RSS
czwartek, 24 marca 2016

zapis z dn. 1 marca 1996 roku

Nieco ponad dwie dekady temu, 1 marca 1996 roku, kupiłem sobie kasetę grupy The Presidents of the United States of America. Był to ich pierwszy album, zatytułowany tak samo jak sama grupa. Do kupna przekonały mnie dwa ich utwory słyszane w MTV, czyli "Lump" i "Peaches":

Choć w MTV znacznie częściej leciał teledysk do "Lump" (parę miesięcy później, w maju '96, został sparodiowany przez Weird Al'a Yankovic'a, a to - jak wiadomo - jest najwyższą formą uznania dla popularności piosenki), to "Peaches" mnie po przesłuchaniu kasety zafascynowało. Tyle słyszałem o tym, że "video killed the radio star", a nawet do radia zbyt rozbudowane utwory trzeba przycinać, bo są za długie dla słuchacza (gdzieś wyczytałem, że format zezwala na piosenki trwające do trzech i pół minuty, ale to było zdaje się już w obecnym millenium). Czułem, że normą było, że wersja teledyskowa może być muzycznie krótsza od płytowej - a tu po raz pierwszy (i do tej pory jedyny) zetknąłem się z sytuacją, w której utwór do teledysku jest dłuższy i bardziej rozbudowany niż ten na płycie (możliwe w dzisiejszych czasach szybkie sprawdzenie długości trwania pokazuje, że teledysk jest o 20 sekund dłuższy niż utwór na płycie).

Chodzi o fragment ataku ninja. Na kasecie też była tu solówka, ale była zdecydowanie krótsza. Co jest zrozumiałe, nie jest na tyle wirtuozerska ni porywająca, by na kasecie nie wydała się dłużyzną. A w teledysku, jako podkład pod scenę akcji, nadaje się znakomicie. Ponieważ teledysk widziałem wcześniej (Wikipedia podaje jako datę jego pierwszej emisji dzień 27 lutego '96), zdziwiło mnie, że na kasecie brakuje kawałka utworu. Na tyle, że pamiętam, że jakiś czas później opowiadałem o tym Nieogolonemu i Niemałemu, gdy siedzieliśmy w pokoju Niegolonego. Na nich nie zrobiło to wrażenia. Na mnie zaś na tyle duże, że pamiętam o tym wciąż po dwóch dekadach.

14:28, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 marca 2016

Nie jest tak, że słucham wyłącznie tego, czego słuchałem dwie dekady temu lub coverów jeszcze starszych utworów. Nie zdarza mi się co prawda świadomie i z własnej woli kupować współczesnych albumów, ale zdarza mi się usłyszeć we współczesnym radiu współczesny kawałek, który przypada mi do gustu na tyle, że w domu odsłuchuję go sobie korzystając z darmowego serwisu z muzyką, jakim stał się Youtube. Jednym z takich utworów stały się "Nieodwracalne zmiany" reaktywowanego Kalibra 44:

Zwykłem kiedyś mawiać o mym eklektycznym guście, że słuchać jestem w stanie całej muzyki - poza disco polo i polskim rapem. W tym drugim przypadku dodawałem wtedy, że Kalibra 44 to nie dotyczy. Choć fanem nie byłem, zdarzyło mi się we wrześniu '97 roku przez parę tygodni słuchać płyty "Księga Tajemnicza. Prolog", polecanej i wtedy regularnie słuchanej przez Czarną-Białą (poświęcony płycie wpis, jak można się domyśleć, powinien pojawić się na tym blogu za półtora roku) i zdała mi się całkiem w porządku. Nie na tyle, by ją sobie przegrać (choć na parę dni ją pożyczyłem (a raczej: została mi pożyczona), by posłuchać w walkmanie w czasie podróży po mieście), ale na tyle, by nie musieć sobie co rusz przypominać, że nie przyszedłem do Czarnej-Białej w celach melomańskich i uznawać słuchania tej muzyki za cenę mile spędzonych godzin.

Po tych paru tygodniach, gdy gust Czarnej-Białej zdryfował w inne strony, o Kalibrze zapomniałem i kontaktu z nim więcej nie miałem. Dotarły do mnie jakieś wieści o śmierci jednego z raperów, o rozpadzie, a niedawno - o planowanej reaktywacji składu. Podchodziłem do tych wieści bez emocji i bez entuzjazmu, choć wiedziony nostalgią stwierdziłem, że może, jak nastrój pozwoli, posłucham sobie ich nowego krążka, by sprawdzić na ile jest to podobne do tego, co pamiętam.

Aż tu usłyszałem ten kawałek w radiu i mnie zauroczył refrenem, zwłaszcza jego początkiem: "Ja mam - ty masz - on ma - ona ma - ono ma - wy macie - my mamy". Jest w tej frazie jakiś fascynujący rytm, który do mnie trafia. Reszta tekstu przy pierwszym przesłuchaniu mnie już tak nie zauroczyła - zauważyłem oczywiste nawiązanie do dawnych tekstów ("rany, rany, jestem zdeterminowany") i zdumiewający rym "moi ziomble wychowują własne bąble" (zdumiewający, bo bardziej oczywisty wydaje mi się rym "moje ziomki wychowują własne bąki"). Gdy usłyszałem utwór kolejny raz następnego dnia (lub po dniach paru) nadal reszta mnie nie zafascynowała - ale rytm tego wstępu do refrenu sprawił, że po powrocie do domu obejrzałem sobie na wspomnianej darmowej platformie z muzyką teledysk.

A w teledysku najbardziej zafascynowało mnie to, że jeden z raperów (Joka, zdaje się) wygląda jak klon któregoś z braci (bliźniaków dwujajowych) Damięckich. 

Zastanawiam się, czemu - poza owym rytmem - utwór tak przypadł mi do gustu. Może dlatego, że kilka tygodni temu (jeszcze przed moim postem) akurat rozmawialiśmy przy piwie z przyjaciółmi o tym, że według popularnej teorii człowiek zmienia się co około 7 lat. Od czasu, gdy poprzedni raz się zmieniałem minęło już nieco więcej, a właśnie co minęło 6 lat odkąd konsekwencje tych zmian do końca weszły w życie.

Gdzieś tak ze trzy tygodnie temu, gdy poszcząc wciąż karmiłem mój psychiczny dołek, usłyszałem od Nieuczesanej rozwiązanie znacznej części trapiących mnie obecnie problemów. Problem w tym, że rozwiązanie to wymaga właśnie wprowadzenia po raz kolejny w życie większej zmiany, zapewne nieodwracalnej (znaczy, zawsze samo wprowadzenie zmiany jest nieodwracalne, bo nawet jak się z niej człowiek po tygodniu wycofa, nie zmieni to faktu, że nieodwracalnie tę zmianę wprowadzić próbował; ale tu chodzi mi o to, że z tej trudno się będzie potem wycofać). Chwilowo, jak zwykle, odłożyłem pomysł tej zmiany na przyszłość na tyle odległą, by mieć chwilę na jej przemyślenie, by nie trzeba było żadnych gwałtownych ruchów wykonywać już dziś i by w razie podjęcia decyzji o niej mieć jeszcze czas hedonistycznie nacieszyć się zaletami mej obecnej sytuacji, ale zarazem na tyle nieodległą, by tego terminu nie skryła mgła niepewnej przyszłości i bym w chwilach gorszego nastroju wciąż widział ją na horyzoncie. Ale termin ten powoli się zbliża...

14:40, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 marca 2016

Jak nieraz wspominam, współczesna kultura powtórzeniami, kontynuacjami i przeróbkami znanych już motywów żyje. Remake'i nie trafiają się jedynie w świecie filmu, ale i w świecie muzyki. Jak się przekonałem słuchając ostatnio w radiu przeróbki "Umówiłem się z nią na dziewiątą" Eugeniusza Bodo z wokalem wokalisty Lao Che, mogą się wśród nich trafiać też i perełki.

Mniej więcej równocześnie w tym samym radiu usłyszałem inny współczesny remake dawnego (choć nie aż tak) polskiego przeboju. Wykonawcy wprowadzili do utworu szybkie i głośne gitary elektryczne - i to mniej więcej wszystko, co zrobili. Do tego żwawego podkładu wokalista śpiewał tekst oryginału w doskonałej (no, umiarkowanie) rytmice oryginału, jakby bal się, że gdy zmieni linię melodyczną wokalizy klasyka, to nikt utworu nie rozpozna. Albo jakby w uszach wciąż mu brzmiały słowa inżyniera Mamonia. Jakiekolwiek były tego przyczyny, nie przypadło mi to do gustu.

Tu jest inaczej - oryginalnie i przez to lepiej, przynajmniej w mej skromnej subiektywnej opinii. Choć, podobnie jak w "Do Prostego Człowieka" z tekstem Juliana Tuwima, wykonywanego ponad dekadę temu przez zespół Akurat, pojawia się jedna fraza trącąca już dziś myszką (tam była to "nafta", tu jest to "a konto"), utworowi współczesne wykonaniu pasuje. Ożywia go i przybliża współczesnemu, nieoswojonemu z przed-drugo-wojenną stylistyką (a szkoda, trafiają się tam istne perełki), słuchaczowi.

Podobnie jak w przypadku filmów, nie twierdzę więc, że wszystkie odświeżenia starych utworów są złe - jakkolwiek podobnie jak w przypadku filmów stwierdzić chyba można, że większość, jak ów anonimowy drugi słyszany przeze mnie remake polskiej klasyki, i owszem. Zaś skutkiem ostatnich przemyśleń okołowojennych, przychodzi mi do głowy myśl, że jak ostatnio utwór ten zyskiwał popularność, do wojny pozostały dwa lata.

(Tu chciałem dorzucić zabawną puentę, że jak popularność zacznie zyskiwać przeróbka "Ostatniej niedzieli", to pora pakować walizki i wyjeżdżać lub przynajmniej zacząć robić zapasy ziemniaków i konserw na najbliższe cztery lata, ale po pierwsze - "To ostatnia niedziela" powstała dwa lata przez "Umówiłem się z nią na dziewiątą", a po drugie - cover popularność już zyskał kilka lat temu dzięki Cezikowi.)

(Ale jak usłyszę cover "Tylko we Lwowie", to stwierdzę, że owa pora nadeszła. A jak cover wykonany będzie po rosyjsku, to nie będę teoryzował, docent, tylko pakuję auto i spierdzielam z dala od linii frontu.)

12:44, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA