RSS
piątek, 29 sierpnia 2014

Wielkimi krokami nadchodzi koniec wakacji, a ostatni prawdziwy ich dzień (weekend jest zawsze weekendem, wolny piątek zdarzał się kiedyś tylko w wakacje, ferie i święta) jest idealny na wspomnienie muzyki, której słuchałem w wakacje dwie dekady temu. W tym wąskim okresie czasu między słuchaniem metalu a pogrążeniem się w muzyce lat 70-tych, przez kilka tygodni intensywnie słuchałem punk rock'a - a przynajmniej jego niewielkiego wycinka, zawartego na pierwszej płycie zespołu "Green Day" pod tytułem "Dookie".

Mam takie wspomnienie, jak w wakacje A.D. 1994, w czasie słonecznego dnia byłem sam w domu i siedziałem na parapecie, z jedną nogę opartą o parapet po zewnętrznej stronie okna, a drugą - po wewnętrznej. Parapet był w dużym pokoju, bo w dużym pokoju stała wieża i podłączone do niej dwie sporych rozmiarów kolumny, z których głośno leciała ta muzyka, której wyraźny rytm me nogi wystukiwały na parapetach. Tych wersów piosenek, z którymi się wtedy identyfikowałem (a było ich sporo, byłem wszak wtedy nastolatkiem), nie wahałem się śpiewać na głos. I siedziałem tak około południa, wygrzewając me młode kości, gdy nagle chodnikiem tuż obok przeszła i weszła do stojącego opodal sklepu moja ówczesna wielka niespełniona miłość. Z wrażenia aż niemal straciłem równowagę, po czym czym prędzej zszedłem z parapetu, zamknąłem okno, wyłączyłem kasetę i poszedłem do sklepu zrobić jakieś nieplanowane zakupy (na szczęście była to piekarnia, nie zrujnowałem sobie tym wyskokiem budżetu). A po kwadransie wróciłem do domu, otworzyłem okno i znów nacisnąłem przycisk "PLAY" na wieży.

Nie pamiętam, od kogo przegrałem tą kasetę (bo pamiętam, że była przegrana, z czarno-białym kserem okładki). Mógł to być ktoś z mych starych znajomych (młodszy z braci M. wydaje mi się najbardziej prawdopodobny), mógł ktoś z nowych (czyżby Niewesoły?), jednak wiem, że po raz pierwszy usłyszałem zespół jeszcze przed wakacjami na kanale MTV. Tam to regularnie puszczano teledysk do utworu "Longview", który mnie zafascynował na tyle, że przegrałem sobie kasetę. Drugi z teledysków, "Basket Cage" ujrzałem dopiero po wielokrotnym przesłuchaniu kasety, dopiero po wakacjach:

Album spodobał mi się na tyle, ze rok później kupiłem sobie kasetę z drugim albumem zespołu i jej też intensywnie przez kilka tygodni słuchałem. I mimo, że później przestałem śledzić losy i słuchać muzyki Green Day'a i daleko odszedłem muzycznie od punk rock'a, to niektóre frazy z tych dwóch ich pierwszych płyt wciąż za mną są. "Am I just paranoid, am I just stoned?", pytam się czasem w myślach, gdy świadomej mej paranoi wracam do domu ulicami mej aglomeracji po imprezach z Nieogolonym. Cały refren "Chump" ("Well maybe it's just jealousy / Mixed up with a violent mind / A circumstance that doesn't make much sense / Or maybe I'm just dumb") nucę sobie czasem, gdy z rzadka ogarniają mnie agresywne myśli. Cały kawałek "Welcome To Paradise" nuciłem sobie, gdy się wyprowadzałem z rodzinnego domu. "I am one of those / Melodramatic fools, / Neurotic to the bone no doubt about it" też raz na jakiś czas rozbrzmiewa mi w głowie. Może to niewiele, zwłaszcza uwzględniając, że dwie dekady temu rezonowała we mnie niemal każda fraza w ich tekstach, ale nadal po dwudziestu latach coś z tej muzyki, z tych piosenek i ich tekstów we mnie tkwi.

09:53, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 sierpnia 2014

Odcinka o potrawach i gastronomii nie sposób mi było zacząć inaczej niż od utworu IWO pt. "Być jak Robert Makłowicz", składający się z cytatów z programów kulinarnych tytułowego smakosza. Trudno mi teraz dokładnie przypomnieć sobie, w którym roku poznałem ten kawałek, musiało być jednak jakąś dekadę temu. Przez ten czas nie próbowałem jeszcze żadnego z prezentowanych przepisów, jednak niektóre frazy utworu wciąż mi się przypominają, zwłaszcza gdy mowa jest o tematach gastronomicznych.

Drugim, oczywisty wyborem, był utwór "A kiedy zima..." w wykonaniu Jacka Kowalskiego, z refrenem wymieniającym wszystkie frykasy z karczmianych zapasów - szyneczki, wędlinki, kiełbas sznur. Regularnie nucę sobie ten wers w głowie, gdy wchodzę do sklepu mięsnego, a kolejny - "a we woreczkach wisi ser" przypomina mi się, gdy przewracam w nocy odciekający ser z jednej na drugą stronę, a zwłaszcza, gdy odcedzam ricottę. Utwór poznałem wiele lat temu, na samym początku mej przygody z ruchem rycerskim. Nie sposób było być na jakiejś imprezie i go nie usłyszeć przy którymś z ognisk, podobnie jak kilku, góra kilkunastu innych, które były wtedy kanonem. Wersja owa była znacząco inna muzycznie od powyższej, podobnie zresztą jak pierwotna wersja Jacka Kowalskiego, której słuchałem 15 lat temu. Przypuszczam, że powyższa wersja jest o wiele poprawniejsza historycznie, wykonawca przez owe półtorej dekady na pewno zwiększył znacząco poziom swej wiedzy w kwestii wykonawstwa XIII-wiecznych pieśni i moje serce rekonstruktora niezmiernie się z tego cieszy, ale to tamtą wersję darzą sentymentem i żałuję nieco, że nie udało mi się jej w odmętach sieci wyszukać i tu zaprezentować.

Kolejne utwory na listę nie były już tak dla mnie oczywiste. Zajrzałem w archiwa, zaczynając (może nieco nakierowany abecadłem) od kapeli Annihilator. Wpierw myślałem o zamieszczeniu tu utworu "Word Salat" z pierwszej płyty, jednak przekonał mnie nieco przeze mnie zapomniany, a prawie ćwierć wieku temu nieco ignorowany utwór "Kraf Dinner". O temacie utworu najlepiej wypowiada się sam autor w dołączonym do zapisu tekstu wstępie:

"a popular north american delicacy, this macaroni and cheese dinner is probable the heavy metal musician's best friend! by 'living' off this stuff, i saved enough money to pay the rent on a rehearsal space and buy cigarettes each day! boy, what a happy teenager i was!! 'kraf dinner is full of love and butter!!!"

Nie trzeba jednak jeść wyłącznie potraw, odżywiać się można też i samymi warzywami i owocami. "Presidents of the USA" w utworze "Peaches" zachwalają brzoskwinie, których podmiot liryczny zamierza zjeść całe miliony. Mnie nie przekonali, brzoskwinie mi nad wyraz nie podchodzą (z powodu konsystencji), ale nie zmienia to faktu, że można się nimi zajadać. Ciekawą sprawą jest to, że teledysk jest jedynym znanym mi przykładem wydłużenia piosenki z płyty. Zwykle to do teledysku, który nie powinien przekraczać 3-4 minut cięło się solówki, intra i outra, a w tym wypadku utwór słyszany powyżej posiada dołożone jakieś 50 sekund muzyki, w czasie której zespół walczy z trójka ninja. Na płycie w tym miejscu utwór po prostu się kończy. Może tam ninja byli skuteczniejsi.

Nie tylko o potrawach jednak opowiadać miały dzisiejsze piosenki. Tematem są też lokale gastronomiczne. O jednym z nich opowiada utwór z wydanej równo dwie dekady temu płyty "Turn It Upside Down" zespołu Spin Doctors. Gdy jej intensywnie słuchałem w owych latach, przekonany byłem, że tytułowa jadłodajnia "U Hameda" jest lokalem dla biedoty, ludzi, którzy w kieszeni mają tylko ćwierćdolarówkę i chcą zjeść ciepły posiłek, przeżuwając go powoli swą sztuczną szczęką. Tekst jednak tego tak nie ujmuje. Choć wspomina o 15-letnich gangsterach, to poprzestaje na oględnym "the food's a little funky and the atmosphere is mange". Słuchając utworu z analogowej kasety nie wiedziałem, że utwór trwa aż 7 minut i 47 sekund - jeszcze parę chwil temu przekonany byłem, że jest co najmniej o 3 minuty krótszy.

A na koniec, po posiłku, można uraczyć się napitkiem alkoholowym. Ostatnio karierę w mediach robi akurat cydr, więc o nim będzie utwór: "I am a cider drinker" The Wurzels. Mimo ostatnich reklam, jestem przekonany, ze zespół jednak pija cydr z brytyjskich jabłek, a przynajmniej w Brytanii przetwarzanych. Mieliśmy kiedyś okazję z Nieogolonym w Krakowie znaleźć knajpę, gdzie ów angielski cydr serwowali i bardzo miło ją po dziś dzień wspominam, żaden inny mu nie potem nie dorównał. Na zespół natrafiłem dzięki grze Mousehunt i memu planowi, by przeszukiwać Intenet pod kątem filmików z nazwą nowo złapanej mysz. Złapałem akurat mysz "Harvester Mouse", wpisałem jej nazwę w wyszukiwarkę i na początku drugiej strony wyników natrafiłem na "Combine Harvester" The Wurzels'ów i tak się zaczęła moja znajomość z twórczością zespołu. Utwór poniższy zaś o tyle mnie zafascynował, że akurat byłem wtedy na etapie na poły własnoręcznego robienia cydru - także nie z polskich jabłek, lecz z ekstraktu, też zresztą brytyjskiego. Cydr absolutnie nie wyszedł, pić się go nijak nie dało, co może być jednak jakąś rekomendacją dla cydru z Polski:

Tagi: Mann&Gacek
14:09, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 sierpnia 2014

Zestaw piosenek o gorącu i upałach, w sam raz na nasze upalne lato, rozpocznę od utworu "The Water Carrier" Iana Andersona z płyty "The Secret Language of Birds". Wybór był oczywisty, bo trudno mi wyobrazić sobie bardziej upalny utwór niż ten. Po części spowodowane jest to być może tym, że intensywnie słuchałem tej płyty w czasie upalnych wakacji w Chorwacji przeszło tuzin lat temu, ale też i sam tekst utworu, opowiadający o tym, jak ważne jest nawadniać się podczas upałów, jak i melodia i instrumentarium, oparte o arabskie wzorce potęgują to moje wrażenie. 

Pozostając w zasięgu twórczości Iana Andersona, tym razem występującego jednak jako Jethro Tull. zaprezentować chciałem utwór "Budapest", z powtarzającą się frazą "hot night in Budapest". Budapeszt leży bez wątpienia na południe od nas, nic więc dziwnego, że jest tam upalnie nie tylko w dzień, ale też i w nocy, zwłaszcza jeżeli powodem ostatnich upałów były wiatry z południa. Utwór ten jest jednym z mych ulubionych ze składanki Jethro Tull, której słuchałem intensywnie jakiś mendel lat temu, więc pozwolę go sobie zaprezentować ponownie

Para prowadzących pozwoliła sobie połączyć wątek gorąca z wątkiem ognia, logicznie argumentując, że ogień jest gorący. Pozwolę sobie podążyć tym tropem i stąd obecność tu utworu "Set The World on Fire" kapeli Annihilator. Kawałek ten znalazł się na wydanej przeszło dwie dekady temu ich płycie o tym samym tytule, którą niedługo później kupiłem i przez kilka tygodni intensywnie słuchałem. Tu piosenka ta pasuje o tyle, że bez wątpliwości w świecie, pod który wokaliście udało się podłożyć ogień, musi być nad wyraz gorąco.

Korzystając z tego przyrównania, mógłbym tu umieścić choćby powszechnie "Set The Fire to the Rain" w wykonaniu Adele, ale słyszałem już ten utwór tyle razy, że wręcz mdli mnie na myśl o jego jeszcze jednym odsłuchaniu. W klimatach cięższych brzmień z samej MetallicI można by tu wpleść "Jump in the Fire" i "fight Fire with Fire". "In the summertime" Mungo Jerry już był, jak i pewnie innych pasujących tu utworów. Mógłbym jeszcze długo tak deliberować o utworach, które mógłbym tu dobrać, ale Bon Scott już śpiewa "Get it hot!". Może niekoniecznie odwołuje się ta fraza do pogody, ale sądzę, że podmiotowi lirycznemu jego gorąco nawet, gdy termometry wskazują mniej niż obecnie.

A skoro niekoniecznie pogoda musi być upalna. by było gorąco, to może w dywagacjach podążyć w stronę innych obiektów, które mogą być gorące? Przymiotnik ten w języku angielskim oznacza nie tylko temperaturę, ale też odnosi się do atrakcyjności seksualnej ("Damn! This chick is hot!" to fraza nie wyrażająca, wbrew pozorom, zdenerwowania farmera z powodu gorączki kurczaka). Na język polski usiłował ją spolszczyć mnóstwo lat temu niejaki Norbi w utworze, o którego istnieniu przypomniała mi Nieuczesana:

Skoro już pogrążyłem się w temat - jest pewien zbiór teledysków, które zdarzało mi się kilka-kilkanaście lat temu oglądać z wyłączoną fonią. Bez wyjątku zawierały one kobiety, które są, jak to ujął Norbi, gorące. Teledyski te przynależały prawdopodobnie do przedstawicielek (i przedstawicieli, którzy miast siebie, woleli prezentować na ekranie swe przyjaciółki) wielu różnych nurtów muzycznych, nie mnie jednak o tym wyrokować, bo nie usłyszałem ni nuty z tych piosenek (podobnie mogę rzec, że wiem, jak wygląda(ła) Doda, bo widziałem kilka jej wideoklipów, ale nie mam pojęcia jak śpiewa). Jednym z takich utworów było "Long hot summer" girlsbandu Girls Aloud. Jak wnioskuje z tytułu, utwór jest jak najbardziej na temat. Wizja w teledysku utrzymuje mnie w tym przekonaniu. O tekście nie mogę niestety nic powiedzieć, nie słyszałem go ani słowa. I just sat and enjoyed the views.

A gdy "40 w cieniu, język do pasa", jak to było w ostatnich dniach, nie ma jak to saturator. Utwór o tym archaicznym dziś urządzeniu wykonywały Wały Jagiellońskiego. Poznałem ów "Okolicznościowo-Rozrywkowy Syndykat" w okolicy roku 90-tego, z kaset VHS, na której nagrany był ich koncert. Pełen był on szlagierów i konferansjerki Andrzeja Poniedzielskiego, wówczas jeszcze dość młodo wyglądającego. "Saturatora" na tym koncercie nie było, ale wyczulony na styl Wałów dość szybko wyłapałem go w radiu w następne lato. Ech, a dziś zamiast wody z saturatora pozostaje nam jedynie butelkowana woda ze sklepu. I komu to przeszkadzało, panie?

Tagi: Mann&Gacek
23:55, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA