularnie. Części z tych utworów dane zdążyłem poznać, zanim zapamiętane urywki ich tekstów, melodii lub teledysków zmieszały się w nostalgicznej papce z toną innych, podobnych utworów z epoki. Jednym z takich przypadków był utwór "Money for Nothing", którego wykonawcę poznałem z płyty słuchanej i pożyczonej mi dwie dekady temu przez Nieogolonego.

Teledysk. Ten teledysk to był hit, tego się zapomnieć nie dało i niewykluczone, że to on uczynił z utworu ogólnoświatowy hit (z definicji; parodia Weird Al'a nosiła z przyczyn prawnych tytuł "Money for Nothing/Beverly Hillbillies*" i przypadkiem zupełnym była jedną z pierwszych utworów Weird Al'a (i piosenek w ogóle), które ściągnąłem sobie z netu na początku '98 roku). Stacja MTV Europe nawet otworzyła swój pierwszy przekaz telewizyjny tym teledyskiem, sprawiwszy, że video zabiło gwiazdorskie The Buggles, których utwór został wyemitowany jako pierwszy w amerykańskim MTV siedem lat wcześniej.

Teledysk przez jakiś czas leciał w polskiej telewizji dość regularnie, pewnie jako przykład możliwości ówczesnej techniki. Pierwszy raz widziałem go chyba w programie muzycznym Wojciecha Manna, ale pewny tego nie jestem. Pamiętam, że wpatrywałem się w ekran zauroczony grafiką komputerową (która, choć dziś zdaje się archaiczna, o dwa nieba przewyższała to, co dało się osiągnąć na moim ZX Spectrum 48), która zdawała mi się doskonała. Nawet nie marzyłem o tym, że kiedyś uda mi się zagrać w grę, gdzie komputerowo wygenerowana grafika będzie dorównywała tej - miałem nadzieję tylko na to, że tak będzie wyglądać więcej teledysków.

W kolejnych tygodniach, zanim piosenka straciła powiew nowości i znikła z telewizorów (w radiu bywała grana dłużej - na Liście Przebojów Programu Trzeciego była notowana przez prawie 9 miesięcy, od sierpnia '85 do maja '86), gdy tylko słyszałem melodię lub choćby charakterystyczny riff otwierający utwór - gnałem przed telewizor. Dzięki temu zdołałem mocno zapisać w swej pamięci tę melodię.*

Słyszałem ten utwór wtedy (co oznacza pewnie przełom 1985/1986 roku) i nieco później na tyle często, że udało mi się nawet zrozumieć nieco tekst (refrenu, reszta była nieosiągalna). Z powodu mikrej znajomości anglojęzycznego slangu przez wiele lat myślałem, że refren brzmiał: "Money for nothing and the checks for free". O czekach (i całych książeczkach czekowych, które każdy dorosły miał w mieszkaniu) już bowiem słyszałem i stwierdziłem, że skoro "pieniądze za nic", to do kompletu pasują czeki za darmo. Z błędu wyprowadziła mnie dopiero pożyczona na imprezie płyta.

* - tu musiała być siła teledysku, bo inne zapamiętane utwory sprzed cezury czasowej Europe i początku nagrywania kaset to "Venus" Bananaramy, "Walk Like an Egyptian" The Bangles i "Never Ending Story" Limahla. Ostatni zapamiętać też mogłem z samego filmu o tym samym tytule, ale pamiętam, jak z braćmi M. wpatrywaliśmy się w puszczany w telewizji teledysk. Teledysk The Bangles widziałem tylko raz i to tylko urywek, ale wystarczyło, a teledysk Bananaramy starałem się oglądać tak często, jak się dało, choć w radiu muzyka ta nie zwróciłaby mej uwagi.

10:48, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 sierpnia 2016

Równo dwie dekady temu, 24 sierpnia 1996 roku wyszedłem o 9:40 rano z domu, wstąpiłem do sklepu, by kupić kilka butelek wody "Perła Krynicy" i kilka bochenków chleba i kwadrans później wszedłem do lasu, by spędzić tam nieprzerwanie dłuższą ilość czasu - w pierwotnym zamierzeniu pełen tydzień, ale wiedziałem, że jest to nierealne już w chwili wyjścia z domu. Około 10:15 dotarłem na me docelowe miejsce, z którego ostatecznie nie ruszyłem się przez ponad 24 godziny.

"Ładnie tu -żadnych bloków, tylko trochę widać ścieżkę." [24.08.96]

Siedziałem tam i dumałem i zapisywałem swe przemyślenia. Celem tego wyjścia było odcięcie się od codzienności, by skupić się na autoanalizie. I gdy usiłowałem (bardzo nieporadnie) to czynić, tuż po piosence zadedykowanej kolegom w mych zapiskach znalazł się fragment następujący:

„A dla mnie?
Jestem dziki,
jestem dziki,
Czy wy wiecie, że jestem dziki?”

Gdy pisałem te słowa około godziny 14-tej (trudno powiedzieć dokładnie, bo w ramach "odcięcia się od rzeczywistości" zegarek zostawiłem w domu, całkiem rozsądnie zakładając, że skoro chcę oddalić się od współczesnej teraźniejszości w naturalnej skrytości lasu, powinien przestawić się na naturalny rytm dnia, w którym czas określa się położeniem słońca, a nie cyferkami na cyferblacie), nie wiedziałem jeszcze, że nocą spotkam przedstawiciela gatunku Sus scrofa.

A było to tak: cały dzień siedziałem, myślałem, pisałem (nawet jeden wiersz napisałem) i drzemałem, a gdy zapadł zmrok i ludzi na nieopodal leżącej ścieżce zabrakło, rozłożyłem się na karimacie, owinąłem śpiworem i położyłem spać. W nocy budziłem się kilkukrotnie - trudno powiedzieć, czy z niewygody (spędziłem chwilę wcześniej dwa tygodnie w namiocie, więc nierówności podłoża nie powinny mi przeszkadzać), czy byłem zbyt wypoczęty (w ciągu dnia uciąłem sobie dwie drzemki, czego na co dzień czynić nie zwykłem), czy też atawistycznie budziły mnie odgłosy nocnego życia lasu.

Na pewno po jednym obudzeniu usłyszałem tuż obok siebie chrumkanie. Obudziło mnie ono i przestraszyło - trudno będąc obudzonym w środku nocy pośród nocnej ciemności i ciszy ocenić odległość od źródła dźwięku, ale byłem wtedy przekonany, że źródło tego chrumkania znajduje się jakieś 3 metry ode mnie. Wnioskuję więc, że nie było to więcej niż 10 metrów.

Chwilę zajęło mi zrozumienie, czym jest to chrumkanie. Moja paranoja wpierw w nieznanych odgłosach chciała się doszukiwać zdradzieckiego ataku wrogo nastawionych napastników, ale ponieważ leżałem nieruchomo niedaleko od chrumkacza, a żaden atak nie następował, do głosu doszła logika twierdząc, że musi być to odgłos dzika. Strwożałem jeszcze bardziej. Nie śmiałem drgnąć, bałem się nawet głośniej oddychać. Co jeśli dzik mnie zaatakuje? Nawet gdy już wydostanę się ze śpiwora i odzyskam swobodę ruchów, będę nadal sam, nieuzbrojony (miałem ze sobą jedynie scyzoryk), bez okularów, które schowałem na noc i bez źródła światła pośrodku ciemnego lasu. Leżałem tak bez ruchu i rozmyślałem nad tym, aż w końcu ze stresu (oraz braku ruchu; ponoć najlepsza metoda, by zasnąć, to się przez dziesięć minut nie ruszać) zasnąłem.

Gdy się kolejny raz obudziłem, nadal było ciemno, a chrumkanie wciąż było słychać - jednak zdecydowanie ciszej, z większej odległości. Uspokoiło mnie to, ale nadal nie chciałem zdradzać swej obecności, więc niezmiennie leżałem nieruchomo. I pewnie w ciągu kolejnych dziesięciu minut znowu zasnąłem. Gdy się obudziłem kolejny raz, całkowitej ciemności towarzyszyła całkowita cisza. Uspokojony tym zasnąłem i spałem aż do rana. 

Rano zaś spakowałem manatki i wróciłem do domu. Uznałem, że odbębniłem potrzebną mi przygodę w lesie i mogę wracać przed komputer, dalej słuchać "Brothers in Arma" Dire Straitsów. Oraz, co się zaczęło trzy dni po powrocie i ciągnie do dziś, zapisywać swe przemyślenia w plikach Worda. Gdy powstało ich już kilka, przepisałem do osobnego pliki zapiski z zabranego do lasu zeszytu, nadając im nazwę "Leśne myśli".

PS. Sama autoanaliza nie okazała się zbyt szczegółowa. Całość zapisków w pliku Worda (czcionka Times New Roman, rozmiar 12) zajmowała 4 i 1/4 strony, a w tym zawarty był i niezatytułowany 36-wersowy wiersz, pełna strona mych uwag o ówczesnej sytuacji mych przyjaciół (występujący w tych zapiskach pod wspólną nazwą ‘Getwargar Magic Users’ i imionami "tan Usul","tan Andalf", "el Raladan", "nie pamiętam prawdę mówiąc, ale reptillion" (do którego do dziś mówię per "Jaszczur") oraz "kilka różnych postaci" nad wyraz wtedy pechowego Niemałego) i kilka cytatów z piosenek - poza powyższą i wspomnianą już "So Far Away", także "O the Devil, she made sweet contest, took six days and nights to win." ["Candy" Presidents of the United States, na samym początku planowanego na wiele dni pobytu], "If love is shelter / I wanna walk in the rain." ["If Love Is a Red Dress (Hang Me in Rags)" z soundtracku "Pulp Fiction", o którym to cytacie wspomniałem, że "ostatnio lubię go co prawda śpiewać, ale to gówno prawda"], "Powiedzcie mi ludzie, bo nie wiem niestety, czy żyć mam z kobietą, czy żyć bez kobiety?" ["Dylematy", Elektrycznych Gitar] oraz "I nie niczyja to jest wina, że miłość to amfetamina." ["Piosenka Pijanego Dekadenda" Nieogolonego]. Reszta tekstu to próba matematycznego stworzenia jednego z pierwszych TAŻ-y, rozważania o tym, jak "Perła Krynicy" fatalnie smakuje, garść rozważań o przydatności altruizmu podczas bycia nieszczęśliwie zakochanym oraz żart o jednym z braci Kaczyńskich:

"Rozmowa podrzędnego złodzieja z jednym z braci Kaczyńskich:
Zł: Ten Kaczyński? Były złodziej księżyca?
Ka: (potakuje)
Zł: Kurcze, przy tobie jestem płotką.
Ka: Gówno, teraz jestem NIK-iem i się z tego cieszę." [24.08.96]

23:58, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 sierpnia 2016

Gdy impreza dłuższa niż niejedna wojna dogorywała, a z tuzina imprezowiczów zostaliśmy tylko we dwóch z Nieogolonym, zamiast wódki dopijający ostatnie piwa, z głośników zaczęła lecieć płyta "Brothers in Arms" zespołu Dire Straits. Puścił ją Nieogolony przynajmniej po części z powodu otwierającego ją numeru:

Akurat tak się na imprezie złożyło, że nasze pueblo zaczęło przeżywać bujne życie towarzyskie. Oba jednak świeżo zawiązanie związki - jeden Nieogolonego, drugi Czarnej-Białej - tuż po imprezie weszły w okres rozłąki w związku z wyprawą wakacyjną jednego z uczestników. W obu tych przypadkach okres rozłąki trwać miał do końca wakacji, wobec czego niewykluczone, że dla Nieogolonego był to drugi w życiu początek roku szkolnego, którego nie mógł się doczekać.

Ja zaś śpiewałem zwrotki tej piosenki kilka dni później, gdy postanowiłem spędzić kilka dni (w pierwotnym, nierealnym zamierzeniu: cały ostatni tydzień wakacji) w lesie. Nie był to las zbyt duży i wiele wysiłku wymagało znalezienie miejsca, skąd nie widać żadnego z otaczających je osiedli ani żadnej z przecinających je ścieżek (teraz, gdy poznałem go lepiej, potrafiłbym; było to jednak jeszcze przed przeprowadzką na drugi koniec tego lasu), ale gdy się to w miarę udało (ścieżki nie było widać, ale rozmowy spacerujących nią ludzi było słychać), usiadłem z zeszytem i zacząłem spisywać swe przemyślenia, robiąc przerwy na drzemki.

W tych zapiskach znalazł się tekst tej piosenki, napisany z pamięci, dedykowany opisywanym rozłączonym parom. Do 24 sierpnia 1996 roku przesłuchałem jej już tyle razy, że byłem w stanie ją zanucić, a tekst zapisać. Jakkolwiek jeszcze nie na tyle, by nie popełnić błędów - pierwszy dwuwiersz zapisałem jako "I’m here navigating in this mean old town / And you’re so far away from me". W kolejnym utworze na płycie (o którym szerzej za chwilę), też przez wiele lat myliłem tekst refrenu w jednym miejscu, wygląda więc na to, że mój angielski dwie dekady temu nie dorastał tekstom Dire Straits.

Album ten, który pożyczyłem od Nieogolonego na końcu imprezy, w kolejnych tygodniach stale mi towarzyszył. To była ta płyta CD, która zajmowała czytnik CD w mym komputerze (co było o tyle prostsze, że informacje wtedy przekazywaliśmy sobie na dyskietkach 3,5", więc czytnik CD stał zwykle nieużywany), więc gdy tylko siadałem do komputera i nie grałem akurat w coś, co miało własną ścieżkę dźwiękową, leciała. A teksty utworów, nawet mniej mi się podobających (jak tytułowe "Brothers in Arms") wlatywały mi przez te tygodnie do głowy. 

18:10, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA