RSS
niedziela, 31 grudnia 2017

Tradycyjnie już na koniec roku zebrało mi się na wspominanie piosenek, których słuchało się dwie dekady temu. O piosenkach, których słuchałem ja piszę w ciągu roku, starając się mniej więcej trzymać równo dwóch dekad odstępu, ale są też i takie, które znam z tamtego czasu, bo znali je wszyscy, a mimo to nie mam z nimi związanych wartych wzmianki przemyśleń. A mimo to miło części z nich znów posłuchać. A może nawet wraz z wokalistami pośpiewać piosenki, które przypominają stare dobre czasy, pośpiewać piosenki, które przypominają lepsze czasy, a do tego Sylwestrowo pić whiskey, wódkę, lagera i cydr:

Strasznie mi dwie dekady temu ten utwór przypadł do gustu i nawet dłuższą chwilę zastanawiałem się, czy to nie z niego zrobić podkład muzyczny do akapitów, które umieściłem latem we wpisach o "Nighclubbing" i "Lust for Life" Iggy'ego Popa. Wydawał mi się jednak zbyt alkoholowy - przez całe lata zdawało mi się, że niczym Alex z powieści Zadie Smith "Łowca autografów" (ISBN: 83-240-0431-9) podmiot liryczny wchłania niezliczone ilości alkoholu i jeszcze ma siłę stać na nogach i śpiewać. Jakież było moje zdziwienie, gdy oglądając jeden z brytyjskich programów satyryczno-informacyjnych usłyszałem, że w refrenie wspomniane są jedynie cztery napoje wyskokowe: whiskey, wódka, piwo (lager, co precyzuje wokalista z kraju, gdzie dwie dekady temu był wybór między lagerem a alem) i cydr. Gdyby nadal smakowała mi whiskey (smakowała mi raz, gdy miałem 16 lat; tylko ten jeden raz byłem w stanie ją wypić bez skrzywienia ust), byłbym taką kolejkę drinków wypić i ja - nawet teraz, wtedy tym bardziej - i nadal śpiewać. 

Niezależnie od owych drinków, jest to fantastycznie żwawa piosenka, której optymistyczna myśl przewodnia nieraz brzmiała swym rytmem w mej głowie w chwilach, gdy motywowałem się do działania. Co może okazać się przydatne, jak znów postanowię mieć postanowienia noworoczne.

Kolejną piosenką, którą znam, bo słuchali jej wszyscy, było "Walkin' on the Sun" Smash Mouth. To była jedna z pierwszych piosenek, które ściągnąłem sobie z Internetu (do którego po raz pierwszy podłączyłem się dwie dekady i cztery dni temu). Była to mp3-ka, która przy szybkości 56.6kb/s ściągała mi się pewnie koło pół godziny (nie liczyłem czasu, spędzając czas na irc-u z przyjaciółmi i chłonąc posty z kilkunastu usenetowych grup dyskusyjnych) i która nie zgrała się w całości, skutkiem czego utwór trwał tylko nieco ponad dwie minuty zamiast niemal trzech i pół. Nie przeszkadzało: te dwie minuty też wprowadzały pozytywne wibracje. Może dlatego, że nigdy nie wsłuchałem się w tekst, który - jak się okazuje - optymistyczny zbytnio nie jest. Póki się jednak tego nie wie, można się w Sylwestrową noc bawić przy tym utworze wyśmienicie.

Rok 1997 był ostatnim pełnym rokiem mego kontaktu z MTV i stamtąd chłonąłem muzykę znacznie bardziej niż z radia, czy jakiegokolwiek polskiego programu muzycznego. Tam na przykład usłyszałem po raz pierwszy zespołu Jamiroquai, z którego trzech znanych mi dzięki MTV piosenek - "Cosmic Girl", "Virual Insanity" i "Deeper Underground" - dwie pierwsze już wspomniałem w innym cyklu, o trzeciej pewnie też kiedyś napomknę. Ponieważ jednak w 1997 roku to środkowa z nich zdobył nagrodę MTV Video of the Year, to ten teledysk tu przypomnę, choć z całej trójki utworów muzycznie najmniej przypadł mi do gustu. Za to, przyznaję bez ogródek, do dziś jestem pod wrażeniem choreografii i ruchów Jay Kay'a. Ta sympatia dla tych utworów nijak nie skłoniła mnie do kupna kaset zespołu, ani późniejszego sprawdzenia ich w sieci. Niezbyt wiem, jak dalej potoczyła się jego ścieżka artystyczna, ale "Deeper Underground" zawsze miło mi będzie znów usłyszeć (dwa pozostałe utwory nieco mi się przejadły, tego nie miałem już okazji tak długo słuchać w MTV).

Dzięki MTV poznałem na przykład utwór, którego inaczej w życiu bym nie usłyszał, a który całkiem przypadł mi do gustu. Był to kawałek "I Wish" amerykańskiego raper Skee-Lo, który poza nim innych przebojów nie miał (nawet na Wikipedii piszą o nim per "one-hit wonder"). Był jednak przyjemny dla ucha, z zabawnym i kolorowym teledyskiem. I czegóż by więcej w Sylwestra można chcieć?

Pozostając przy miłych dla ucha dźwiękach - kolejnym utworem, który gdyby nie MTV by mnie całkowicie ominął, było "How Bizzare" OMC. Wpadła mi ta piosenka w ucho i przez parę kolejnych lat, gdy w głowie się czemuś dziwiłem, czasem brzmiał mi w powtarzany w refrenie tytuł piosenki (potem się dziwić przestałem i przestał). Do tego muzyka brzmi wybitnie południowo i same dźwięki mogą rozgrzewać w zimną sylwestrową noc (gdyby za naszych czasów noce sylwestrowe bywały jeszcze zimne).

Jak Sylwester, to fajerwerki. A jak fajerwerki, to podpalane w rytm "Firestarter" The Prodigy. Tego kawałka też się nie poznać wtedy nie dało i też całkiem przypadł mi do gustu, choć to też jest preferowany przeze mnie gatunek muzyki. Teledysk też niezbyt wpada w me klimaty, wzbudzając raczej niepokój niż łechcząc mój hedonizm, a jednak nie przełączałem ni nie ściszałem telewizora, gdy na MTV leciał. Samego Prodigy poznałem w życiu jeszcze ze dwie piosenki (w tym "Smack My Bitch Up"), ale tylko tę dobrze zapamiętałem. I być może, gdybym odpalał jakiekolwiek fajerwerki na Sylwestra, bym ją sobie w głowie nucił - choć wątpię, bo odpalając fajkę jakoś nie nucę.

Rok temu wspomniałem o Backstreet Boys, które ominąć się w 1996 roku nie udało. Czy udawało się w 1997 roku - tego nie wiem. Mnie, przy regularnie włączonym MTV, się nie udało i tak poznałem utwór "Everybody (Backstreet's Back)". Który tu przypominam, bo akurat 1997 rok był - jak do tej pory przynajmniej - jedynym rokiem, w którym ubrałem publicznie bluzę z Chłopakami Z Ulicy Tylnej: spędziłem ubrany w pożyczoną od siostry (nieco bez jej wiedzy) bluzę cały dzień w szkole w ramach zakładu z samym sobą. Zakład wygrałem, a mój wyczyn okazał się w większości przez postronnych zignorowany, podobnie jak me przyjście boso na rozpoczęcie roku szkolnego 1996/1997. Ludzie, jak się okazuje, mało wokół siebie dostrzegają, jak nie wskaże im się tego palcem.

Innym utworem, którego nie usłyszeć się nie dało, było "Barbie Girl" zespołu Aqua. Teledysk pozostawiał nadzieję, że to wszystko jest parodią, ale usłyszenie tego kawałka w radio pozostawiało człowieka wyłącznie z głosem wokalistki i warstwą dźwiękową, której brzmienie sprawiło, że to często gość na listach typu "top 100 piosenek popowych dekady", gdzieś obok Dr Albana i ww. Backstreet Boys, zaś sam utwór zdecydowanie zbyt szybko wwierca się w ucho.

Shania Twain była w czasach licealnych jedną z tych piosenkarek, które kojarzyłem raczej wizualnie niż dźwiękowo, bo zwykle oglądałem jej teledyski bez dźwięku. Nie sprawdzałem nawet co śpiewa, bo w latach 1994-1995, gdy widziałem jej teledyski, dało się je ujrzeć jedynie w stacji telewizyjnej nadającej non stop muzykę country (trafiła się taka w mej osiedlowej telewizji kablowej). Zwykle przeskakiwałem ten kanał, ale gdy widziałem Shanię Twain lub jedną z niewielu innych uroczych piosenkarek country (z których personaliów jednak żadnej w odróżnieniu od Shanii Twain nie udało mi się zapamiętać), zawieszałem oko na dłużej. Wiele lat później w radiu usłyszałem kawałek "That Don't Impress Me Much", który przypadł mi do gustu. Zdał się lekki i żartobliwy, a muzyka nie psuła dobrego wrażenia wywołanego tekstem. Parę miesięcy i kilka kolejnych usłyszeń w radio dopiero się zorientowałem, że autorką była właśnie Shania Twain, a teraz się właśnie zorientowałem, że utwór powstał równo dwie dekady temu

Na zakończenie sekcji obcojęzycznej nuta minorowa: "Bitter Sweet Symphony" The Verve. Nieraz już chciałem go na blogu opisać, ale niestety za każdym razem, gdy nachodzi mnie nastrój na słuchanie tego utworu, odchodzi mi ochota pisania na blogu. Tak też było i ostatnio, gdy minęły dwie dekady od chwili, gdy pierwszy raz go usłyszałem. Cóż, podmiot liryczny wciąż optymistycznie powtarza, że potrafi się zmienić (co może być dobrym motywem do nucenia sobie podczas ustalania sobie ww. postanowień noworocznych), może więc i mi się uda go wreszcie dobrze skomentować. Tymczasem zaś pozostaje go posłuchać i się wsłuchać.

Czasem na imprezach sylwestrowych się tańczy. Czasem nawet tango, do którego - co wie każdy Polak od dwudziestu lat - trzeba dwojga. Nigdy nie słuchałem "Budki Suflera", uznając ten zespół na przejaw kiczu niczym Kombi, czy Krzysztofa Krawczyka, ale ten utwór słyszałem w radiach i telewizorach tak często, że nie sposób było mi go nie poznać. Czarna-Biała wspomniała kiedyś, że chciała by mieć możliwość całkowitego zapomnienia niektórych piosenek. W przypadku tej piosenki też skorzystałbym z tej opcji. Niestety, wciąż mi to brzmi, i gdy usłyszę - rzadko, ale jednak się zdarza, gdy surfuję po stacjach radiowych - parę sylab, w mej głowie głos Krzysztofa Cugowskiego dośpiewuje resztę frazy. 

Na Gwiazdkę '97 dostałem płytę ze ścieżką dźwiękowo do filmu "Kiler", którą otwierał utwór Elektrycznych Gitar o tym samym tytule. Zespół zdecydowanie zdominował płytę (lider zespołu nie maczał palców tylko w dwu z piętnastu utworów), co mi akurat odpowiadało, bo Elektryczne Gitary lubiłem (o nich zresztą jeszcze będzie poniżej). Film był mocno promowany, być może więc ten kawałek przebił się do powszechnej znajomości. Mnie zauroczył nad wyraz stoickim podejściem do życia podmiotu lirycznego ("To co się dzieje naprawdę nie istnieje / Więc nie warto mieć niczego, tylko karmić zmysły", "Poczekam i popatrzę, nie cofnę kijem Wisły" czy wreszcie "Co się za mną dzieje, naprawdę nie istnieje / Więc nie warto tak się bronić, tylko lecieć z wiatrem / Poczekam, popatrzę, zrozumiem więcej / Wtedy wreszcie sam też włączę się do akcji"), którym to styl życia starałem się (i wciąż się staram) wdrażać w życie. A już zdanie "Co się za mną dzieje, naprawdę nie istnieje" mnie jako solipsystę[citation needed] musiało szczególnie zachwycić.

Końcówka tej przydługiej listy mogłaby stworzyć cały mój komentarz, gdyby moja ulubiona para redaktorów prowadzących postanowiła kiedyś zrobić audycję o kobietach. O nich to właśnie dwie dekady temu śpiewał Norbi, twierdząc, że są gorące. Nie wiem, może akurat w jego okolicy była epidemia grypy.

Dalej mógłbym uzupełnić listę utworem "Bitch" Meredith Brooks, który to utwór strasznie przypadł mi do gustu. Choć podmiot liryczny jest wyraźnie żeński, ze względu na genderową obojętność języka angielskiego mogłem sobie nucić znaczne części refrenu jako uzupełnienie opisywanego już "Walking Contradction Green Day. I nadal mi się tego miło słucha.

* * *

Dwie dekady temu myśmy z przyjaciółmi planowali Sylwestra w klimatach hipisowskich. Akurat Nieogolony miał mieć wolną chatę, więc wbiliśmy do niego z Niewesołym. Ubraliśmy najbardziej hipisowskie rzeczy, na jakie było nas stać, czyli po kilka zestawów bransoletek indyjskich, a do tego ja miałem własnoręcznie* z Czarną-Białą robioną koszulkę w nasprejowane kwiaty, a Nieogolony bandanę. Z odtwarzacza leciała składanka "Children of the Revolution", Jimi Hendrix i tym podobni. Wszyscyśmy jarali, a Niewesoły zarzucił kwasa i zaczął oglądać album z malarstwem Salvadora Dali. Do północy udało się klimat utrzymać, potem wyszliśmy na spacer z psem, a idąc między wybuchającymi petardami czuliśmy się jak na przedmieściach Stalingradu zimą czterdziestego drugiego roku. Po powrocie nieco oklapliśmy z sił, zmieniliśmy pokój imprezy i nad narkotykami zaczął przeważać alkohol. Do wieży włożyłem pożyczoną od rodziców płytę Elektrycznych Gitar "Na krzywy ryj", którą wziąłem, bo otwierał ją utwór "Ja jestem nowy rok". Płyta się w odtwarzaczu zapętliła, co nam nijak nie przeszkadzało, bo zaczęliśmy snuć nasze wspomnienia z właśnie zakończonego 1997 roku, miesiąc po miesiącu. Przez pierwsze sześć miesięcy Nieogolony perorował długo o swych problemach i perturbacjach w związku, podczas gdy myśmy z wciąż tripującym Niewesołym milczeli (przy czym Niewesoły całkowicie). Od lipca to ja zacząłem opowiadać o mych perturbacjach w związku damsko-męskim, podczas gdy Nieogolony, którego historia się ustabilizowała po wyjeździe jego ukochanej na studia do innego miasta i wciąż tripujący Niewesoły milczeli (przy czym Niewesoły całkowicie). I gdzieś tak podczas dziewiątego lub dziesiątego już miesiąca naszego naprzemiennego żalenia się na "nasze" kobiety z głośników po raz trzeci poleciał utwór "W pewnym mieście", a w nim refren "A-a-a-a, kobieta zła" i Niewesoły wybuchł głośnym śmiechem. Znacznie poprawiło nam to humor, wyrywając nas z melancholii i resztę imprezy spędziliśmy już w bardziej durowej tonacji. A ten utwór nieodmiennie kojarzyć mi się będzie z tym właśnie, formalnie hipisowskim, Sylwestrem.

15:07, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 grudnia 2017

Dostałem płytę CD "The John Lennon Collection" na Gwiazdkę mniej niż dwie dekady temu, bo w 2001 roku. Pamiętam, jak od razu po zakończeniu Wigilii poszedłem do swego pokoju, włożyłem ją do komputera i wróciłem do grania w "Master of Magic", grę wtedy już nieco wiekową (pochodzi z 1994 roku), ale nadal nad wyraz "grywalną" - o wiele bardziej niż "Civilization", której klonem była i w której granie było przyjemnością, ale po zakończeniu gry nie miałem nigdy ochoty od razu zagrać raz jeszcze, czy jej kontynuacji "Colonization", w którą zawsze bardzo miło mi się zaczynało grać, ale zwykle w połowie rozgrywki monotonia sprawiała, że przerywałem rozgrywkę. "Master of Magic" w owe Święta - a raczej akademicką przerwę świąteczną - przeszedłem kilka lub nawet kilkanaście razy, wybierając sobie różne "frakcje" magii na starcie. Siedziałem przed komputerem dzień w dzień po kilkanaście godzin i grałem, grałem, grałem - a w odtwarzaczu komputera wciąż grała zapętlona płyta Johna Lennona, utwory z której coraz głębiej zapisywały się w mym umyśle. I teraz, w minionym tygodniu, pośrodku całego zestawu chorób, po długich latach wypłynął na jego powierzchnię utwór "Cold turkey":

Cały ten zestaw chorób zaczął się od tego, że Rozczochrana zaraziła mnie ponad miesiąc temu grzybicą, co oznaczało konieczność zażywania leków, przy których nie można pić alkoholu. Nie pijam jakoś przesadnie często, ale - jak już pisałem - wygląda na to, że oswoiłem się z cotygodniowym piciem z Nieogolonym i dobrze ono robi na me zdrowie psychiczne. Cztery tygodnie nie wydało mi się jakoś przesadnie długim okresem - zwłaszcza zważywszy na fakt, że Rozczochrana te leki brać będzie przez trzy miesiące - ale im bliżej było końca, tym bardziej wyglądałem kolejnego piwa w towarzystwie (picie samemu mnie jakoś zwykle nijak nie bawi - choć akurat ostatnie piwa przed tą karencją piłem sam, bo przyjaciele akurat mieli inne plany). I gdy do końca leczenia zostało tylko parę dni, zwaliła się na mnie kolejna choroba, wymagająca leczenia antybiotykiem i tym samym odsuwając kufel zimnego piwa o kolejny tydzień w przyszłość.

W międzyczasie między pierwszą a drugą chorobą mój personalny dostawca przestał odbierać telefon, straciłem więc możliwość, by brak możliwości intoksynacji jedną używką zrównoważyć intoksynacją inną. Oczywiście, nie oznacza to, że zostałem zupełnie na lodzie - zostało mi jeszcze pół worka samosiei. Co prawda daje ona "haj" na poziomie mieśniowym, a palenie jej w towarzystwie Nieogolonego skończyło się śmiechem i nieskoordynowaną rozmową z licznymi dygresjami, które gasły w połowie drogi do swego celu, jednak nie daje ona tego "bzzt!", tego kopa, tej iskry bożej, która sprawiała że po zapaleniu poszczególne elementy układanki wpadały na właściwe miejsce, nowe idee rozbłyskiwały jasnym światłem (by, jeśli nie zostały zapisane, po chwili zniknąć w odmętach niepamięci na zawsze), a świat wydawał się nieco bardziej kolorowy. Ta samosieja tego nijak nie daje i być może dlatego gdzieś w okolicy zeszłego wtorku lub środy, gdy jeszcze byłem w stanie formować myśli, pomyślałem sobie: "O stanie mego zdrowia najlepiej niech zaświadczy fakt, że nawet nie chce mi się zażywać narkotyków". O prawdziwości której to tezy najlepiej zaświadczy fakt, że fajka, którą w zeszłą środę odruchowo nabiłem, wciąż stoi nabita.

Co więcej, owo "bzzt!" (gdybym miał co palić, na pewno w parę sekund nadałbym temu doświadczeniu jakąś o wiele bardziej odpowiadającą nazwę) pozwalało mi odsunąć się od narastających od miesięcy, jak nie i lat, problemów finansowych, za które nie ja ponoszę odpowiedzialność, ale ja ponosić będę konsekwencje i gdy go zabrakło, zdałem sobie nad wyraz wyraźnie sprawę z tego, że te konsekwencje być może czają się niczym Borch Trzy Kawki już za najbliższym załomem. I nie wykluczam, że ta świadomość sprawiła, że zacząłem przeżywać załamanie nerwowe lub przynajmniej nabawiłem się kolejnego ataku mej pełzającej depresji. Tak jakbym dzięki narkotykom surfował sobie po falach rzeczywistości, a żadna z nich nie była mi straszna, lecz gdy ich zabrakło - nagle wpadłem do wody, podczas gdy ma deska odpłynęła. I choć nadal utrzymuję się na powierzchni, to deski czy lądu nigdzie wkoło nie widzę i czuję, że owe nietonięcie wymaga ode mnie wysiłku, który wcześniej czy później mnie wyczerpie.

Dość powiedzieć, że od tygodnia nie przespałem normalnie ni jednej nocy ("My eyes are wide open / Can't get to sleep"). Może też dlatego w czwartek rano "odpuściłem" sobie do końca i od tamtej pory nie wychodziłem z łózka, w którym właśnie co marnie przespałem kolejną noc (zdaje się, półtorej godziny od 1:00 do 2:30 i potem drugie tyle koło 5-6 nad ranem), na dłużej niż godzinę przez kolejne trzy i pół doby.

Bo gdy tylko z niego wychodziłem, choroba i związana z nią gorączka ("Temperature's rising / Fever is high") wprawiały me ciało w dreszcze, a osłabienie pozwalało mi dojść jedynie do wychodka lub kuchni napić się szklanki wody lub zjeść jogurt (przez te trzy dni jadłem niemal tylko jogurt - jeden dziennie; do tego też garść startego żółtego sera). Od leżenia w łóżku zaczął mnie boleć krzyż, a choć starałem się pamiętać o tym, by pić regularnie choć łyk wody, zaczęła mnie też pobolewać głowa, być może z odwodnienia ("My body is aching").

Ten brak apetytu i pragnienia sprawił, że przez chwilę (cały piątek, zdaje się) się zastanawiałem, czy aby nie osiągnąłem nieopatrznie ideału buddyjskiego oświecenia: pozbyłem się wszelkich pragnień. Nie miałem pragnienia per se (piłem dlatego, że logicznie, rozumowo wiedziałem, że powinienem, a nie dlatego, że chciało mi się pić), nie czułem głodu (och, brzuch mi burczał, ale od czasu świąt spędzonych z grą "Heroes of Might and Magic III" też niecałe dwie dekady temu doskonale wiem, że wystarczy poczekać dwie godziny i to burczenie ustaje; i nijak nie przekładało się to na głód - zacząłem jeść jogurty, bo - znów - logicznie i rozumowo sobie uświadomiłem, że rozsądnie jest to robić, gdy zażywa się antybiotyk), libido spadło mi do zera i nawet ma chorobliwa potrzeba zapisania wszystkiego zniknęła. Nie chciało mi się nawet wstać, by odpalić komputer, a przeglądanie wiadomości i popularnego portalu społecznościowego na smartfonie po chwili zdało mi się tak jałowe, że i telefon odłożyłem bez poczucia żalu czy jakiejkolwiek straty (ale tu faktem jest, że z FoMO dawno temu wyleczyła mnie praca). Wszelkie myśli przelatywały mi przez umysł, jakbym był chory na psychiczną czerwonkę: wlatywały mi do głowy, nie miały o co się zaczepić i w ciągu jednego oddechu wylatywały nie zostawiając po sobie śladu. Leżałem więc, patrzyłem w okno i oddychałem: wdech - wydech, wdech - uporczywy kaszel - wydech. 

Ten stan buddyjskiego ideału jednak nie trwał długo i gdy nadeszła pora snu myśli znów zaczęły się mnie przyczepiać, utrudniając zaśnięcie. A gdy już wreszcie udawało mi się to koło trzeciej nad ranem, półtorej lub dwie godziny później budził mnie Rozczochrany wdrapujący się do naszego łóżka. Ostatecznie, przyznawszy się przed samym sobą, że problem ze snem może być psychosomatyczny, wczoraj wieczorem wypiłem sobie kubek "Nervosanu". Pomogło umiarkowanie - nie spałem jakoś przesadnie dłużej (wszystkiego w nocy jakieś trzy, cztery, może cztery i pół godziny), ale znacznie spokojniej czułem się w tych chwilach, gdy nie spałem i miast pogrążać się w pętli narastających negatywnych myśli, skupiałem się na liczeniu swych oddechów.

(O czymś takim, jak nadarzające się przy okazji zapalenie spojówek, niemal nie warto wspominać, gdyby nie ta dobra cecha braku dobrego snu, że przynajmniej mogłem sobie zgodnie z instrukcją zakrapiać zaropiałe oczy - zwłaszcza lewe, do którego otwarcia po dwu-trzygodzinnej drzemce potrzebowałem użyć ręki - dokładnie co cztery godziny przez całą dobę.)

Nigdy nie zażywałem heroiny, o przestaniu zażywania której śpiewa John Lennon, choć pamiętam, że gdy w liceum przeczytałem "Opium. Dziennik kuracji odwykowej" Jeana Cocteau (ISBN: 83-08-02009-7), to nabrałem życiowego planu, by zacząć palić opium, gdy już będę na tyle stary, że będąca skutkiem ubocznym impotencja nie będzie mi już straszna. Potem, przeczytawszy "Seks, narkotyki i okultyzm" Roberta Antona Wilsona (ISBN: 83-912194-6-1), zrezygnowałem z tego planu - o czym już zresztą pisałem w ramach komentarza do "Wyznań angielskiego opiumisty" Tomasza de Quincey zażywając. Pewnie więc nigdy nie przekonam się, jak naprawdę wygląda heroinowy "zimny indyk". I dobrze, nie jest to doświadczenia, którego jakoś straszliwie bym pożądał. I pozostaje mi mieć nadzieję, że to zeszłotygodniowe doświadczenie (niewykluczone, że spowodowane też i tym, że mój organizm po raz pierwszy od ponad półtora roku przestał dostawać regularnego marihuanowego kopa, napędzającego go do dalszego działania, gdy powinien odpoczywać) będzie temu najbliższe w mym życiu.

(Ten wpis został napisany bez użycia żadnych narkotyków - nie licząc kubka "Nervosanu" wczorajszego wieczora. Może dlatego mam nieodparte wrażenie, że mógł być znacznie lepszy.)

16:24, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 grudnia 2017

Mego dopisku do tematu audycji z dn. 31 października br., czyli piosenek o zjawiskach atmosferycznych, nie mogłem zacząć inaczej niż od "Thunderstruck" AC/DC. Może to i wybór banalny, ale mi bliski: od AC/DC zaczynałem swą znajomość z muzyką metalową (choć nie od albumu ten utwór zawierającego). Później był jednym z mych ulubionych, a że nie tylko moim - był jednym z nielicznych utworów AC/DC, który regularnie idzie usłyszeć w radiu. By więc nieco od banału odstąpić - wersja teledysku w postaci fragmentu bajki dla dzieci "Samoloty 2", gdzie utwór ten jest wykorzystany przy pierwszej ze scen gaszenia pożaru, której przygląda się Dusty Popylacz. Przyznam, że byłem mocno zaskoczony, gdy oglądając tę bajkę po raz pierwszy z dziećmi usłyszałem rozpoczynające utwór riffy i przyznam też, że oglądanie tej sceny do tych dźwięków wywołało ciarki na mej skórze. Mam nadzieję, że i dzieciom przez to ten utwór będzie się dobrze kojarzył.

Drugi utwór jest nietypowy - nie jest to coś, czego słuchałem lata temu. To utwór "Thunder" zespołu Imagine Dragons, który to zespół kojarzę dzięki radiu "Eska ROCK" od paru lat. Nie jestem jakimś wybitnym zespołu fanem - poza przypadkowym zetknięciem się w radiu, gdzie czasem popularność ich utworów na antenie owego radia nawet mnie drażniła, nie słyszałem żadnego ich utworu - ten jednak kawałek przypadł mi do gustu, zwłaszcza refren z powtarzającym się słowem "thunder". Jest w nim coś, co nad wyraz przypada mi do gustu. Tekst o pogodzie mówi niewiele, same pioruny traktując metaforycznie, ale jednak ów piorun w tytule sprawia, że utwór nie jest nie do końca na miejscu.

Kolejny utwór to "Have You Ever Seen the Rain?", klasyk z 1970 roku. Ja jednak poznałem i przyswoiłem go w wykonaniu zespołu Spin Doctors. Nie było go na żadnej z kupionych przeze mnie płyt ni kaset zespołu, musiałem więc przyswoić go z MTV. Jednaj dokonałem tego na tyle mocno, że zdziwiłem się nieco przeczytawszy, że to nie jest utwór ich autorstwa. 

Oglądanie deszczu może być jednak przyjemne, o czym próbuje przekonać zespół The Move utworem "Flowers in the Rain", znanym mi z fenomenalnej kompilacji "Children of the Revolution". Jestem przekonany, że może być, jednak raczej wiosną niż listopadowym wieczorem. Zespół też zresztą o wiośnie raczej śpiewa, nucąc o rosnących kwiatkach. Piosenka o listopadowym deszczu miała by dużo bardziej molową melodykę i depresyjny tekst i pewnie nie zostałaby pierwszym utworem wyemitowanym w całości w BBC Radio 1:

Fraza "wiosenny deszcz" otworzyła jedną z klapek w mym umyśle, za którą czaił się kolejny utwór o tym tytule w wykonaniu Sławka Wierzcholskiego & Nocnej Zmiany Bluesa. Ponieważ jednak już o nim pisałem, a samego utworu nie udało mi się znaleźć w sieci (jedynie nad wyraz kiepski jego cover), pozwolę go sobie pominąć.

Przechodząc od deszczu do wiatru - utwór "Catch the Wind" kapeli Annihilator, którą wspominałem w tym cyklu już nieraz. Nieco wyjątkowy utwór, bo wyłącznie instrumentalny. O ile Jeff Waters, pomysłodawca, założyciel, gitarzysta, czasem basista, nierzadko wokalista i momentami jedyny członek Annihilatora, tworzył i takie kompozycje, gdy nie miał ochoty śpiewać, o tyle ja nie zwykłem w nich gustować. "Piosenka musi posiadać tekst", powiedziała kiedyś Kasia Nosowska i się z nią zazwyczaj zgadzam. Czasem jednak słowami oddać się nie da niektórych idei (lub jest to nad wyraz trudne) - takich na przykład jak łapanie wiatru. Czy udało się gitarami? Nie jestem zbytnio o tym przekonany, ale nie wykluczam, że ktoś w tych dźwiękach usłyszy całą tyczącą tego opowieść.

A na koniec piosenka o braku zjawisk atmosferycznych (choć nie do końca, w tekście wspominana jest tęcza), gdy na niebie świeci słonko i jest nad wyraz przyjemnie. Bob Marley twierdzi, że aż chce się wtedy rozruszać swe taneczne stopy i muszę to potwierdzić: w taką właśnie pogodę najbardziej mi się chce tańczyć lub przynajmniej tupać w rytm jego szlagieru "Sun is shining":

Tagi: Mann&Gacek
13:24, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA