RSS
wtorek, 26 stycznia 2016

Trzeci, czy czwarty poniedziałek stycznia - tak czy owak Blue Monday, najbardziej depresyjny dzień roku, mamy już za sobą. W związku z tym dziś dopisek do tematu audycji mej ulubionej pary redaktorów prowadzących z 12 stycznia br., czyli sprzed dwóch tygodni - "Piosenki wesołe". Lista będzie długa, bo choć zdarzają mi się molowe wariacje, to zwykle bywam w nastroju durowym i preferuję właśnie piosenki wesołe, mam ich więc w głowie niemałą kolekcję. Audycja nadawana bywa popołudniu (od 15:07, plus minus minuta), ja ten wpis wrzucam z rana, co pozwala mi listę zacząć od piosenki "Good Morning" z musicalu "Deszczowa Piosenka". Co, zważywszy na typową dla stycznia ery globalnego ocieplenia pogodę, nad wyraz pasuje.

Musical "Singing in the Rain" jest zresztą przepełniony wesołymi i - w odróżnieniu od tytułowej - mało znanymi piosenkami. Jeszcze bardziej wesoły i z nad wyraz wesołym podkładem wizualnymi jest utwór Cosmo Browna (granego przez Donalda O'Connora) "Make 'em Laugh". Zaiste, potrafi skłonić do śmiechu - a jeżeli nie, to chyba tylko przez zachwyt dla kaskaderskich zdolności aktora:

Utworem, który przez długie lata sobie nuciłem, gdy nastrój miewałem hipomaniakalny, była "Szinta" zespołu Trawnik. Trawnik nagrał wiele żwawych i wesołych utworów, ale ten - poza prezentowaną tu już "Joanną" najbardziej zapadł mi w pamięć. I od czasu, gdy poznałem go z 15 lat temu, przez kilka kolejnych lat nuciłem go sobie, a zwłaszcza refren, regularnie, gdy nie obchodziło mnie co będzie - byle ładny był dzień. Czasem jedynie wymieniałem słowo "tytoń" w utworze, bo - tak się składa - jestem na niego uczulony.

W tamtych czasach poznałem też jeden z nielicznych znanych mi utworów T.Love - "Stokrotka". Zdarzało się, że te dwa utwory leciały z mych głośników naprzemiennie, bo choć w tym drugim mniej mowa jest o wesołości, to sama melodia jest wesoła, a mnie się wtedy miło kojarzyła - zwłaszcza parę lat później, gdy zauroczyłem się przelotnie dziewczyną o takiej ksywie. Nie wiem, na ile jest ona reprezentatywna dla twórczości zespołu T.Love, ale wiem, że jest wesoła.

Phila Collinsa kojarzę przede wszystkim jako wokalistę i frontmana Genesis, a Genesis kojarzę przede wszystkim z płyty "We can't dance". Nic więc dziwnego, że po sukcesie medialnym "Jesus He Knows Me" i "I can't dance" wydawały mi się śpiewane przez niego piosenki wesołe. Przeżyłem więc niemały szok, gdy na półce z płytami w rodzinnym domu odkryłem jego album "...But seriously" i go przesłuchałem. Przypuszczam, że kolejny raz zdobędę się na to, gdy będę chciał popełnić samobójstwo, tak dołujące były to kawałki. Jednak w '97 ujrzałem jego kolejną płytę, o jaskrawo pomarańczowej okładce i reklamowaną wesołym utworem "Dance Into The Light". Kupiłem ją niezwłocznie - co Czarna-Biała skomentowała, że najwyraźniej jestem już w średnim wieku, skoro słucham Phila Collinsa - i licząc na wesołą płytę natychmiast przesłuchałem. Jak na Phila Collinsa była to nad wyraz wesoła płyta - optymistyczne były aż trzy kawałki: "Wear My Hat" już tu prezentowałem, "The Times They Are A-Changin'" było coverem Dylana, teraz więc pora na utwór tytułowy. Pozostałe dziesięć utworów tu nijak nie pasuje.

Kupiona przeze mnie w czerwcu 2000 roku i słuchana przez kilka kolejnych lat kaseta "The Secret Language of Birds" Iana Andersona, wokalisty i frontmana Jethro Tull pełna jest wesołych utworów. Lub przynajmniej tak mi się kojarzy, może przez wstawki fletowe charakterystyczne dla artysty, może dlatego, że towarzyszyła mi na całkiem miło po latach wspominanej wakacyjnej wycieczce po byłej Jugosławii w 2001 roku. Najbardziej wesoło kojarzy mi się utwór "Habanero Reel". Prezentowałem go już tu co prawda, ale nie szkodzi - jest na tyle miły dla ucha, że mogę zrobić to powtórnie.

Za parę miesięcy miną dwie dekady odkąd poznałem dokładnie jedną płytę Dire Straits. Płytą tą było "Brothers in Arms", a trzeci utwór na niej zwał się "Walk of Life". Niczym Johnny chodziłem i śpiewałem ten kawałek z cyklu "oldies goldies" (album i utwór ten miały wtedy ponad 10 lat) w radosnym nastroju, gdy "I got the action, I got the motion". Nie wiem, czy robiłem wtedy "walk of life", ale na pewno śpiewałem zwrotki tej piosenki z uśmiechem na ustach. Czego wszystkim życzę.

Tagi: Mann&Gacek
08:09, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 stycznia 2016

Mniej więcej dwie dekady temu, 7 stycznia 1996 roku, Telewizja Polska puściła wieczorem film "Leningrad Cowboys Go America". Jako namiętny podówczas telewidz trafiłem na niego, wcześniej tego wieczora w telewizji oglądając "The State" na MTV i finał WOŚP-u ("już IV", skomentowałem). Postanowiłem go obejrzeć, nie trafiłem na niego przypadkiem, więc byłem zafascynowany Leningradzkimi Kowbojami już od pierwszego numeru, w świecie anglojęzycznym znanego jako "Cossak Song".

Nic dziwnego, że zespół ten przypadł mi wtedy do gustu. Po pierwsze, nazwę swą brał od Leningradu, miasta do którego mam sentyment, w którym byłem pięć razy i do którego wrócić się już nie da - można oczywiście pojechać do leżącego obecnie w tym samym miejscu Sankt Petersburga, ale to już nie to samo (wiem, w Sankt Petersburgu też raz byłem). Z mych młodzieńczych podróży pamiętam przede wszystkim hotel w kształcie gigantycznego fotela, nietypowy smak czekolady, wieczorną bajkę, w której sójka i lis uczyły, że patelni na gazie nie należy stawiać rączką wystającą poza krawędź kuchenki (treść i przesłanie bajki pojąłem natychmiast i doskonale przyswoiłem - dość powiedzieć, że w życiu ani razu tak nie postawiłem patelni - mimo absolutnego braku znajomości języka rosyjskiego; albo znaczy to, że zdumiewający jest umysł dziecka, albo bajka była tak dobra, że i bez języka dało się pojąć jej przesłanie) i muzeum z wypchanymi pingwinami, ale sentyment do miasta mi pozostał po tych wyprawach niemały. Nie zdołała go nawet osłabić wizyta w Sankt Petersburgu w maju '92 roku.

Po drugie, filmowe - a więc i zespołowe - poczucie humoru było akuratnie absurdalne. Dowcip z trupem, którego się chce pochować i czyni się w tym kierunku wiele wysiłku, a on w ramach puenty ożywa, gdyż "kliniczna jego śmierć" okazuje się być jedynie skutkiem nadużycia alkoholu jest mocno oklepany (dość powiedzieć, że dowcip taki opowiadał Marcin Daniec), ale to jego wykonanie jako jedyne było zabawne, bo stanowiło do reszty fabuły dodatek, a nie jej clue. Piszę "jako jedyne", choć nie widziałem jeszcze polskiej komedii "Ciało", bo to jest polska komedia powstała po 1989 roku, więc chyba mogę tak powiedzieć i bez jej oglądania.

Po trzecie, zespół ten czynił to samo, co inny mój ulubieniec - Weird Al Yankovic, czyli śpiewał cover'y twórczo przerobione i grał polki. Tekstów Kowboje nie przerabiali, ale nie musieli - jak się słyszy i widzi "Born To Be Wild" w wykonaniu na m.in. dwie tuby i akordeon, to tekst wystarcza oryginalny.

Leningrad Cowboys mieli za to nad Weird Al'em dwie przewagi - po pierwsze bezbłędną stylówę w postaci charakterystycznych spiczastych fryzur i takich samych butów. Po drugie - choć o tym dowiedziałem się dopiero kilka lat później - grali koncerty wraz z Chórem Armii Czerwonej. Moim skromnym zdaniem ten duet wykonujący "Yellow Submarine" jest najwspanialszym ich osiągnięciem i na pewno swego czasu poświęcę mu osobny wpis.

Nawet i bez wsparcia armii, Kowboje dawali radę. Na tyle mnie wówczas zafascynowali, że jedną z pierwszych płyt CD, którą parę miesięcy później kupiłem, było właśnie ichnie "We Cum From Brooklyn". Choć wtedy przez kilka lat dość regularnie zwiedzałem sklepy muzyczne w poszukiwaniu ciekawostek, ta płyta była jedyną dostępną z ich dyskografii, w jednym jedynym, nieistniejącym już, sklepie muzycznym, wyłącznie na płycie CD, dostępnej w liczbie sztuk 1. Stwierdziłem, że zbyt wielkim błędem byłoby taką okazję przegapić i faktycznie, pewnie by było, tak jak było błędem nie kupienie kilka kolejnych lat później widzianej raz jeden jedyny w całej aglomeracji w EMPiKu płyty CD "Running with Scissors" Weird Al'a Yankovic'a. Przypuszczam jednak, że nawet gdybym jej nie kupił, moja fascynacja zespołem byłaby równie wielka, jak była i jest po jej kupieniu - jednak nie znałbym dokładnie kilku ich utworów.

08:22, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 stycznia 2016

Ponoć Blue monday, najbardziej depresyjny dzień roku, dopiero za tydzień. Mój nastrój jednak nie przejął się kalendarzem i dotarł do niego z niespotykaną dla siebie energią już dziewięć dni przed czasem. Może dlatego, że wzór Cliffa Arnalla nijak do mej sytuacji nie pasuje: nie dołują mnie długi zaciągnięte na Święta, dlatego że ich nie wziąłem, bo swą zdolność kredytową niemal do cna wykorzystałem już wcześniej; nie martwią mnie zawalone postanowienia noworoczne, bo nie zdążyłem ich jeszcze zbytnio sobie zdefiniować. A jednak marna pogoda i niski poziom energii połączony z poczuciem potrzeby, by jednak wreszcie coś zrobić wystarczyły, wspomożone odczuciem życiowej stagnacji. I gdy szwendałem się dziś ulicami miast żwawo i energicznie przejechać z punktu A do punktu B pojazdem mechanicznym, zacząłem nucić sobie przychodzący regularnie mi na myśl w czasie mych dołków psychicznych utwór "A Minor Variation" Billy'ego Joela.

"Some days I have to give right in to the blues", rozpoczyna bowiem podmiot liryczny ten utwór i trudno odmówić mu racji w dzień, gdy sam "oddałem dzień bluesowi". Smutkowi i melancholii - ale nie rozpaczy. To nie jest nastrój na melodramatyczne rzucanie się pod pociąg, ale właśnie na włóczenie się noga za nogą mało ruchliwymi bocznymi uliczkami, wpatrując się w pokryte ciężkimi, szarymi chmurami niebo i "znikąd nie oczekując pomocy". Taki dzień, jak mawia mój ulubiony polski poeta Jonasz Kofta w wierszu "Blues minus", "przychodzi na każdego człowieka" i dziś przyszedł na mnie. Nie chciało mi się szarpać jak niewychowanemu ordynusowi, lecz z rezygnacją się mu poddałem.

Może to, poza składnikami wzoru Cliffa Arnalla, kwestia poczucia, że szarpanie się nic nie daje? Poczucia, że choć staram się zmienić jakoś swą sytuację, czasem nawet niemałym nakładem pracy, to ostatecznie wciąż ląduję w tej samej sytuacji i mój wpis sprzed ośmiu i pół roku pt. "Moja rzeczywistość niedoboru" wciąż jest aktualny. A choć zwolniło mi się trochę miejsca na dysku, to dla odmiany odczuwam teraz wyraźny niedobór wolnego czasu. I wciąż doskonalę swe umiejętności dysponowania resztkami i wciąż zdarza się, że rozwala mnie psychicznie myśl, że wciąż muszę ją doskonalić. ("Chciałbym kiedyś kupić sobie coś niepotrzebnego", naszła mnie chęć, gdy w czasie szwendaczki natknąłem się na ulicę ze sklepami. Wciąż bowiem sobie tego odmawiam, bo pieniądze są mi potrzebne na rzeczy, które, cóż, są mi potrzebne.)

"Despite how I try to keep fightin' / It's a sure shot I'm going to lose", śpiewa artysta, gdy ja odczuwam, że nawet jeśli się wezmę (bo wciąż mam poczucie, że powinienem, tylko sił mi brakuje), to i tak sytuacja wyglądać za czas jakiś będzie tak samo. Niektóre rzeczy najwyraźniej się nie zmieniają. Po co więc się szarpać? ("Po co?" to w takie dni doskonałe pytanie.)

I tak jak śpiewa dalej Billy Joel, "More of the same thing / Don't even hurt it's been part of the pattern". I faktycznie to odczucie nie jest bolesne jak złamane serce czy wbita drzazga. To raczej zobojętniała akceptacja stanu rzeczy. Och, za dzień lub dni parę znów uwierzę, że jestem w stanie coś zmienić, a może nawet, że przesuwać góry[citation needed]. Ale teraz, jak radzi podmiot liryczny, można usiąść i z kubkiem wina zaakceptować tę minorową wariację.

Kiedyś chciałem opisać to uczucie, gdy dopada mnie dół (co zdarzało mi się kiedyś znacznie częściej niż teraz; albo więc jest mi statystycznie lepiej, albo też "stwardniałem w swej skorupie" i nie daję się temu przejawowi emocji przebić).

"Dół – cudowne uczucie – kiedyś je dokładnie opiszę (te łaskotanie w klatce piersiowej, odczucie „guli” w przełyku, etc.)." [31.03.0]

Nie udało się, przede wszystkim, że gdy dół dopada, to trudno się zmobilizować ("po co?"). Jakkolwiek pamiętam, że wtedy pierwsze symptomy psychosomatyczne przychodziły chwilę wcześniej (kwadrans? pół godziny? godzinę? raczej nie więcej) niż całkowity brak chęci. Nie udało mi się to też teraz i nie uda mi się, bo takiego "standardowego" doła, z gulą w przełyku, nie miałem już od lat.  

Nie wiem, czy udało mi się dobrze opisać już późniejszy stan myśli podczas psychicznego dołka. Ale dość nieźle, moim zdaniem, udało się to Billy'emu Joelowi na jednej, jedynej jego płycie, którą znam. Wspominałem o niej już nieraz i nieraz jeszcze wspomnę, bo niebawem miną dwie dekady, odkąd zacząłem jej słuchać i słowa większości utworów nierzadko potem brzmiały w mej głowie, tak jak dziś zabrzmiały słowa tego. A tymczasem poczekam na wieczór, by napełnić kubek winem i porozkoszować się swą melancholią.

PS. Niestety okazuje się, że zarówno zapalenie fajki, jak i dłuższy spacer z dzieckiem znacząco utrudniają późniejsze rozkoszowanie się melancholią. Cóż, Blue monday dopiero za tydzień, mam jeszcze czas.

19:26, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA