RSS
środa, 26 grudnia 2012

Święta, Święta i piosenki świąteczne. Ostatnimi laty grane do znudzenia w centrach handlowych już od połowy listopada. I może z powodu tego natłoku niewielkiego w sumie zestawu utworów, wybieranie ulubionego z nich to rozrywka na kształt wybierania ulubionego rodzaju marznącego deszczu i zwykle polega na tym, że na liście tej najwyżej jest ta akurat melodia, której najdłużej nie słyszałem. Zresztą, poza nielicznymi wyjątkami, nie jestem nawet stanie podać autora ni tytułu właśnie lecącego w tle utworu świątecznego.

Jednym z mniej więcej dwu utworów, których autora i tytuł w miarę znam, jest ten, którego autorem jest John Lennon (ze znajomością tytułu jest u mnie gorzej, ale druga próba okazała się trafna). Kawałek ten był na jednej ze składanek z największymi przebojami Lennon'a, którą - tak się złożyło - dostałem w prezencie akurat na Boże Narodzenie jedenaście lat temu i słuchałem jej potem bez przerwy przez cały okres świąteczno-noworoczny. Byłem wtedy w dziwnym i, nie ma co ukrywać, gorszym okresie życia. Starając się nie dać opanować do końca "Syndromowi WTC", czyli nagłej eksplozji intensywności mej pełzającej wcześniej depresji, studiowałem akurat trzy kierunki studiów naraz, co zajmowało mi 54 godziny give or take one or two (studenckie, więc 45-minutowe) tygodniowo. Do tego, jak się okazało w połowie grudnia, moje zaświadczenie lekarskie o "niezdolności do ćwiczeń fizycznych ze względu na znaczną krótkowzroczność obu oczu", które zwykle zwalniało mnie z obowiązku uczęszczania na W-F, na jednym z kierunków studiów stanowiło jedynie podstawę do wymiany tych zajęć na dwie godziny zajęć rehabilitacyjnych tygodniowo. Na których to zajęciach nieobecności z całego semestru trzeba było odrobić, skutkiem czego miast zalecanych 2 godzin rehabilitacji tygodniowo odbywałem ich nawet około 12-15.

Równocześnie nie rezygnowałem ze swego hobby, bywając na trzygodzinnych treningach trzy razy w tygodniu. Zdarzało mi się też zachodzić do barów, samemu bądź z przyjaciółmi, a w wolnych chwilach złorzeczyć na swą niewystarczająco dużą produktywność twórczą i próbować "coś z tym fantem zrobić".

A gdy już wracałem w piątkowe popołudnie, po ciężkim tygodniu i ostatnim treningu do domu, gdzie mógłbym odpocząć, odespać niedospane noce, dać się organizmowi zregenerować - siadałem przed komputerem i odpalałem jakąś grę. I nagle z piątkowego popołudnia robił się niedzielny wieczór, a ja miałem za sobą dwie niedospane noce spędzone nad grą, a przed sobą stos zaległych zadań domowych, które w tygodniu zostawiałem sobie na weekend, gdy będzie chwila czasu. Robiłem, co było niezbędne (czyli to, co zadane było na poniedziałek) i od 8:00 w poniedziałek rehabilitacją cykl zaczynał się powtarzać.

I wtedy nadeszły Święta, dostałem tę płytę i włożywszy ją do odtwarzacza CD w komputerze nacisnąłem "PLAY", uruchomiłem grę "Master of Magic" (klon Cywilizacji w świecie pełnym magii z opcją rozgrywania bitew), bez dźwięku (więc się nie gryzły odgłosy) i...

I nagle się okazało, że przeszedłem tą grę już z pięć razy, grając każdym rodzajem magii, wygrywając na wiele różnych sposobów. Że minęło kilka dobrych dni i nocy, podczas których odchodziłem od komputera tylko na posiłki i do toalety, spędzając przed nim po 16-18 godzin na dobę. I że potrafię zanucić teksty wszystkich utworów John'a Lennon'a wybranych do płyty, która cały ten czas leciała w tle, bo się z tym moim przeżyciem świąt, ówczesnej depresji i komputera nie gryzła. I że znów jutro zaczyna się codzienny kocioł, a ja jestem jeszcze bardziej niewyspany niż byłem przed przerwą świąteczną...

I tak mi się ten jeden z nielicznych znanych mi lepiej utworów świątecznych w pamięci zakonotował. Na tyle, że po dziś dzień granie w "Master of Magic" bez tej płyty lecącej w tle wydaje mi się niepełnym doświadczeniem, a słysząc te utwory przed oczami widzę mapę obu sfer, pola bitew i plansze rozwijanych miast...

 

(Drugim utworem jest, rzecz jasna, "Last Christmas" George'a Micheal'a, znanego wtedy jako Wham! Jestem na tyle stary, że mogę spokojnie powiedzieć, że przez wiele lat mimowolnego słuchania tego kawałka przekonany byłem, że słowa "last Christmas I gave you my heart" skierowane były do kobiety...)

 

PS. Zamiast teledysku z Youtube'a, tym razem podlinkowana jest sama muzyka z innego serwisu. Uczyniłem tak, bo po obejrzeniu oficjalnego teledysku naszło mnie wiele przemyśleń mocno nieświątecznych.

16:17, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 grudnia 2012

Długo się zbierałem do opisania kolejnego utworu. Wpierw cyzelowałem jeden wpis, ale tyczył on kawałka wybitnie wrześniowego, a nim zdążyłem go odpowiednio wygładzić - things have changed i wrzesień zdążył się skończyć. Potem chciałem opisać, czego słuchałem we wrześniu w tym roku, ale pełen wpis wymagał głębszego background reading, na które wciąż nie znalazłem czasu ni weny. A potem, jak to zwykle bywa, narosło mi kolejnych pomysłów i nie mogłem zdecydować, od którego zacząć.

I wtedy przypomniało mi się, że skoro jutro koniec świata, to dziś mamy Eve of Destruction. A utwór o tym tytule jest mi znany doskonale z trzypłytowej składanki "Children od the Revolution", wydanej w 1991 roku, którą kupił sobie mój ojciec i od którego ją "pożyczyłem" w okolicy przełomu lat 1993/1994 i której słuchałem potem niemal nieprzerwanie przez kilka miesięcy (a potem przez kolejnych kilkadziesiąt nadal regularnie do niej wracałem).

Akurat skończyło się wtedy me zainteresowanie heavy metal'em i uciekałem od tego brzmienia. Jeszcze w '93 i '94 kupowałem kolejne kasety "Annihilator"-a i wciąż czekałem na kolejny album Metalliki (ostatecznie się nie doczekałem), aż tu nagle wsiąkłem w muzykę lat 70-tych, a raczej jej niewielki wybór, w owe pięćdziesiąt utworów na tej wspomnianej składance.

Czegóż tam nie było! Był "Born To Be Wild" zespołu Steppenwolf, którego nazwą zaintrygowany dotarłem do Hesse'go i przeczytawszy większość jego dzieł, stałem się jego wielkim fanem (oto przykład, jak muzyka dość popularna może skłonić człowieka do zagłębienia się w bardziej wymagającej lekturze). Był "Taniec z Szablami" w wykonaniu "Love Sculpture" na gitary elektryczne. Była "The Ballad Of Easy Rider", "Witch Queen Of New Orleans", byli Beach Boysi, Deep Purple, The Animals, Jimi Hendrix i nawet Cher się załapała. Zwykle słuchałem dwu pierwszych płyt z trójpaku, trzecią, bogatszą w wolniejsze utwory, omijając. "The Eve of Destruction" znajdowało się na płycie numer 1, a więc potrafiło lecieć po kilka razy dziennie.

Były to też czasy, gdy gry komputerowe na PC nie obfitowały jeszcze w wybitną muzykę, czy efekty dźwiękowe. Grając więc, a potrafiłem spędzić tak długie godziny, można było spokojnie je wyłączyć całkowicie, nie tracąc jakości rozgrywki lub jednego z kanałów informacyjnych i puścić sobie własną muzykę. Z której to opcji chętnie korzystałem.

Spodobał mi nad wyraz się już od pierwszego przesłuchania utworu, i podoba mi się do dziś,  fragment tekstu: "My blood's so mad, feels like coagulating, I'm sitting here, just contemplating". Tekst reszty utworu też poznałem na pamięć, ale ten fragment tkwi w niej nadal i wyskakiwał czasem przy sprzyjających okazjach jeszcze całkiem niedawno.

Co do reszty tekstu, a raczej jego przesłania, to rzec muszę, wbrew komentarzom w niektórych home-made teledyskach do tego utworu, że jednak sytuacja geopolityczna się przez te niemal pół wieku (47 lat) poprawiła. Nie odliczamy już minut na nuklearnym zegarze i nawet jeżeli świat wciąż roi się od konfliktów, niewielka jest szansa, by doszło do globalnego konfliktu. Przynajmniej jutro.

Chyba, że źle patrzę i Majowie mieli rację.

22:30, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA