RSS
wtorek, 25 lutego 2014

Długo się zastanawiałem nad listą utworów w modnym ostatnio temacie "dżenderu". Przez chwilę sądziłem, że może temat ten poruszył Micheal Jackson w swym utworze "Black Or White" (z udziałem młodego polsatowskiego Kevina) skoro robiące dwie dekady temu nie lada wrażenie CGI na koniec teledysku ukazywało zmieniające się twarze mężczyzn i kobiet śpiewających refren. Dokładniejsze przestudiowanie tekstu uświadomiło mi, że tekst tak bardzo wypełniony jest ideą równości ras, że na równość płci miejsca już nie starczyło. Potem przypomniało mi się "I Want To Break Free" Queen i Freddie Mercury w roli desperate housewife, które jednak w warstwie tekstu też tematu nie porusza.

I wtedy stwierdziłem, że nic nie będzie lepiej pasowało o odcinku o gender, "tożsamości płciowej – sumy cech osobowości, zachowań, stereotypów i ról płciowych przyjmowanych przez kobiety i mężczyzn w ramach danej kultury w drodze socjalizacji" [cytat za Wikipedią], jak przykłady powyższego płciowego przypisania przełamania.

Na zespół Dehydated natrafiłem w sieci przypadkiem, szukając tej właśnie frazy. Ujrzałem powyższy teledysk i się zdumiałem, że kobieta może tak uroczo growlować. Przez chwilę aż upewniałem się, czy to faktycznie aby kobieta (na teledysku pełnym headbangujących długowłosych postaci ustalenie płci może być trudne na pierwszy rzut oka), ale owszem, to kobieta, Irina Sidenko. Jej to właśnie głos, godny Behemota na kacu, uświadomił mi, że growl niekoniecznie musi być domeną mężczyzn.

O polskim sopraniście, Dariusz Pawłowskim, przeczytałem w dodatku do "Gazety Wyborczej" gdzieś z półtorej dekady temu. Był tam o nim dość obszerny artykuł, opisujący specyfikę specjalizacji, problemy z repertuarem i notoryczne pytania od widowni, czy z takim głosem aby nie jest kastratem. Otóż nie jest (a przynajmniej wtedy nie był), a sopran wydobywający się z ust brodatego mężczyzny, jak przedstawia go powyższa okładka płyty, musi być dla niezorientowanego słuchacza równie nie na miejscu co charkot Iriny Sidenko. A to przecież tylko uprzedzenie, wynikające z konserwatywnego podejścia do "sposobu zachowania, oczekiwanych funkcji w ramach społeczeństwa" [cytat za Wikipedią]. Jak widać, a raczej słychać, w przypadku muzyki spokojnie można wyjść ze swej, opisanej przez stereotypy płciowe, roli i nadal odnieść sukces, brzmiąc fascynująco dla słuchacza. Nie wydaje mi się, by tyczyła się ta prawidłowość tylko muzyki.

Tagi: Mann&Gacek
11:20, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 lutego 2014

Listy fikcyjnych wykonawców nie sposób zacząć inaczej niż od kultowego zespołu "Spinal Tap". Usłyszałem o nich w czasach dawnych, gdy jeszcze byłem telewidzem, a telewizja publiczna puściła fild dokumentalny o nich, zatytułowany "Oto Spinal Tap". Jak to zwykle bywało, trafiłem na niego przypadkiem, więc nie widziałem historii samych początków ich kariery, jednak te fragmenty, które widziałem wystarczyły, bym nazwę tą od jakichś piętnastu lat wciąż miał w pamięci. Poza perturbacjami z ulegającymi samozapłonowi perkusistami, czy wspaniałym cytatem "I used to say 'sex, drugs, and rock and roll.' As long as there's sex and drugs, I can do without rock and roll.", ważną wszak cechą zespołu było to, że mógł intensywność swej muzyki "turn up to 11", bo miał do tego odpowiedni sprzęt

Kolejnym fikcyjnym zespołem, o którym dowiedziałem się lata temu ujrzawszy w telewizji dedykowane im mockumentary, byli The Rutles, czyli parodystyczne podejście do Beatelsów według (m.in.) jednego z Monty Python'ów, Erica Idle. Niestety, tuż po obejrzeniu filmu uznałem, że to kolejny dowód na to, że Pythoni naprawdę zabawni byli w grupie, a ich solowe projekty już niekoniecznie śmieszą. Nawiązania były zbyt oczywiste i przez to w większości (może poza tym, że byli "bigger than Rod (Stewart)") niezbyt śmieszne, jakby ciągnięte na siłę. Niemniej jednak sam zespół się w temat wpasowuje doskonale.

Kolejny znany z filmu zespół również lata temu podbił moje serce: to Blues Brothers, którzy powstali na potrzebę "Saturday Night Live" i zrobili taką furorę, że doczekali się, nad wyraz dobrego i zabawnego, filmu o sobie. Na tym ich kariera się nie skończyła: w oryginalnym składzie, jeszcze z Jake'm E. "Joliet" Bluesem, wydali pięć płyt (no, trzy płyty i dwie kompilacje "the best of"). Jedną z nich, ścieżkę dźwiękową z filmu, kupiłem w połowie lat 90-tych w Polsce, dwie pozostałe ("Briefcase Full of Blues" i "Made in America") udało mi się dostać piętnaście lat temu podczas wizyty w San Marino; jak się okazuje, kraik ten miał do zaoferowania polskiemu turyście coś poza tanim alkoholem. Przez chwilę myślałem, by umieścić tu któryś z mniej znanych utworów, niewystępujący w filmie (np. "Groove Me", "Flip, Flop & Fly", czy dużo bardzie depresyjny "Shotgun Blues"), ale tym utworem z ich twórczości, który niezmiennie najbardziej mnie porusza, a w dobrych chwilach życia dodaje energii, jest "Everybody Needs Somebody To Love".

I na tym bym zakończył dzisiejszą listę, nie mogąc w odmętach Internetu odnaleźć żadnego występu Tony'ego Parkera, wyimaginowanego przyjaciela wspomnianego już tu Andy Kaufmana, gdyby Nieuczesana na przypomniała mi o Milli Vanilli, fikcyjnym zespole przez kilka lat uchodzącym za prawdziwy. Nigdy nie słuchałem MV, ale nie oznacza to, że ich nie słyszałem. Gdy puściłem sobie poniższy kawałek, refren okazał się wypłynąć z zakamarków pamięci. Po Milli Vanilli było i wiele innych "fałszywych" zespołów i artystów, za dużo by wszystkie tu wymienić, ale to im się należy chyba palma pierwszeństwa w odkryciu fikcyjności wykonawcy:

Tagi: Mann&Gacek
09:19, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 lutego 2014

Lista przebojów z dnia 14 lutego 1989 rok, godz. 10:03

legenda do listy przebojów nr 13

W trzynastej edycji po raz pierwszy poza nazwami zespołów pojawiły się tytuły piosenek, płyt lub inne nazwy, ułatwiające po ćwierćwieczu zorientowanie się, co dokładnie mi się podobało. Tak więc bez zbędnego wstępu (bo większość tych utworów już na liści była) po kolei:

1. Metallica, utwór "Helpless" (opis już był)

2. Kreator, utwór "No Escape"

Wbrew temu, co pisałem wcześniej, zajmujący drugie miejsce na liście utwór nie pochodzi z płyty "Pleasure to Kill", wydanej pod koniec 1986 roku, lecz o rok późniejszej "Terrible Certainity". Co, prawdę mówiąc, niewiele zmienia w stylu grania kapeli:

3. Helloween, album "Keeper of the Seven Keys, Part 1" (opis już był)

4. Guns'n'Roses, utwór "Welcome to the Jungle" (opis już był)

5. King Diamond, utwór "No presents for Christmas" (opis już był)

6. Kingdom Come, występ "Monsters of Rock"

A więc jednak nie kawałek z debiutanckiej płyty zatytułowanej nazwą zespołu, jak wcześniej pisałem, ale nagrany na kasecie video występ w ramach "North American Monsters of Rock tour (1988)" mnie zauroczył. Poniżej fragment z dokumentu o tym tour tyczący właśnie zespołu Kingdom Come, skądinąd sam z siebie uroczy.

7. Anthrax, utwór "Indians" (opis już był)

8. Judas Priest, utwór "??? Binou ??? " (opis chyba już był)

Pewnym niedociągnięciem w zapisie utworów, które mi się spodobały, jest moja ówczesna nieznajomość angielskiego. Ponieważ żaden utwór Judas Priest nie nosi tytułu "Binou", nazwa ta pochodzi zapewne od powtarzanej w refrenie frazy. Po przejrzeniu tekstów zespołu, do schematu (fraza lub jej część dwusylabowa; samogłoska "o" w drugiej sylabie; reszta danym może być błędna) do wzorca nazwy pasują "(I'm Your) Turbo Lover" ("Bi nou turbo lowa" w refrenie) i "Don't Go" ("Bin ou"). Ponieważ pierwszy z nich już był prezentowany, czas na drugi, pochodzący z siódmego albumu zespołu, "Point of Entry", z 1981 roku:

9. Running Wild, utwór "Commando Black"

Ponownie sam sobie zabiłem ćwieka: Running Wild nie nagrało żadnego utworu ni albumu o tytule "Commando Black". Nawet same słowo "commando" nie występuje w tytułach, a słowo "black" występuje na tyle rzadko, że nie sposób żadnego z tytułów z nim utożsamić z powyższym. Przez chwilę pomyślałem, że może słuchałem wtedy innego zespołu, myśląc, że to Biegająca Dzicz - ale żadnego takiego nie znalazłem w odmętach sieci. Nie mogąc więc znaleźć dokładnie ulubionego utworu, coś z zupełnie innej beczki - utwór dla miłośników Sagi Lodu i Ognia, "Fire & Ice":

10. Bon Jovi, "Born to Be My Baby" (opis już był; sam utwór też)

A na koniec utwór okolicznościowo walentynkowy. Dodać jeszcze mogę, że w czasie tworzenia tej listy, utwór ten okupował (przez 6 tygodni, od 14 stycznia do 18 lutego) pierwsze miejsce Listy Przebojów Programu Trzeciego. U mnie tak wysokiej lokaty się nigdy nie dorobił.

 
1 , 2 , 3

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA