RSS
środa, 24 lipca 2013

Kontynuując temat muzyki sprzed dwóch dekad - choć trudno w to uwierzyć, lada tydzień mija 20 lat odkąd przestałem być grafikiem komputerowym. Nijak się to miało do współczesnej obsługi Photoshop'a, a maksymalny rozmiar tworzonych grafik (320x200 pikseli) współcześnie mógłby być przydatny tylko do tworzenia miniatur lub avatarów na fora, niemniej jednak takie są fakty - byłem kiedyś grafikiem komputerowym.

Nieco ponad 20 lat temu byłem na jedynym w swym życiu copy-party. Odbywało się ono w Koninie, podówczas mieście wojewódzkim (choć poznałem je tylko z okna autobusu, jadącego z dworca na miejsce "Agnus Party", to zupełnie się nie dziwię, że przestało nim być...). Pamiętam wieczorne imprezowanie, zalanego Amigowca, którego trzeba było kolektywnie kłaść spać, wspólny nocleg w sali szkolnej, "wirus", który wygrywał melodię na głowicy stacji dysków, mnóstwo dem i programów oraz vote-sheet. Jako grafik wziąłem udział w konkursie graficznym i zająłem zaszczytne ostatnie miejsce. Moja grafika okazała się tak zła, że zająłem ostatnie miejsce, przegrywając nawet z obrazkiem wilkołaka w spodniach. Jednym tylko punktem, ale jednak.

Grupa moja wzięła nazwę od jednego z kawałków zespołu Running Wild, a strawestowany refren ich utworu tytułowego znalazł się w jedynym dużym demie naszej grupy. Trawestacja polegała na włożeniu tam nazwy naszej grupy miast nazwy zespołu. Tekstu utworu dla nas tytułowego nie użyliśmy, nawet nie jestem pewien, czy go wtedy słyszałem, Blackfire chyba nie miał "Port Royal" w swej kolekcji kaset. Jeżeli nawet słyszałem, to nie słuchałem. Fanem Running Wild był Blackfire i to on wyszedł z propozycją nazwy. Myśmy, z Mr. Urano Dux'em, byli podówczas raczej zwolennikami Metallici, co też uwidoczniło się w naszych pracach graficznych. Byliśmy też namiętnymi czytalnikami horrorów Guy'a N. Smith'a, Grahama Mastertona i Briana Lumley'a i to też dość łatwo dostrzec w naszej twórczości.

Poza tym, że całą trójką byliśmy grafikami, Blackfire był też koderem (i to on napisał cały kod naszych dem), a my z Mr. Urano Dux'em - swapperami. Ach, ten urok woskowania znaczków, by (zaznaczając "Stamps Back!") zdrapać z nich pieczątkę i wykorzystać ponownie. Sporo naszych kontaktów było powierzchownych, ale po dziś dzień pamiętam Latifaha z Koszalina i Artsö z Finlandii, z którymi korespondencję prowadziłem dłuższą i poza programami wymieniałem też poglądy.

Byliśmy też dwa raz na lokalnej giełdzie komputerowej, ulokowanej w dużej sali z tyłu budynku lokalnego Sądu Rejonowego. Kokosów nie zbiliśmy na tym, ale za pierwszy razem metodą wymiany znacząco powiększyliśmy kolekcję gier i użytków, a za drugim nawet wyszliśmy na finansowy plus. Przy okazji poznaliśmy innych scenowiczów z okolicy - Davis'a z grupy Alex znaliśmy już dużo wcześniej, był na dzielnicy nawet gość z Elysium, ale bliższe więzi nawiązałem z Harpoon'em, mieszkającym dzielnicę dalej (parę lat później się tam przeprowadziłem, ale nie udało mi się go nigdy tam spotkać; gdy jedyny raz go po przeprowadzce widziałem i opowiadał, jak to właśnie pisze pracę dyplomową na temat parowania jezior, spotkaliśmy się na dworcu, czekając na pociąg).

Poza samymi grafikami (które można znaleźć w necie), a nawet bardziej niż one, zajmowały mnie fonty, czyli zestaw znaków wielkości 8x8 pikseli (wtedy stworzyć można cały komplet - wielkie i małe litery, kompletny zestaw znaków diakrytycznych i przystankowych) oraz 16x16 (wtedy miejsca w pamięci starcza tylko na jeden zestaw liter plus kilka znaków dodatkowych). Na te pierwsze było większe przy tworzeniu dem zapotrzebowanie, ale to te drugie pozwalały dać upust swej wyobraźni. Po rzeźbieniu z 64 pikselach, 256 wydawało się być ogromną przestrzenią, na tyle wielką, by chcieć z litery stworzyć małe dzieło sztuki.

Sama grafika, choć maksymalnie dająca 320x200 pikseli monochromatycznego obrazka lub 160x200 pikseli kolorowego i niewiele więcej przy Interlace'ie (320x200 w 4 kolorach na każde 8x8 pikseli) też miała swe ograniczenia. W zależności od użytej rozdzielczości i używanego programu, trzeba było liczyć się z ograniczoną ilością kolorów możliwą do użycia w kratce 8x8 pikseli lub w poziomej linii długości 8 pikseli. Interlace na dodatek sprawiał, że obraz wyraźnie migotał i choć można było to ignorować, dłuższe się w niego wpatrywanie męczyło oczy. Rozdzielczość taka pozwalała mi rozrysowywać sobie fragmenty łuków i zagięć na kartce w kratkę, by wybrać najlepiej wyglądający.

Pamiętam, że pierwszym obrazkiem, który starałem się stworzyć była niewielka postać siedzącego kota Garfielda. Nie mogła mieć więcej niż 75x75 pikseli, być może było ich nawet mniej niż 50 w każdą ze stron. Przerysowywałem go z obrazka w gazecie i właśnie z linią jego pleców zastosowałem manewr z rozrysowaniem go sobie na zwykłej kartce w kratkę z zeszytu, po dwudziestu lub trzydziestu próbach go digitalizacji. Gdy po paru godzinach byłem już zadowolony z wyniku i chciałem go zapisać korzystając z opcji "Freeze" kartridża (bo nie miałem stacji dysków, a zapisu na kasetę nie było) - kartridż zawiesił mi komputer, grzebiąc na zawsze owoc mej pracy. Przez kilka dni potem chodziłem sfrustrowany tym stanem rzeczy (wynikiem końcowym był naprawdę ładny siedzący Garfield z idealnie wyprofilowaną linią pleców), ale ostatecznie nie zniechęciło mnie to do kontynuacji twórczości graficznej. Z kolejnymi większymi pracami poczekałem jednak (niedługo) do czasu otrzymania stacji dysków.

Która praca była dokładnie ostatnia, nie pamiętam. Na pewno w trójce ostatnich był "Tank", przedstawienie wyjeżdżającego z rowu wzorowany na kadrze z "Czterech pancernych i psa", "Dinosaur", przedstawiający obraz granatowego dinozaura stojącego na tylnych łapach, opierającego się o drzewo i jedzącego z niego liście, wzięty z zeszytowego wydawnictwa "Encyklopedia Odkrycia Młodych" oraz "Train", czyli wizerunek pociągu z okładki podręcznika do angielskiego. Dwa ostatnie z nich tworzyłem już we FLI.

A potem skończyły się wakacje, zaczęła nowa grupa znajomych, wśród których dominowały PC'ty - i nim się zdążyłem obejrzeć, pół roku po copy-party w Koninie już byłem właścicielem PC AT z kartą Hercules, 640kB pamięci i dyskiem 10MB. I stary, wysłużony C-64, wraz z trzema pudłami dyskietek i czwartym, pełnym kaset, zawędrował wpierw na szafę, a potem do piwnicy. Jakiś czas później (rok lub dwa) chciałem jeszcze wrócić, połamać parę joystick'ów, obejrzeć nowe dema - ale się okazało, że w przypływie dobrej woli pożyczyłem stację dysków koledze z byłej klasy, ten zaś pożyczył drugiemu - i tak ślad po stacji zaginął, a bez niej cała dyskietek kolekcja była niedostępna.

Jako epilog całej tej historii dodam, że mniej więcej tuzin lat po owym copy-party odezwał się nagle do mnie na Gadu-Gadu niejaki Ramos, twierdząc, że pamięta mnie z owej imprezy. Spytał, co tam z moim Komciem, wyraził chęć, by mu pudła z dyskietkami wysłać, bo zgrywa wszytko co znajdzie w formacie emulatora. Kilkukrotnie się odzywał, mnie jednak nie udało się pokonać marazmu i tych dyskietek wysłać, więc po paru miesiącach cała nasza korespondencja ograniczyła się do wysyłania mi przez niego linka do nowego numeru magazynu poświęconego Commodore i Amidze. Kilka numerów nawet przejrzałem i zdumiałem się prężnością tej wydawałoby się martwej od dawna sceny. Wciąż powstawały nowe dema (choć część z nich na emulatorach i na emulatory), odbywały się spotkania i konkursy. Zajrzałem wtedy w sieć w poszukiwaniu jakiejś wzmianki o tej części swej historii i zdumiałem się, gdy znalazłem nasze dema, skróconą historię grupy z wymienieniem członków z pseudonimu oraz imienia i nazwiska (tych ostatnich już od pewnego czasu na stronie nie ma). Jedynie daty mej aktywności w grupie były błędne: zakładaliśmy ją w trójkę razem, skoro więc Blackfire był w niej od 1991 roku, to ja też (Garfielda, jak pamiętam, rysowałem w pierwszej połowie grudnia). Odszedłem zaś w 1993 roku, odłożywszy C=64 i pikselowy pędzel na półkę już przez końcem tego roku.

PL/CQS signing off...

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA