RSS
wtorek, 28 lipca 2015

Gdy usłyszałem zeszłotygodniowy temat audycji mojej ulubionej pary prowadzących, "Piosenki o powrotach", przypomniałem sobie, że mógłbym powrócić po wakacyjnej przerwie do tego cyklu mych komentarzy do audycji. I na miejscu w mej głowie pojawiły się trzy pasujące utwory. 

Pierwszy z nich to utwór Blues Brothers. Znajduje się na ich albumie "Made in America", który (w formie kasetowej) kupiłem w San Marino w wakacje 1998 roku. To uczyniło mnie prawdopodobnie jedynym w historii Polakiem, który w czasie objazdowej wycieczki po Włoszech w San Marino kupił coś poza kartonem alkoholu (karton alkoholu też oczywiście kupiłem). Tej kasety (i drugiej tam zakupionej, "Briefcase Full of Blues") słuchałem potem przez resztę wycieczki, zauroczony faktem, że istnieją jakieś nagrania Blues Brothers poza znaną i do imentu już przesłuchaną ścieżką dźwiękową filmu. W piosence Brat Bluesa Jake wraca z Chicago, Illinois do Miami, Floryda do swej dziewczyny, a Brat Elwood dzielnie akompaniuje mu na harmonijce.

Z Miami zaś wrócić można było brytyjskim liniami do ZSRR (ang. U.S.S.R.). Pierwsi tą drogę pokonali Beatlesi, ale cóż to za powrót, gdy byli oni z Liverpoolu? Co innego Leningrad Cowboys, których wersja tego szlagieru wieńczy album "We Cum From Brooklyn", który wspominałem już w tym cyklu. A skoro mowa o ZSRR, to w duecie z Leningradzkimi Kowbojami wystąpić musi Chór Armii Czerwonej. I w powyżej zaprezentowanym utworze występuje (choć wersja znana mi z albumu była ich pozbawiona), śpiewając chórki i wycinając na scenie żwawe hołubce. Radość i dla ucha i dla oka.

Trzecim utworem, którym natychmiast wpadł do mej głowy było "Back in Black" AC/DC. Zespół wrócił z tak zatytułowaną płytą po śmierci wokalisty Bona Scotta. Pozostali przy życiu członkowie kapeli przez chwilę zastanawiali się nad zakończeniem działalności, ale szybko udało im się znaleźć nowego wokalistę, a ów nowy nabytek, Brian Johnson, wpasował się w zespół idealnie. Co słychać i w tym utworze, którym zespół wrócił do grania z nową werwą, w wielkim stylu i, przede wszystkim, na czarno.

Odcinek zaś zakończę jeszcze większą i jeszcze częściej w radiach graną klasyką niż powyższy utwór AC/DC, jednak z naszego, krajowego podwórka. Rysiek Riedel śpiewający każdego dnia na antenie którejś z rozgłośni radiowych, że z chęcią wróciłby w dawne czasy (lub, w drugim powszechnie znanym szlagworcie, że jest czerwony jak cegła) zdążył obrzydzić twórczość "Dżemu" niemałej gromadzie Polaków. Mnie na szczęście jeden z braci M. podarował kiedyś cały album "Dżemu", wobec czego wiem, że nagrali one i inne kawałki i to wcale niezłe. Do tego zaś mam sentyment, bo sam jestem nostalgikiem i też nad wyraz miło wspominam dawne czasy. Do których wróciłbym z równie wielką chęcią, z jaką za lat kilkanaście lub kilkadziesiąt wróciłbym do dnia dzisiejszego.

Tagi: Mann&Gacek
06:46, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 lipca 2015

Po kilkunastu dniach jej codziennego słuchania, trzecia płyta kapeli Annihilator nieco mnie zmęczyła. Zrobiłem więc sobie od niej - i od płyty, i od kapeli - przerwę i przez kilka dni zacząłem intensywnie po dłuższej przerwie znów słuchać pierwszego albumu Green Day'a. A potem zrobiłem sobie kilka dni przerwy od słuchania muzyki w ogóle. Wszak zaczęły się wakacje i były ciekawsze rzeczy do robienia (które w zasadzie ograniczały się do grania w RPG, oglądania telewizji, grania w gry komputerowe na swoim C=64 i PC'tach znajomych i picia w miejscach publicznych).

zapis z dnia 11 lipca 1995 roku

Aż nadszedł 11 lipca i kupiłem sobie kolejną, czwartą płytę Annihilatora, zatytułowaną "King of the Kill", po czym zacząłem jej słuchać z wrodzoną sobie intensywnością: natychmiast przesłuchałem jej dwa razy, a wieczorem jeszcze raz, zaś dwa dni później przesłuchałem jej cztery razy z rzędu przed obiadem, pięć razy po obiedzie, by zasnąć z kasetą puszczoną w trybie "auto-reverse" walkmana. Przez kolejne dni słuchałem jej już nieco mniej intensywnie, przetykając jej odsłuchania Green Day'em, MetallicĄ i drugim albumem Annihilatora.

To był ostatni kupiony przeze mnie metalowy album, a czasy słuchania przeze mnie tej muzyki się kończyły. Może dlatego mimo intensywnego słuchania większość piosenek nie zapadła mi głęboko w pamięć: usłyszawszy kilka taktów melodii poznam, że to Annihilator, po chwili namysłu poznam, że z tej płyty - ale nie mam z poszczególnymi utworami związanych żadnych wspomnień. Tytułowe "King of the Kill" pamiętam i chwalę sobie do dziś, refren "Second to None" byłem w stanie zaśpiewać równocześnie z wokalistą, ale reszta piosenek tworzy jedną zbitą muzyczną masę. Całość, mimo kilku wyjątków, jest znacznie bardziej melancholijna (jak "Hell is a War", "In the Blood", czy kończący album "Bad Child") lub przynajmniej mniej żwawa niż poprzednie albumy, a utworom brakuje chwytliwych bon-mot'ów (teraz uwagę mą przykuł jedynie "It's time to kill, let's have some fun", ale trudno mi tę frazę uznać za oryginalny pomysł lidera zespołu).

Annihilator zawsze był projektem Jeffa Watersa, a ten album jest tego najznamienitszym przykładem: Waters śpiewa, gra na gitarach i basie. Towarzyszy mu jedynie perkusista, Randy Black. Doskonale widać to w teledysku do utworu tytułowego, w którym poza autorem, liderem, frontmanem, wokalistą i gitarzystą Jeffem Watersem występuje perkusista i dwóch anonimowych gitarzystów o wiecznie zaciemnionych twarzach. Bije to osiągnięcie dopiero szósty album jednoosobowej wtedy kapeli, nagrany, gdy już Jeff Waters nauczył się programować maszynę perkusyjną i perkusista przestał być mu potrzebny. Może to ten brak kolektywu sprawił, że lider odpłynął w swe własne rejony i zrobiło się mniej żwawo i nieco melancholijnie.

Mógłbym rzec, że może dlatego kolejnych albumów kapeli już nie kupowałem, ale prawda jest inna. Zmieniła się morfa & the moment has passed. Ale o tym innym razem.

22:38, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 lipca 2015

Gdy usłyszałem temat pierwszej wakacyjnej, niemal dwugodzinnej, audycji z dnia 30 czerwca br. mej ulubionej pary redaktorów prowadzących, "Piosenki nieco inne", natychmiast przypomniał mi się Sting i jego "Songs From The Labirynth". Sting to artysta znany i uznany, o charakterystycznym głosie i dość jednorodnym repertuarze. Dość jednorodnym - z jednym wyjątkiem, który powstał, gdy postanowił zagrać zaśpiewać utwory żyjącego cztery wieki temu Johna Dowlanda. Ponieważ dzięki Nieogolonemu zapoznałem się kiedyś z Original Pronunciation, wiem i słyszę, że zaśpiewał te pieśni niepoprawnie. Mimo to słucha się tego nad wyraz przyjemnie, a wolny rytm utworów sprawił, że puszczaliśmy tą płytę co wieczór Rozczochranej przez pierwsze miesiące jej życia. Nic więc dziwnego, że zapadł mi ten album w pamięć.

Drugi nietypowy utwór, który przyszedł mi na myśl, zapowiedzieć mógłbym już wspomnianym mym bon-motem: "Znam tylko jeden utwór Chopina. Nie wiem, jak się nazywa, ale potrafię zaśpiewać większość tekstu". Ten utwór (co muszę specjalnie sprawdzić i co zamierzam zapomnieć za 30 sekund) to Polonez op. 53 "Heroiczny", tekst (którego przypominać sobie nie muszę) po długim recytowanym wstępie zaczyna się słowami "Oliver Cromwell, Lord Protector of England (Puritan), Born in 1599 and died in 1658 (September)...". Wstęp czytany jest głosem John'a Cleese'a, a piosenka śpiewana jest głosami większości (lub wszystkości) Monty Pythonów. I zaiste jest to utwór inny niż wszystkie.

Pozostając w kręgach klasyki, pora no nieco inny cover. Utwór cover'owany to klasyka heavy metalu - "Thunderstruck" AC/DC. Cover'ują go muzycy klasyczni na dwu wiolonczelach. Gdy o pomyśle usłyszałem, byłem sceptyczny; gdy usłyszałem wykonanie - zafascynowany. Mimo instrumentarium parze wiolonczelistów udało się oddać ducha i siłę oryginału. A mnie wykonanie to skłoniło do myśli, że muzycznie jestem sobie w stanie wyobrazić wszystko, poza smooth jazz'ową wersją tego utworu.

Zakończyć listę chciałem utworem bonusowym kończącym album "You've Got to Believe in Something" zespołu Spin Doctors, w czasie którego ktoś gra na kazoo, a Tommy Chong się sprzeciwia, że "kazoo is not music". Niestety nie znalazłem go, więc zamiast tego na zakończenie legenda nieco innych cover'ów - Weird Al Yankovic. Wiele jest jego utworów, które by tu idealnie pasowały (przez chwilę myślałem o "Bohemian Polka"), ale mnie ostatnio po głowie chodzi przeróbka utworu "Blurred Lines" Robina Thicke'a, która nosi tytuł "Word Crimes" (hey, hey, hey!):

Tagi: Mann&Gacek
06:44, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA