RSS
wtorek, 27 maja 2014

Długo zajęło mi zabranie się za kolejny temat audycji pary prowadzących. Gdy usłyszałem bowiem, że tematem mają być długie rzeczy, zacząłem sobie w myślach przypominać piosenki z tym słowem w tytule. I nic. Pustka. Na miejscu przeszło mi przez myśl dużo tytułów książek (by zacząć alfabetycznie od samego Adamsa, Douglasa: "Długi mroczny podwieczorek dusz" (ISBN: 83-86669-43-8) i "So Long, and Thanks for All the Fish" (ISBN: 0-330-28700-1)), filmów ("Long Kiss Goodnight"), czy nawet tytułów gier ("Long Journey"), o tyle żaden tytuł piosenki do głowy mi nie przyszedł. Dopiero po dłuższym czasie przypomniałem sobie jedną piosenkę z przymiotnikiem "długi" w tytule - za to od razu w najwyższym stopniu.

Pod koniec ubiegłego millenium, gdy frazy "Internet" i "0 202122" były tożsame, buszując po ówczesnej sieci, natrafiłem na miejsce, skąd można było darmowo ściągać muzykę w formacie .mp3. Gdy chciałem skorzystać, pojawiło się przede mną puste okno zapytania, które wymagało decyzji, co właściwie chcę ściągnąć. Przez głowę i palce przechodziły znane mi nazwiska, zaczynając zapewne od Weird Al'a Yankovic'a (to zdumiewające, jak trudno dostać było jego płyty i kasety w Polsce; niewykluczone, że obecnie wcale nie jest lepiej) i dość szybko pojawił się wśród nich, zachwyciwszy wcześniej mnie płytą "River of Dreams", Billy Joel. Wyszukiwarka znalazła trzy jego utwory: "Goodbye Yellow Brick Road", wspomniane już "We Didn't Start the Fire" i "For The Longest Time". W tekście podmiot liryczny co rusz powtarza, że uczucie, które przeżywa, nie zdarzyło mu się od długiego czasu. Co w dość pokrętny sposób wpisuje się w temat.

Kolejny długi okres czasu minął, gdy przypomniałem sobie, że długa może być i droga, o czym śpiewał zespół Akurat. Którego to zespołu słuchałem kilka lat temu, zwłaszcza podczas wiosennych rozruchów i przebieżek po lesie. Bardzo mi podczas przebieżek tych piosenka ta wpasowywała się w zaistniałą sytuację: droga faktycznie była długa, a że biegła przez nieznany wcześniej las, nie byłem pewien, co kryje się za zakrętem. Do pełni obrazu brakło jedynie szkła pod kamieniami, których faktycznie było mnóstwo.

A na koniec jeszcze sobie przypomniałem, że długi, a nawet dłużący się, może być dzień. Taką jego wersję opisuje zespół Green Day w utworze "Longview", który mocno do mnie przemawiał w leniwe dni wakacji letnich dwie dekady temu. Siedziałem na parapecie, słuchając właśnie Green Day'a, bo i cóż innego było robić, gdy nie było jeszcze Internetu, w TV nic ciekawego nie leciało, książek przeczytało się w tym tygodniu już wystarczająco dużo i nawet masturbacja zdołała się znudzić, dokładnie jak bohaterowi piosenki. I siedziałem, i leciał ten Green Day i tylko co 20 minut trzeba było zwlec zad z parapetu, zrobić kilka kroków do wieży, obrócić kasetę, wcisnąć PLAY i wrócić na miejsce. I ciągnął się ten dzień i ciągnął...

Tagi: Mann&Gacek
12:07, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 maja 2014

Wyznawcy różnych religii obchodzą różne święta, wypadające w różne dni. Katolicy obchodzą Boże Narodzenie i Wielkanoc, prawosławni te same święta, ale dwa tygodnie później, rastamanie Święto Matki Boskiej Zielnej, muzułmanie - ramadan, Żydzi - Pesach, buddyści Dzień Oświecenia, a dyskordianie rocznicę urodzin Harpo Marxa (23 kwietnia). Moja wiara religijna jest tematem skomplikowanym, godnym osobnej notki, ale ponieważ blisko mi do dyskordianizmu, data obchodzonego przeze mnie religijnego święta bliska jest dacie ichniego. Ponieważ nie gardzę też solipsyzmem, datę tę ustaliłem sobie sam - na 23 maja.

I tak to od kilku-kilkunastu lat staram się ten dzień przeżyć optymalnie. Nie zawsze się to udaje, tak jak nie zawsze udaje się podobny plan zrealizować w urodziny, ale mając taki plan w zanadrzu, czasem się udaje zawczasu zorganizować sobie program tan ten dzień. Pamiętam, jak kilka lat temu, skończywszy nocną zmianę, pojechałem rano do sąsiedniego miasteczka, by w cieple i promieniach wiosennego słońca pokrążyć po ulicach i posiedzieć na plaży, wsłuchując się w szum fal. Ciepło słońca i tupot mew sprawiły, że aż napisałem okolicznościowe haiku:

"Idealny dzień
Nagrzane deski molo
Spędziłbym z Tobą."

Nie zdarzyło mi się pić Sangrii w parku, ale zdarzyło mi się zakończyć inne udane święto piwem w pubie z przyjaciółmi w postaci Nieogolonego i Niewesołego. Pamiętam też inne piwo w dzień wolny od pracy, pite w upalne wczesne popołudnie w ogródku piwnym nieopodal największej na świecie świątyni zbudowanej z cegły. Akurat tego dnia, choć wyróżniłem go z sąsiadujących zmianą w regularnym tygodniowym schemacie, po piwie umysł mój skupił się na minorowych tonach pieśni życia i mimo słońca i upału nie udało mi się utrzymać dobrego nastroju, o czym skwapliwie informuje inne napisane przeze mnie haiku, z kigo wprost odnoszącym się do mego religijnego święta:

"Zły humor wraca,
Chęć skończenia z tym życiem
Z rocznicą śmierci."

Kiedyś, dawno temu, niczym Steppenwolf, planowałem popełnić samobójstwo, by dołączyć do Klubu 27, zanim dopadnie mnie starość. Jako datę, rzecz jasna, wybrałem 23 maja. Ostatecznie, gdy miałem lat 27, 23 maja (jak i okoliczne dni) spędziłem w odwiedzinach u Niemałego, dzień pełen wrażeń zakończywszy wieczornym kwaszeniem i wpatrywaniem się we francuskie rozgwieżdżone niebo, leżąc na kanapie tuż obok bezgłowego manekina. Pamiętam, że ogarnęła mnie wtedy myśl, że przez całe me życie licealne, gdy plan tego odroczonego w czasie samobójstwa sobie spokojnie snułem, nijak nie przypuszczałem, że dzień ten może potoczyć się właśnie tak i wpatrywać się będę wtedy w te właśnie gwiazdy.

(Nijak też nie przypuszczałem, że to będzie za późno, by uciec przed starzeniem się. Już rok wcześniej stwierdziłem, że się starzeję - a w ciągu tego roku dodatkowo zacząłem pracę na etat, tym bardziej pogłębiając moje zanurzenie w dorosłe życie.)

Dziś więc, jak co roku, mam w pamięci, że jest to dzień świąteczny, a jako hedonista pełen jestem entuzjazmu dla postulatu, by dzień święty święcić, w sposób raczej typowy dla człowieka, którego dopadła starość, a przynajmniej dorosłość: wygrzać na słońcu stare kości, wybrać się na spacer z Rozczochrańcami, popracować trochę, ale niezbyt intensywnie i stresująco (wszak dziś piąteczek), wypić wieczorem piwo z przyjacielem, a przede wszystkim - spędzić go z Tobą.

A sam utwór Lou Reeda pierwszy raz usłyszałem po raz pierwszy pół życia temu w filmie "Trainspotting". Lecz choć prezentowana tam wersja była śpiewana wyłącznie przez autora, to do mnie bardziej przykleiła się wersja prezentowana powyżej, w wykonaniu zbiorowym. Prawdopodobnie dlatego, że w czasach raczkującego Internetu udało mi się ściągnąć (chyba poprzez Audiogalaxy) przypadkiem akurat taką wersję i ją dołączyłem do swej listy utworów do codziennego słuchania w czasach, gdy jeszcze codziennie słuchałem muzyki. A może też i dlatego, że tak duży i zróżnicowany zbiór wokalistów wprowadza do utworu nową jakość i po prostu bardziej pasuje do mego gustu.

11:57, nieuczesany23
Link Komentarze (1) »
sobota, 17 maja 2014

Całe to ostatnie zamieszanie z austriacką reprezentacją na Eurowizji przypomniało mi o innym reprezentancie tego kraju w jednej z poprzednich edycji. Był nim Alf Poier, który reprezentował Austrię na Eurowizji 11 lat temu, i który wywarł na mnie wrażenie, przy okazji zmieniając obraz Austrii w moich oczach.

Nagranie z tym występem Alfa Poier dostałem od Niemałego. On je gdzieś w odmętach sieci A.D. 2003 wygrzebał i przesłał mailem, przesłał link lub wrzucił na serwer, zachwycony aktem scenicznym "Austriaka o prezencji Władysława Sikory", jak go reklamował.

Faktycznie prezencję ma Alf niebanalną. Taki sam jest styl jego piosenki. Jest to raczej występ kabareciarza niż rasowego piosenkarza z krwi i kości. Dziś, gdy Artur Andrus zdobywa platynową płytę, a "Grażka" okupuje pierwsze miejsce Listy Przebojów Programu Trzeciego, nie dziwi to i nie zaskakuje, jak dziwiło i zaskakiwało 11 lat temu.

Sam fakt obecności Alfa jako reprezentanta Austrii w konkursie Eurowizji sprawił, że zacząłem mieć lepsze zdanie o mieszkańcach tego kraju. Skoro bowiem zdecydowali się wybrać do międzynarodowego konkursu muzycznego kogoś takiego jak on, z taką piosenką, tak właśnie śpiewaną - to muszą mieć nie lada poczucie humoru i dystans do siebie (albo przynajmniej do samego konkursu), czego trudno się spodziewać po germańskojęzycznych rodakach Hitlera i Fritzla.

A sam utwór, mimo ubogiego instrumentarium i niewielkiej rozpiętości tonalnej głosu wokalisty, od razu wpadł mi w ucho, więc przesłuchałem go jeszcze kilka razu, po czym zapadł mi w pamięć i raz na kilka miesięcy lub lat mi w głowie refrenowa fraza zabrzmiewa. I mogę rzec, że odróżnia go to od tegorocznego austriackiego hitu, który raz przesłuchałem, i uznałem, że może i nie był zły, ale jakoś mnie nie porywa i nie skłania do posłuchania raz jeszcze.

Jeśli zaś kogoś sprawa tegorocznego austriackiego hitu zainteresowała w kontekście konkurowania z polskim szlagierem, to przypomnę, że owe 11 lat temu utwór reprezentujący Austrię zajął jedno miejsce wyżej niż utwór reprezentujący Polskę, którym było ichtrojowe "Keine Grenzen". Który to utwór, mimo nachalnego go podówczas promowania w środkach masowego przekazu, nijak mnie nie obszedł i nijak nie zapadł mi w pamięć, nie licząc jednej trawestacji tekstu refrenu w postaci "Keine Ahnung, keine Grenzen, ja pierniczę, ja cię kręcę", którym sobie odpowiadałem na retoryczne pytania w mym wewnętrznych dialogach. Nie mogę nawet rzec, by tą trawestację nucił do melodii, bo z melodii udało mi się zapamiętać jedynie kilka taktów do pierwszych czterech słów trawestacji. Z melodii "Weil der Mensch zählt" zapamiętałem więcej, nie dziwi mnie więc wyższa lokata Austrii niż Polski owe 11 lat temu. W tym roku było na odwrót (może dlatego, że jestem Słowianinem i nasze na mnie zadziałało) i wyższa lokata Austrii była pewnym zaskoczeniem. A raczej: byłaby, gdybym naiwnie sądził, że Eurowizja to konkurs muzyczny, a nie targowisko układów międzynarodowych.

23:18, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA