RSS
sobota, 31 grudnia 2016

Jak co roku o tej porze, chciałbym nostalgicznie przypomnieć szlagiery sprzed dwóch dekad - a przynajmniej te z nich, o których jeszcze nie pisałem. Wspomniałem już bowiem o "Ironic" Morissete, "Load" MetallicI i płycie kapeli The Presidents of the United States of America, których - w odróżnieniu od Leningrad Cowboys, czy Zacieru - posłuchać miała okazję większość. Jedną z piosenek równie znanych, a których opisać nie zdążyłem, było "Lemon Tree" Fool's Garden.

Strasznie mnie zafascynowała wtedy ta piosenka. Była jedną z dwóch (drugą było "Breakfast at Tiffany's" Deep Blue Something), których teledyski sobie nagrałem na kasetę video, by je w ten sposób sobie odtwarzać. Choć kilka fraz sobie zapamiętałem i długo powtarzałem (jak "I'm driving around in my car / I'm driving too fast (and) I'm driving too far", nucone w czasie samotnych samochodowych podróży przez Polskę), a słowa refrenu "Yesterday you told me 'bout the blue blue sky / And all that I can see / Is just another lemon tree" przypominały (i nadal przypominają) mi scenę z "Kingsajzu", gdy krasnale dyskutują, czy widzieli niebo, czy tylko niebieskie wiadro, to nie skłoniło mnie to do nabycia kasety Fool's Garden ani zapoznania się z resztą twórczości zespołu. Być może szkoda. Być może wcale nie.

"Wonderwall" wydane zostało w 1995 roku, ale nagrody zdobywało rok później. Nic dziwnego, dobre było. Zapoczątkowało fazę brit-popu, co było już nieco gorsze, bo ostatecznie doprowadziło do "Peggy Brown" Myslovitz. Niemniej jednak utworu słuchałem wtedy często i nie udało mi się poczuć, że "za często", co dość szybko stało się osiągnięciem drugiego ówczesnie promowanego utworu Oasis - "Don't Look Back in Anger".  

Nadchodzi jednak Sylwester, pora na coś żwawszego i bardziej melodyjnego. Pamiętam całkiem dobrze swojego Sylwestra sprzed dwóch dekad. Imprezowaliśmy w dwóch oddalonych od siebie o parę kilometrów miejscach, a samą północ spędziliśmy z Nieogolonym i Niemałym idąc poboczem drogi na drugą z imprez, pół godziny po tym, jak za niespełniające wymogów gospodarza zachowanie zostaliśmy poproszeni o opuszczenie domówki, gdzie zostawiliśmy - poza gospodarzem - także Niewesołego, Czarną-Białą i Kaczego Dzioba. A nie zrobiliśmy nawet połowy tej siary, co Spice Girls w swym debiutanckim utworze sprzed dwóch dekad "Wannabe" (którym do dziś zdarza się ponosić tego utworu konsekwencje). Choć trzeba przyznać - ponad kwadrans grania (a raczej: prób grania) na rogu mógł wyczerpać zapas cierpliwości gospodarza.

Druga z imprez odbywała się w Szkole Podstawowej im. ppor. Klemensa Wickiego. Wkraczających w mury tej szacownej placówki wychowawczej witał napis "Ppor. Klemens Wicki umarł za Ojczyznę i powinniśmy być mu za to wdzięczni". "Jestem, ale nie chciałbym spać z nim w jednym pokoju", odrzekł widząc napis Nieogolony. Chwilę później zaiwanił stojącą w gablotce świeczkę z orłem białym (w koronie), więc nie wiem czy mówił szczerze. Niemniej jednak, udowodniła nam ta impreza, że w Sylwestra wszystko się może zdarzyć i można wbić się na bliżej nieznaną imprezę (znaliśmy tylko jednego z gości, którego spotkaliśmy w pociągu, jadąc na domówkę w Czaplach), o czym owego roku śpiewała Anita Lipnicka.

Nie do końca udało się nam - trzem introwertykom - wpasować w rozentuzjazmowany tłum. Do tego, w odróżnieniu od reszty imprezowiczów, nie stroniliśmy od narkotyków. Nieogolony wyekstrahował trzy fiolki płynnego THC, które należało wypić. Smakowało strasznie, ale najwyraźniej działało, skoro pamiętam z późniejszej części imprezy, jak we trzech graliśmy na pustej sali w koszykówkę jak jakieś Murzyny:

Nie wiem więc, co królowało wtedy na tanecznym parkiecie. Jestem dość mocno przekonany, że średnia wieku imprezujących była zbyt wysoko, by słuchać Backstreet Boys (których miałem wątpliwą przyjemność poznać dzięki siostrze), ale z drugiej strony - kto wie, co po pijaku wpaść może do głowy studenciakom?

Raczej na pewno poleciała Macarena. Tego, myślę, nie mogło zabraknąć na każdym liczącym się dansflorze. Jeżeli coś z tej tu listy jest znane wszystkim, którzy mają powyżej 25 lat, to właśnie to - i nadal, jak słyszę, kilka sekund wstępu wystarczy, by wywołać earworm'a. Co do reszty utworów taki pewien nie jestem. 

Choć nie, może i jest jeden równie znany utwór. Mnie on nieco w owych czasach ominął, ale gdy rozmawiam z kimś o muzyce połowy lat 90-tych, zawsze pada nazwa poniższego utworu jako przykładu piosenki letniej. Sylwester jest w środku zimy (dwie dekady temu był nawet śnieg; pamiętam doskonale, jak rankiem wyszliśmy ze szkoły na peron (dworca nie było, była wiatka na peronie) pół godziny przed przyjazdem pociągu i te pół godziny siedzieliśmy pod wiatką, marznąc otoczeni bielą śniegu skrzącą się w promieniach słonecznych), jednak o odpowiedniej porze wieczoru na parkiecie może być tropikalnie gorąco:

Jeżeli byli tam jacyś miłośnicy elektroniki - nie sądzę, bo nie wyglądali na to - ale po Niewesołym z wyglądu też nie widać jego fascynacji muzycznych - to może poleciał Robert Miles i jego "Children". Prosta i sympatyczna melodyjka, którą wciąż jeszcze czasem zdarza mi się gdzieś w tle słyszeć. Myśmy ku elektronice raczej wtedy nie lgnęli, ale za to, by jakoś przetrwać chłody nocy i poranka bez śpiworów w sporej szkole, lgnęliśmy do piecyka gazowego. Odpaliliśmy w nim piekarnik, ustawiliśmy na 250 stopni i dwóch z nas siedziało na niewygodnych szkolnych krzesłach z dłońmi w piekarniku, a trzeci, wygrzany, wypoczywał na ławie pod ścianą. Nie wiem, czy bardziej mnie martwiło możliwe wyziębienie organizmu, gdybym zasnął z dala od kuchenki, czy przypieczenie sobie dłoni, gdyby zasnął z dłońmi w niej. Dość powiedzieć, że wiele snu nie zaznałem tej nocy.

Mało co kojarzę z twórczości Red Hot Chilli Peppers. Jeszcze niedawno mogłem powiedzieć, że znam trzy utwory ("Under The Bridge""Californication" i powyższy "Aeroplane"), choć kilkukrotnie słyszałem urywki innych w radiu. Jednak podczas jednego z mych tegorocznych wyjazdów do Niemiec niemieckie radia tak często puszczały utwory RHCP, że nabrałem przekonania, że któryś z nich właśnie musiał umrzeć. Oswoiłem się przy tym z innymi ich utworami, i podobnie jak w przypadku znanej mi wcześniej trójcy, miło mi się ich słuchało. Jestem zafascynowany zdolnościami artykulacyjnymi wokalisty - potrafi wypowiedzieć zgłosek szeregi w tempie, którego ja nie potrafię powtórzyć nawet bezgłośnie. W "Aeroplane" akurat tej jego charakterystycznej (na tyle, że dzięki niej wiem, że to kawałek RHCP, gdy słyszę go po raz pierwszy) zdolności nie używa - ale za to teledysk jest ładny.

W dzieciństwie nie cierpiałem Majkela Dżeksona. Niczego innego po jedenastoletnim metalu nie należało się spodziewać. W połowie lat 90-tych jednak przypadły mi do gustu dwa jego zaangażowane utwory. O pierwszym - "Black od White" - już wspominałem, drugim był "They Don't Care About Us". Był żwawy rytm, było moralnie słuszne przesłanie, które będąc jedynym w swym rodzaju lewakiem głosującym na Janusza Korwin-Mikkego, mógłbym nucić. Nie wiem, czy to to był ostatni wielki przebój Jacksona, czy coś jeszcze w latach 2000-nych równie popularnego stworzył. Wiem za to, że to był ostatni jego utwór, który dobrze poznałem.

I na koniec już - omijając "Killin Me Softly" The Fugees, którego nie cierpiałem wtedy i nie przepadam nadal, niszowy Beck i "Where It's At", poznane (podobnie jak Backstreet Boys) dzięki siostrze No Doubt i szlagier "Don't Speak", czy sławetny "Orła Cień", którego jedyną dobrą cechą jest to, że mógł to zanucić Stuhr w "Kilerze" - a więc na koniec coś optymistycznego. Nigdy nie przepadałem za Kasią Kowalską, jej muzykę uznaję za jeszcze gorszą niż jej grę aktorską w "Nocnym graffiti" (też z 1996 roku), ale ten kawałek zdał mi się wystarczająco energiczny - i miał sekcję dętą, a to nigdy nie jest błędem. Tak więc - "Coś Optymistycznego":

18:11, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 grudnia 2016

Wiele złego przez ostatnie półwiecze powiedziano o muzyce hippisów. Że jest oznaką braku szacunku (to się trafiło choćby Jimiemu Hendrixowi po jego wersji amerykańskiego hymnu), że promuje narkotyki (jak "Lucy in the Sky with Diamonds") i skłania ludzi do nich (u mnie akurat było na odwrót: to narkotyki wpędziły mnie w muzykę "dzieci - kwiatów"), że demoralizuje i przywołuje Szatana (por. Henryk Pająk), podkopuje wiarę w wartości - a to tego że to tylko prosta łupanina. Nigdzie jednak nie zetknąłem się z kontrargumentem - muzyka hippisów może człowieka skłonić do czytania dzieł noblisty. Tak właśnie było ze mną i "Wilkiem Stepowym" Hermana Hesse.

Utwór "Born to Be Wild" kapeli Steppenwolf był trzecim na pierwszej płycie zestawu "Children of the Revolution" i jako jedyny znany był mi wcześniej. Po wielo-, wielokrotnym go przesłuchaniu wraz z resztą płyty i zestawu, przypadł mi do gustu jeszcze bardziej. O tym, że nie tylko mnie, utwierdził mnie (też dwie dekady temu, późną jesienią lub wczesną zimą '96 roku), gdy Duke w grze "Duke Nuke'em 3D" podchodził do mikrofonu w klubie i śpiewał właśnie tytułowy wers tej piosenki. Później jeszcze bardziej utwierdziło mnie usłyszenie tych dźwięków w filmie "Easy Rider".

Na tyle mnie zafascynował utwór, że przeczytawszy w książeczce dołączonej do zestawu płyt o tym, że zespół wziął nazwę "od powieści Hermanna Hesse", zacząłem się rozglądać za tą książką w księgarniach (to były czasy, gdy jeszcze miałem pieniądze na książki), antykwariatach i tanich książkach - aż wreszcie udało mi się ją kupić 6 września 1996 roku za 13 złotych (lub 130 tysięcy złotych, to była końcówka tego dwuletniego okresu, gdy istniały w Polsce dwa systemu płatnicze). Kilkanaście tygodni - i kilkanaście książek przeczytanych w międzyczasie (w tym kolejny tom sagi Sapkowskiego, "Na własne kopyto" Johna Lennona, "Myśli nieuczesane" Leca, "Najpiękniejszą parę piersi na świecie" Rolanda Topora i trzy pierwsze tomy cyklu o Świecie Dysku Terry'ego Pratchetta) - zajęło mi zabranie się za nią, aż w okresie świątecznym zacząłem czytać korzystając z wolnego dnia - i nie oderwałem się aż do okładki.

Bo wydała mi się fantastyczna. Poczułem pokrewieństwo dusz z głównym bohaterem - na tyle, że jego wzorem podjąłem decyzję z wyprzedzeniem o samobójstwie, gdyby życie mi się nie ułożyło i zachwyciłem się opisem "tripu" protagonisty:

"Właśnie skończyłem czytać ‘Der Steppenwolfa’ i takie kilka przemyśleń. Po pierwsze jest tam najlepszy opis tripa jaki widziałem (znaczy chodzi o opis, a nie o tripa). Tak jak w większości książek znajduję odbicie mojej sytuacji i łatwo identyfikuję się z głównymi bohaterami (a nawet za łatwo i za mocno) (miałem małe trudności ze ‘Stacją Tranzytową’ Simaka, ale gdyby dom służący za stację tranzytową ufoków wyciąć albo potraktować jako metaforę, to nie ma żadnych problemów), tak tutaj (tzn. w ‘Jeżu stepowym’) znalazłem gościa, który dostaje rady, by zachowywać się tak jak ja, a przypomina mi być może jedynie mnie sprzed dość dużego okresu czasu, gdy się jeszcze czymkolwiek przejmowałem." [ok. 20-30 grudnia 1996]

Zauroczony lekturą zacząłem poszukać innych książek H. Hesse'go, o którym w takcie tych poszukiwań wyczytałem przypadkiem, że został noblistą w 1946 roku. Przeczytawszy to przeżyłem chwilę zawahania - mówiłem sobie wtedy, że czytać należy książki mało znanych autorów, bo może tam być coś ciekawego, oryginalnego i programowo dość unikałem książek popularnych i powszechnie uznanych, do której to listy zaliczałem też a priori wszystkich noblistów. Ale zawahanie było krótkotrwałe - zachwyt dla słów napisanych przez Hermanna Hesse zwyciężył i nadal się rozglądałem.

W ciągu kolejnego roku udało mi się nabyć i po pewnym czasie przeczytać: "W nas i poza nami" (kupiona i przeczytana w lutym 1997 roku), "Myśli" (kupione i przeczytane w kwietniu 1997 roku), "Grę szklanych paciorków" (kupiona w kwietniu '97, przeczytana w styczniu '98), "Wiersze * Sen o wyspie" (kupiona i przeczytana w czerwcu '97, zaginiona wraz z plecakiem Nieogolonego jakieś dwa lata później), "Księgę Obrazów" (kupiona w czerwcu '97, przeczytana dekadę później), "Peter Camenzind" (kupiona w czerwcu '97, przeczytana dekadę później) i "Pod kołami" (kupiona w sierpniu '97, przeczytana we wrześniu '97). Wrażenie porównywalne - albo nawet i większe od "Steppenwolfa" - zrobiła na mnie "Gra Szklanych Paciorków". Ogromne wrażenie zrobił też "Siddhartha", pożyczony i przeczytany jakieś cztery lata później. Mile wspominam też "Myśli" i "Wiersze", reszta - gdybym to od niej zaczynał czytanie noblisty - utwierdziłaby mnie w przekonaniu, że noblistów czytać nie warto.

Tak to muzyka rockowa sprawiła, że stałem się oczytany w dziełach noblisty. Choć jestem tylko jednostkowym przypadkiem, może należy zacząć jednym tchem teraz wyliczać, że słuchanie owej "łupaniny" może prowadzić do utraty szacunku dla autorytetów, demoralizacji, zażywania narkotyków, przywoływania Szatana oraz czytania dzieł zdobywców literackiej nagrody Nobla. Myślę, że to ostatnie najbardziej by odstraszyło młodzież...

PS. Spojrzałem w Internet i teraz widzę, że by osiągnąć komplet wrażeń związanych z nazwą zespołu będę musiał niebawem obejrzeć "Justice League"...

13:50, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 grudnia 2016

Niedawno w losowo wybranej stacji radiowej trafiłem na pytanie do słuchaczy o wspomnienie związane z pierwszą posiadaną przez nich płytą CD. Przyznam szczerze, że nie pamiętam, jaka była pierwsza zakupiona przeze mnie płyta CD, ale (kontekstowo) pamiętam, jakie były dwie pierwsze zakupione przeze mnie płyty CD. Obie kupiłem w odstępie dni, tygodni lub niewielu miesięcy (przy obu zakupach na zewnątrz było ciepło i świeciło słońce) w tym samym nieistniejącym już sklepie na bocznej uliczce od głównej arterii miasta. Jedna z nich musiała być więc pierwsza, druga zaś - z definicji - druga. Jestem przekonany, że wcześniej jednak kupiłem płytę "Monty Python Sings", a dopiero chwilę później - "We Cum from Brooklyn" zespołu Leningrad Cowboys, ale nie zdziwię się, jeśli faktycznie kolejność była odwrotna.

Na pewno drugą z tych płyt kupiłem przed jesienią 1996 roku, bo już na pod koniec października zapisałem:

"Wreszcie znalazłem odpowiednią muzykę. ‘Leningrad Cowboys’ są zajebiści." [27.X.1996]

Parę dni później, pod jednym z wielu mocno dygresyjnych zapisków, dopisałem zaś:

"Właśnie leci ‘No sense at all’ Leningrad Kałbojów. Nie uważacie, że na miejscu?" [listopad 1996]

Co dziwne, nad nim umieszczony akapit nie był całkiem bez sensu, bo wśród rozważań o mym sceptycyzmie i antagonistycznym nastawieniu do rozmówcy, miał i dygresję o polityce z dużą wstawką na temat powiązania państwa z kościołem. W porównaniu z sąsiadującymi akapitami z rozważaniami na temat jeży (peruki dla łysych jeży, samookaleczające się jeże, które wyrywają sobie kolce czy fraza "W światach gdzie brakuje gwoździ, Mesjaszami zostają jeże."), jaskółek, tego, co pierwsze nie czyni innych pór roku niż wiosna ("Czy pierwszy Baryka przedwiośnia nie czyni?") czy mych wyników gry w Kierki był nad wyraz sensowny. Niewykluczone więc, że zdanie nie było komentarzem do wpisu, a do całego pliku.

Niewiele wtedy zrozumiałem z tekstu tej piosenki - prawdę mówiąc poza refrenem nie zrozumiałem nic (w odróżnieniu od kilku innych z tej płyty, które zrozumiałem już w większej części). Dopiero teraz szukając tekstu - bo dzięki uroczo ciężkiemu leningradzkiemu akcentowi i uroczo leningradzkiej składni języka angielskiego teraz też nie wszystko zrozumiałem - zauważyłem, że była go tylko jedna zwrotka, z której połowa nie ma sensu.

Jedna z fraz, których nie zrozumiałem ani wtedy ani teraz, brzmi "She was so young, (...) She didn't wear no undearwear". Gdybym to wtedy zrozumiał ze słuchu, strasznie by mnie to zaciekawiło koincydencją, bo akurat w jednym z sąsiednich akapitów, pisanych gdy ta płyta leciała z głośnika raz za razem, wspominam wakacyjną imprezę, na której i mnie się zdarzało nie nosić bielizny. Co też, patrząc z perspektywy lat, chyba nie miało zbytnio sensu.

18:18, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA