RSS
sobota, 21 lutego 2015

Gdy myślałem o założeniu tego bloga, chciałem poza piosenkami z mej przeszłości umieszczać też utwory, które usłyszałem teraz, czasami nawet dzisiaj. Pamiętam, jak myśli takowe przechodziły przez mą głowę, kiedy to przemierzając Polskę wzdłuż późnym wieczorem jesienią 2011 roku w losowo wybranej stacji radiowej (pewnie była to Trójka) usłyszałem "Riot in Lagos", uzupełniony o dłuższą opowieść o jego znaczeniu w historii muzyki. Tak mi ten utwór przypadł do gustu, że postanowiłem wtedy, że wpis o nim będzie trzecim na blogu. Nie był. Jest za to sto siedemnastym.

Co zauroczyło mnie w utworze? Zapewne rytm, a raczej rytmika, ale też i prosta powtarzająca się sekwencja dźwięków (bo termin "przewodni motyw muzyczny" jest tu chyba nieco na wyrost) o orientalnych częstotliwościach. Jest w tym utworze coś hipnotyzującego, coś w sam raz na prowadzenie samochodu w wilgotny listopadowy wieczór, wpatrując się w nieznaną drogę i światła ciężarówki przed sobą, ale też - zdaniem fanów muzyki tanecznej - coś w sam raz do wyjścia na parkiet. I na pewno jest w nim coś, co sprawia, że jest wart zapamiętania.

Bo mimo, że od owego usłyszenia go w radiu minęły przeszło cztery lata, wciąż o nim pamiętam. I raz na ruski rok (co w przybliżeniu przekłada się na dwa nasze lata) go sobie przesłuchuję dla przypomnienia i ponapawania się tymi dźwiękami. I wciąż mnie one w swej oryginalnej melodyce urzekają, choć muzyka elektroniczna czy taneczna nijak nie leżą w zakresie mych codziennych zainteresowań muzycznych. Najwyraźniej jednak dobra muzyka pozostaje dobrą muzyką niezależnie od jej gatunku.

18:11, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 lutego 2015

Niemal dokładnie dwie dekady temu, 8 stycznia 1995 roku znalazłem na jednej ze swych niepodpisanych kaset dwie wpadające mi w ucho piosenki. Ze słuchu domyśliłem się, że może być to Annihilator (po latach słuchania metalu me ucho, nawet nieco stępione muzyką lat 70-tych czy "Nirvaną Unplugged", było w stanie określić zespół po stylu grania) ze swej drugiej płyty (wtedy jeszcze nie wiedziałem, że do owego dnia wydali już w sumie cztery albumy). Annihilator pięć lat wcześniej bardzo przypadł mi do gustu i z odkryciem tych piosenek owe me upodobanie wróciło.

Słuchałem tych dwu piosenek - zatytułowanych przeze mnie "Leading up the road" oraz "Get back", od początkowych wersów refrenów - tak dużo, że niebawem byłem w stanie spisać ze słuchu cały ich tekst, by się nauczyć. To, trzeba przyznać, jest spora zaleta muzyki metalowej dla uczących się języka obcego: dopóki nie wchodzi się w te całe growle, piski i ryki, tylko zostaje przy starym, dobrym heavy-metalu, to teksty da się całkiem łatwo zrozumieć ze słuchu. Przy próbie spisania ze słuchu tekstu "Life on Mars" Davida Bowiego miałbym większe problemy.

Tymi dwoma piosenkami okazały się oczywiście "Road To Ruin" i tytułowe "Never, Neverland". Te dwie piosenki przez czas jakiś mi wystarczały, puszczane regularnie na przemian z MetallicĄ. Czasu na słuchanie muzyki za dużo bowiem nie miałem, zajmując się też regularnym oglądaniem seriali (wśród zapisanych tytułów były: "Airwolf", "Allo Allo", "Blackadder", "Monty Python's Flying Circus" i "Murphy Brown"; "The A-Team" i "MacGyvera" zaczęto puszczać dopiero na wiosnę '95) i filmów,

(zdarzało mi się też czasem oglądać Beavisa i Buttheada, mimo że nie byłem zwolennikiem ich humoru - tzn. fabuły w ich udziałem były niezłe, ale przerywające je teledyski komentowane przez parę protagonistów niezmiernie mnie drażniły, gdyż dużo bardziej rubaszny humor w nich nie trafił w mój gust; mimo tego pewnej soboty oglądałem ich program ciurkiem od 22 do 4:50 nad ranem, bo wtedy się skończył; trudno w to uwierzyć, ale działo się to zanim zacząłem zażywać narkotyki)

czytaniem książek, graniem w RPG (w tym zarówno prowadzeniem, jak i tworzeniem postaci do wszelkich systemów i światów, które prowadzili lub prowadzić mogli koledzy; większością stworzonych wtedy postaci nie zagrałem ani razu, kilkoma następnymi - ledwie raz) oraz graniem w gry komputerowe (na dzielni rządził Snooker, w szkole Tank Wars, a u kolegów z klasy graliśmy w wymagające już VGA Little Devil, Warcraft, Warlords 2Colonization i Space Quest II; w domu zaś grałem wciąż na C-64 - raz zagrałem mecz koszykówki w Double Dribble, ustawiając długość kwarty na 30 minut; przegrałem 466:160). Te dwie piosenki musiały się wpasować gdzieś między te aktywności. Zwłaszcza, że wolny czas zżerało mi też chodzenie do szkoły, a czasem nawet odrabianie prac domowych.

Z nich dwu bardziej przez te lata wspominałem "Road To Ruin", zwłaszcza odkąd zrobiłem prawo jazdy. W nigdy niezrealizowanym planie nagrania sobie różnych składanek audio na różne rodzaje tras i dróg, ta piosenka - wraz m.in. z "Highway To Hell" - byłaby na płycie podpisanej "autostrady". Tymczasem jednak trafiła tu.

23:18, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 lutego 2015

Dłuższą chwilę się zastanawiałem, jakim utworem zacząć mój komentarz do odcinka audycji red. Manna i ɺed. Gacek z 20 stycznia br. poświęconego ogólnie pojętemu Kosmosowi. Ostatecznie postanowiłem zacząć od utworu, który temat od razu całkowicie wypełnia, bo jest to piosenka o kosmosie z największą i najdokładniejszą (no, jak na rok 1983, bo z niego pochodzi) o nim wiedzą zawartą w jakimkolwiek znanym mi tekście piosenki. Chodzi oczywiście o "The Galaxy Song" w wykonaniu Monty Pythonów (a właściwie Erica Idle'a), z której można się dowiedzieć, z jaką prędkością obraca się Ziemia ("900 miles an hour"), z jaką okrąża ona Słońce ("19 miles a second") i z jaką razem okrążają centrum Drogi Mlecznej ("40,000 miles an hour") oraz jakie są wymiary naszej Galaktyki (100,000 mil / 16,000 mil / 3,000 mil) czy prędkość światła w imperialnym jednostkach ("12 million miles a minute") (kiedyś zetknąłem się z prawem Murphy'ego mówiącym o tym, że wartości zawsze będą podawane w najmniej użytecznych jednostkach - na przykład prędkość w furlongach na fortnight'y; mile na minuty są blisko tego ekstremum). Piosenka tak o kosmosie, że się bardziej nie da - i z dobrą radą na zakończenie.

Drugim z utworów, którym otworzyć chciałem odcinek był utwór otwierający tego bloga - "The Final Coundown" Europe, bo jest w nim wzmianka o wyprawie na Wenus. Ostatecznie stwierdziłem, że to za mało, a zamiast Wenus jako mężczyzna skierowałem się w stronę Marsa. On to bowiem występuje w tytule piosenki Davida Bowiego i serialu, który oglądałem / oglądam. Osłuchałem się więc z tą piosenką ostatnio niemało i na miejscu pojawiła się w mej głowie, choć po przeczytaniu tekstu stwierdzić muszę, że poza tytułem niewiele ma z kosmosem wspólnego.

Pozostając w temacie Davida Bowiego: nie cierpiałem go jako dziecko. Nawet nie dlatego, żebym nie lubił jakiegoś jego utworu, bo to by wymagało, bym jakiś w ogóle świadomie usłyszał. Po prostu byłem "metalem" i jako takowy z definicji nie cierpiałem skinów, Davida Bowiego i Depeche Mode. Muzyki tej pierwszej subkultury wciąż jeszcze nie zgłębiłem, ale kilkukrotnie już pozytywnie zaskoczony byłem utworami dwu pozostałych na liście wykonawców. W przypadku Bowie'go pierwsze zaskoczenie przeżyłem usłyszawszy, że wykonywany przez Nirvanę na koncercie MTV Unplugged utwór "The Man Who Sold The World" to cover utworu Bowiego, a kolejne - gdy zobaczyłem teledysk Chrisa Hadfielda do utworu "Space Oddity". Nie dość, że utwór ciekawy i wpadający w ucho, to jeszcze teledysk tak kosmiczny, że bardziej się nie da:

Skoro temat kosmosu jako takiego wyczerpałem już pierwszą piosenką, czas na kosmiczne rzeczy i osoby, jak na przykład kosmiczna dziewczyna Jamiroquai'a. "Cosmic Girl", która musi pochodzić z innej galaktyki, to jeden z trzech czy czterech utworów tej formacji jakie słyszałem. Ale że blisko dwie dekady temu promowało go MTV, słyszałem je na tyle często, że zapamiętałem je wyraźnie. Zwłaszcza, że były sympatyczne muzycznie i spodobała mi się postać lidera, Jay Kay'a (dla którego teledysk do "Cosmic Girl" był jedynym, w którym występował bez zdumiewającego nakrycia głowy) i jego scenicznych ruchów. Oglądając te teledyski stwierdzić mogłem, że jak będę duży, to będę taki jak on. I ostatecznie w wieku lat 27 byłem: ruchy sceniczne miałem niegorsze, a nakrycia głowy czasem jeszcze bardziej wymyślne. 

PS. Wiedziałem, że o czymś zapomniałem. Skoro była kosmiczna dziewczyna, czas na mężczyznę z przestrzeni kosmicznej, bo tak chyba najlepiej przetłumaczyć tytuł "Spaceman". Utwór ten niemal dwie dekady temu wpierw pojawił się we fragmencie w efektownej reklamie dżinsów, a parę tygodni później pojawił się w całości w MTV. Pamiętam, że po reklamie spodziewałem się całości w nieco innym brzmieniu i byłem rozczarowany utworem. Potem się jakoś oswoiłem, choć wciąż wolę sam motyw z reklamy, występujący na początku i końcu teledysku:

Kolejny wybór do listy zasugerowała mi Nieuczesana. Faktycznie, utwór "Droga do gwiazd" promujące wynajem statków kosmicznych u sióstr Cassate jak najbardziej wspomina o kosmosie, który dzięki siostrom nagle stał się mały. Tak samo o kosmosie i Panie Kleksie w nim opowiada cały film, zawierający tą scenę i piosenkę. W latach 80-tych był to dla młodzieży must-see i choć ze względu na chorobę ominąłem klasową wycieczkę na niego do kina, widziałem go czas jakiś później w telewizji, bo podobnie jak "Podróże Pana Kleksa" powtarzany był częściej niż obecnie "Sami swoi" i "Kevin sam w domu". Więc i ta piosenka obiła się o me uszy gdzieś tak z ćwierć wieku temu:

Po przygodach Pana Kleksa przez chwilę myślałem też o innym dziecięcym hicie, ale ostatecznie postanowiłem wątku nie ciągnąć. A temat piosenek o ogólnie pojętym Kosmosie zakończę utworem już w tym cyklu wspominanym. Przez 4 minuty i 33 sekundy ukazuje on, jak wszystkie pozostałe piosenki brzmieć będą w przestrzeni kosmicznej. Jak mawia chińskie przyslowie - "W próżni nikt nie usłyszy twojego krzyku":

Tagi: Mann&Gacek
23:15, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA