RSS
poniedziałek, 26 sierpnia 2013

...a gdy wróciłem z copy-party, nie minęło parę tygodni, a wyjechałem na trzytygodniowy kurs językowy do Anglii, do Bristolu. Jednym z finałowych elementów miał być występ grupowy - wspólne wyśpiewanie szlagieru ze słowami zmienionymi przez kursantów. A dokładniej przez tych kursantów, których przeróbka spotka się z największym aplauzem. Wszyscyśmy kursanci zostali podzieleni na trzy- lub czteroosobowe grupy, każda z grup miała sobie wybrać szlagier, na którego melodię pisać lub przerabiać będzie tekst. Pierwsza zgłosiła się grupa Włochów, ochoczo krzycząc, że chcą znany szlagier The Queen "We Will Rock You", w którego refrenie wstawili zawsze poręczne the F word. Grupie, w której się znalazłem, przyszło przerabiać "Hotel Califonia" The Eagles.

Pamiętam, że niechętnie się przy tej pracy grupowej udzielałem. Może dlatego, że kilka moich pomysłów zostało odrzuconych przez resztę, może nie podobał mi się wybór utworu (znając mnie, pewnie chciałem "Enter Sandman"'a lub "Nothing Else Matters"). Tak czy owak boczyłem się nieco i nie zaangażowałem się w proces wprowadzania zmian, poza wprowadzonym pomysłem zmiany tekstu pierwszej linii refrenu na "Welcome to the Clifton, Clifton College" w nawiązaniu do miejsca odbywania się części zajęć, posiłków, a także spędzania czasu wolnego (większość zajęć jednak odbywała się w przyległościach - domku przy tej samej ulicy, co college, jakieś 50-100m dalej). Ale skutkiem ubocznym tekst "Hotel California" znam na pamięć, jako że każdy wers spisywaliśmy ze słuchu i rozpoznawaliśmy słowo po słowie, by dopiero po przeczytaniu i zrozumieniu tekstu zacząć go przerabiać. Poza słowem "collitas" w drugiej zwrotce, którego znaczenie nie zostało nam przekazane. I po dziś dzień nie wiem, czy jest poprawnie zapisane.


Pamiętam też wiele innych rzeczy. Pamiętam trenowanie podrzucania długopisu (tak by zrobił dwa-trzy obroty w powietrzu i dał się złapać) w wysokim hall'u, by być tak samo eskapistycznm i introwertycznym we wszystkich językach. Pamiętam McChicken'a w McDonalds'ie - po dziś dzień jest to jedna z dwu moich ulubionych potraw. Pamiętam pierwsze ujrzenie "Jurassic Park" w kinie. Pamiętam Kim'a, Koreańczyka, którego błędnie sklasyfikowano jako dziewczynę biorąc jego nazwisko za imię żeńskie i potem w popłochu szukano wolnych miejsc w noclegowniach męskich.

A były to pokoje na piętrach domków, chyba nawet z mieszkającą na parterze rodziną. Moim współlokatorem wpierw był Chińczyk o tak niewielkim słownictwie i niezgrabnej wymowie, że z rzadka tylko rozumiałem, co usiłuje mi powiedzieć. Za to nieźle udawał, że gra na gitarze, gdy z miotłę pod pachą hasał po parkiecie na kursowej dyskotece. Na tej samej, na której usiłowała mnie poderwać tęga Szwedka, przed czym uchronił mnie mój eskapizm.

Po tygodniu zaś do domku wprowadził się drugi Polak, Andrzej z Łodzi. Pamiętam pierwszą rozmowę na schodach, gdy usiłowaliśmy się dogadać, skąd jesteśmy ("Did you say 'Holland'?"). A gdy już do tego doszło, łamiąc przepisy mające sprawić, byśmy jak najwięcej rozmawiali w uczonym języku - po kilku przetasowaniach zostaliśmy współlokatorami. 

Pamiętam nasze rozmowy o wyższości swoich miast liczonej ilością McDonald'ów, pamiętam długie wieczorne rozmowy i pamiętam wspólne zainteresowanie pornogafią. To tam, w Bristolu, wraz z Andrzejem, pierwszy raz zakupiłem magazyny pornograficzne. "Razzle", "Men Only" i "Men's World". Na nich - a raczej na dwu ostatnich z nich, "Razzle" nie przypadł mi do gustu - wykształcił się mój pornograficzny gust. Pamiętam, że pani na okładce pierwszego kupionego przeze mnie "Men's World" przypominała z twarzy jedną z trzech Polek na kursie, Ewy z Bełchatowa, w której podówczas się zauroczyłem. (Oczywiście nic z tym zauroczeniem nie zrobiłem, bo już wtedy byłem dupowaty). 

Pamiętam jeden ze wspólnych wieczorów w pokoju, w czasie którego po dłuższym słuchaniu odgłosu "fap, fap, fap" od strony łóżka Andrzeja nagle dało się słyszeć jego głos wypowiadający słowa "O kurde, trafiłem sobie w zegarek!".

Pamiętam, jak Krzysiek zatarł sobie oko, skutkiem czego na pamiątkowej fotografii występuje z bandażem na oku i musiał przestać chodzić na dostępny basen. Na którym i ja spędziłem długie godziny. Raz nieopatrznie, chcąc cofnąć się po pozostawione klapki, wdepnąłem stopą w skarpecie w basenik do przemycia nóg przy wejściu na basen. Od tamtej pory wszystkie dowcipy o łamiących się skarpetkach przypominają mi widok tej, którą wtedy miałem na nodze po wyschnięciu.

Pamiętam wycieczkę do Londynu, jeszcze sprzed przyjazdu Krzyśka. Pamiętam muzeum figur woskowych, przejażdżkę turystycznym doubledecker'em, który w środku trasy uległ awarii, przejażdżki metrem. Nie dotarłem za to na Baker Street 221B, ku wielkiemu żalowi Magdy z Warszawy, z którą wtedy w dwuosobowej grupie zwiedzałem miasto. 

Pamiętam śniadania w wielkiej jadalni, przepyszne croissant'y i mleko w małych kartonikach. Pamiętam sklep komputerowy, w którym kupiłem grę "Hudson Hawk", którą potem Blackfire scrackował

A samego pokazu finałowego nie pamiętam i pamiętać nie mogę, bo wraz z Krzyśkiem zaspaliśmy na niego. Odbywał się o 19, a my, zmęczeni nocnymi Polaków rozmowami i onanizmem tak energicznym, jak tylko u 15-latków może się to zdarzyć, padliśmy na łóżka tuż po zakończeniu zajęć o 15:30 - a gdy się ocknęliśmy, była 20:40. I dobrze, bo o ile "Hotel California" jeszcze bym mógł zaśpiewać, o tyle śpiewanie wybranie przez grupę przeróbki "All that she wants" Ace of Base wywołać by mogło mój wewnętrzny sprzeciw.


  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA