RSS
czwartek, 30 marca 2017

Mniej więcej dwie dekady temu, 24 marca 1997 roku, wraz z przyjaciółmi wybraliśmy się zajarać. Był to poniedziałek, a my - mimo zbliżającej się żwawym krokiem matury - postanowiliśmy zapalić sobie nie po lekcjach, a zamiast nich:

"43 dni do..., czyli 24.III.1997.
Poniedziałek. Znów na religii. Potem godzinna przerwa, na której okazało się, że na angol idą tylko trzy osoby. Oczywiście, było to trochę przesadzone przybliżenie. Osób na angolu było aż sześć: M.P., M., Ś., M.S., P.Sz. i W.N., czyli tak zwana elita klasy. Chciałem nawet iść na polaka, ale stwierdziliśmy w trójkę (...), że pójdziemy zajarać. I tak się skończyła moja dzisiejsza edukacja."

Oddaliliśmy się więc jeszcze przed południem nad okoliczny akwen wodny, gdzie znaleźliśmy kamienny stół z widokiem pięknym na tyle, że aż trafił do polskiej kinematografii (zdaje się, że do filmu "Jutro Meksyk"), a przy tym na tyle odludny w ten słoneczny, lecz chłodny marcowy poranek, że można było tam zapalić, a potem pod wpływem przebywać i niezbyt skrępowanie się zachowywać.

Zaczęło się od tego, że zalegliśmy wokół stołu, kucając przy nim z zamkniętymi oczami i głowami opartymi o blat. Wydawało nam się - a przynajmniej jednemu z nas - że jesteśmy na ogromnej łące...

Potem pomysłów i, jakby to powiedziała być może współczesna młodzież, memów było wiele, równie błahych i ulotnych, których część przez całkowitym zapomnieniem uratowało tylko to, że je wtedy zapisałem:

"Poniedziałek 24 marca 1997. Znów byłem tylko na religii. To chyba jedyna lekcja na którą chodzę regularnie. Potem nie było mnie na angolach, a potem poszliśmy się zaćpać. Ło Jezu, ale to był odlot. A więc co tam było:
wujaszek Iwan;
(Old Billy Kid;)
pisanie, czy też zapisywanie naszego dialogu;
Niszcz nazizm!, czyli Żydowskie oddziały Wehrmachtu (uberleutnant Mosze Rosenblat) i ogólnie, tzn. Jezus von Nazaret, dziecko o imieniu Wehrmacht, etc;
jakie to wszystko pararelne!;
ptaki Dada i sztuki, to jest: Naćpany człowiek zastanawiający się, czy właśnie nie miał uczucia deja vu, sztuka o trzech gościach z głowami opartymi na stole i mówiącymi nasz dialog;
‘Każdego roku giną tysiące wielorybów, bo skurwysyn poszedł zatelefonować!’ - GSM - z nami nie masz takich kłopotów"

Ostatecznie jednak, przypadkiem nijak nie przewidywanym, jedna z uknutych tam fraz stała się parę miesięcy później nazwą przewodnią, pod którą wspólne prowadziliśmy działania artystyczne, polegające często bądź na wspólnym paleniu bądź nic nie robieniu. Mimo to, a także mimo chwytliwej nazwy, jednym z mych życiowych osiągnięć jest to, że gdy byłem artystą, wywiad ze mną przeprowadził austriacki magazyn o sztuce. Nie tyle "ze mną", co z nami, całym Stowarzyszeniem Nielotów, ale ponieważ trudno nam było ustalić jakąkolwiek wspólną linię - na tyle, że jeden z nas zupełnie w wywiadzie nie uczestniczył - wysłaliśmy nasze osobne odpowiedzi, z których część się redundantnie pokrywała, a część wzajemnie sobie przeczyła. Nie można było lepiej przedstawić naszej linii artystycznej.

W swych artystycznych i paraartystycznych działaniach nie ograniczaliśmy się do ledwie jednej, czy kilku dziedzin sztuki. Prace przez nas wykonywane były głównie konceptualnie, bo to było prostsze, więc nie ograniczały nas ani budżet na dzieła architektury, ani brak talentu na działania muzyczne (dzięki czemu zwykłem pisać o sobie: "Grał i śpiewał w kilku chimerycznych zespołach muzycznych"). Naszą regularnie praktykującą sekcją muzyczną był kolega...

No właśnie. Dwa pierwsze z zapisanych pod tą datą "memów" czyli "wujaszek Iwan" ("A co tam u was, wujaszku, w Kranojarsku słychać?") oraz "Old Billy Kid" były próbami wymyślenia jakiejś stałej ksywy dla kolegi. Reszta z nas od początku liceum miała stałe przezwiska, pochodzące od naszych nazwisk, kolega zaś nie. Gdy ostatecznie jakiś czas później ksywę sam sobie wybrał, przylgnęła do niego na stałe, podczas gdy ja swą od tamtej pory zmieniałem już kilkukrotnie, a do Niemałego na skutek emigracji raczej mało kto potrafi tak powiedzieć.

Piosenki, którą tu umieszczam, nie słuchałem dwie dekady temu. Niemniej jednak była ona, jak cała nasza ornitologiczna obsesja, skutkiem owego poranka. Jest to pierwszy z pięciu nagranych przez kolegę piosenek na jego concept album pt. "Wybryki" (nawet nie wiem, czy planował wydać to pod pełnym nazwiskiem, czy pod pseudonimem; na wszelki więc wypadek podaje jeden z pseudonimów). Przemyślany miał cały, napisaną i nagraną (na ostatniej fali entuzjazmu, co tłumaczy, dlaczego jedyna zachowana wersja utworu piątego ma w pewnym momencie stukot - tak się nagrało, a zapał, by nagrać raz jeszcze, bezbłędnie - minął. Kolega nie posłuchał rady mego ulubionego polskiego poety, Jonasza Kofty, i pracę zostawił nieskończoną, podczas gdy mógł - jak w większości pozostałych naszych artystycznych działań - zostawić ją nierozpoczętą.

Nie była to moja ulubiona piosenka na owej połówce płyty. Jako hedonista lubiący raczej żwawsze rytmy i bardziej optymistyczne przesłanie zauroczyłem się "Wzlotem" kończącym pierwszą stronę albumu i w zamierzeniu będącym "w kontrze" do reszty utworów i ogólnej wymowy albumu (pierwszy utwór na drugiej stronie miał, o ile dobrze pamiętam, nazywać się "Upadek"). Być może za jego pomocą Artysta Znany Później Jako Nul chciał przekazać hipomaniakalny stan swej huśtawki nastrojów, który to stan zwykłem sobie chwalić. Niestety w mych archiwach nie udało mi się jeszcze odnaleźć jej kopii.

Choć wszyscy identyfikowaliśmy się z pewnym ornitologicznym archetypem, z imienia i nazwiska wymienionym w tytule jednego z utworów, podobnie różniliśmy się w spojrzeniu na życie, jak we wspomnianych odpowiedziach na pytania wywiadu. O ile przesłanie "Wzlotu" do mnie mocno trafiało, o tyle czułem, że tekst "Klatki" nie. Może dlatego, że czułem, że mym wewnętrznym ptakiem jest papuga, nijak nie będąca ptakiem szarym.

Nie zgodziłbym się wtedy, że dla swych ptaków jesteśmy bezpowrotnie zatrzaśniętymi klatkami. Uważałem (i do dziś uważam, że mam ku temu twierdzeniu podstawy), że idealnym momentem na tej klatki otwarcie jest parę godzin po zażyciu kwasa. Co prawda, zwykle w panice naglących terminów czym prędzej znów go więzimy, by swym trzepotem nie rozpraszał nas w codziennym trudzie, ale to nie oznacza, że ptaka uwolnić się jako takiego nie da. 

Czy nie zgodziłbym się z tym stwierdzeniem również teraz? I'm not that sure anymore. Wiem jednak, że wraz z wiekiem wieko klatki coraz trudniej jest poruszyć. Wciąż jednak łudzę się, że jest to możliwe, że wystarczyłoby się tylko wznieść[citation needed]...

10:20, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 marca 2017

Kolejny dzień Św. Patryka, pora na kolejny utwór z płyty "Folk'n'Hell", której słuchałem namiętnie wiele lat temu. Następnym, piątym już, na niej utworem było "Passing Away", utwór otwierający debiutancką płytę Szkota, Paula Mounsey'a. Zresztą, nie trzeba pisać, że Szkota - wystarcza posłuchać tego cudownego akcentu:

Zauroczyłem się tym akcentem i choć muzycznie utwór daleki jest od mego codziennego gustu, ten akcent wystarczał, bym się w nim zasłuchiwał wraz z innymi (poza okresem, gdy części utworów z płyty słuchałem podczas biegania; ten utwór się nie nadawał). Mimo, że gdy go usłyszałem, moja szkotofilia trwała już drugi czy trzeci rok, dopiero wtedy zaczęła mi w głowie kiełkować myśl, żeby się kiedyś przeprowadzić do Szkocji tylko po to, by opanować ten fantastyczny akcent. Nigdy mi się to nie udało, dokonała zaś tego moja siostra, która jednak akcentu tamtejszego łapać nie zamierzała, więc nie złapała.

Gdy stosunkowo niedawno dumałem nad przeprowadzką na Wyspy Brytyjskie, Szkocja na miejscu wydała mi się najlepszą na nich lokalizacją. Wreszcie bym tego akcentu mógł słuchać na co dzień (nie rozumiejąc pewnie z jednej czwartej usłyszanych słów, jak wnioskuję wsłuchując się w żarty Frankiego Boyle'a), a moje dzieci zdołałyby go jeszcze nieświadomie opanować. 

Utwór jednak traktuje o języku Gaelic, nie o Scottish. Uczyłem się kiedyś Gaelica przez parę tygodni, gdy byłem zauroczony pewną Irlandką, jednak był to gaelic irlandzki. Dokładnie "Ulster Irish", porównawszy bowiem w sieci otrzymany adres z mapą dialektów wyszło mi, że ten będzie odpowiedni; dla pewności jednak zerkałem i w pozostałe dialekty. Co prawda ponoć z irlandzkich dialektów ten akurat najbliższy jest gaelicowi szkockiemu, ale jednak nim nie jest.

Póki jednak nie postanowię wynieść się tam na stałe, by słuchać każdego dnia szkockiego, a raz na parę dni nawet i gaelica, zawsze pozostaje mi ta piosenka.

17:45, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 marca 2017

Listę piosenek - widokówek z różnych miejsc, będących tytułem audycji mej ulubionej pary redaktorów prowadzących w dn. 7 lutego br. rozpocznę od utworu z widokówką w tytule - "Postcard Day". Utwór Iana Andersona o dniu w sam raz na pocztówkę mnie osobiście kojarzy się z upalnym sierpniem 2001 roku spędzonym w Chorwacji, gdzie tej piosenki - wraz z resztą płyty - namiętnie słuchałem, ale jego tekst doskonale nadaje się na pocztówkę z dowolnej upalnej plaży. Strasznie spodobała mi się fraza "Well, I may be a hostage to summer / But I'm a hostage, not a slave". Nie do końca potrafię zgłębić meandry jej znaczenia, ale z chęcią umieściłbym ją na pocztówce.

Gdybym zamiast na plaży, wakacje postanowił spędzić zwiedzając Stany Zjednoczone i w swej podróży trafił do Detroit lub innego postindustrialnego miasta w ruinie, jako pocztówkę wysłałbym utwór "No Man's Land" Billy'ego Joela. Na pocztówce zaś umieściłbym wbijającą się w głowę frazę "No major industry, just miles and miles of parking space", choć bardziej niż z Detroit kojarzy mi się ona z ujrzanym kiedyś zdjęciem któregoś z miast południa Stanów (Salt Lake City? Oklahoma? Houston?), na którym widać w tle pustynię, a na pierwszym planie rzadko ustawione drapacze chmur, między którymi całą przestrzeń zajmują połacie przestrzeni parkingowych zajęte przez auta pracowników owych drapaczy oraz ulice między nimi prowadzące. Nikt pewnie takiego widoku na żadnej pocztówce stamtąd nie zamieścił, ale gdyby - taką właśnie, ukazującą specyfikę tego właśnie miasta, bym wysłał.

Resztę ewentualnej podróży przez Stany Zjednoczonej odbywałbym raczej w klimatach muzycznych lat 70-tych. Z wielką chęcią przemierzałbym Harley'em bezkresne amerykańskie highway'e nucąc "Born To Be Wild" Steppenwolf'ów. Z chęcią dojechałbym nim (pomny rad mego ulubionego marksisty, by jadąc przez Interior zawsze tankować do pełna) aż na Zachodnie Wybrzeże. Być może przez San Francisco, skąd wysłałbym oczywistą pocztówkę muzyczną z kwiatem we włosach, ale na pewno do Los Angeles, gdzie - zdaniem Gorących Czerwonych Papryczek Chilli - kończy się zachodnia cywilizacja. Słuchając tych słów spojrzałbym na ocean i zdumiał się faktem, że dalej na zachód jest już Daleki Wschód.

Gdybym zwiedzić postanowił Londyn, jako pocztówkę wysłałbym klasyczny utwór The Clash "London Calling", jednak nie w oryginalnej wersji. Gdy kiedyś późnym wieczorem przemierzałem Polskę, trafiłem w radiu na audycję muzyczną - prowadzoną, jeżeli mnie pamięć nie myli, przez ɺed. Annę Gacek - w której posłuchać można było kilku coverów tej piosenki, m.in. fińskiego i japońskiego. Fińskiego nie znalazłem (znaczy, znalazłem utwór wykonany przez Ocean Burn, ale w fatalnej jakości), zresztą nie był aż tak egzotycznie dziwny, z japońskich do listy wybrałem wykonanie Microida, bo nie jestem pewien, czy dużo żwawszy utwór japońskiej hardkorowo punkowej grupy Idora to też cover. Nigdy w życiu nie mieszkałem przy rzece, ale nocując w Londynie i przechadzając się nad Tamizą co rusz powtarzałbym w głowie zaśpiew "I live by the river".

Gdybym w owym Londynie oddalił się nieco od rzeki i wszedł do któregoś z parków, wysłałbym w świat utwór "Itchycoo Park". Utwór znany jest mi doskonale ze składanki "Children of the Revolution", ale dopiero teraz doczytałem, ze jego pierwowzorem był jeden z londyńskich parków: Little Ilford Park lub Valentine Park. Oba te parki oddziela ledwie kilometr: trochę zbyt wiele, by w czasie trwania piosenki odwiedzić oba parki, ale nie na tyle, by znudzić się tym utworem puszczonym w pętli nim się to uda. Zwłaszcza, gdy wzorem podmiotu lirycznego, "I'll get high" w pierwszym z nich. Wtedy też pewnie szybko zakończyłbym swe wakacyjne wojaże karmiąc kaczki lub siedząc na nasłonecznionej ławeczce i podziwiając niebo. Co nie wydaje mi się wcale złym rozwiązaniem.

Tagi: Mann&Gacek
13:01, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA