RSS
wtorek, 20 stycznia 2015

Mego komentarza do odcinka z 6 stycznia br. poświęconego królom i królestwom nie mogłem zacząć od innego utworu. Jako pierwszy przyszedł mi bowiem na myśl teraz, tak jak przyszedłby niecałe dwie dekady temu, gdy zacząłem go słuchać. To utwór "King of the Kill" zespołu Annihilator z ich czwartej, zatytułowanej tak samo, płyty z 1994 roku. Słowa "zespołu" użyłem tu może nieco na wyrost, wokal i wszystkie gitary (w tym basową) nagrał bowiem Jeff Waters, założyciel kapeli, z której wykruszyli mu się członkowie. Dokoptował do nagrań tylko perkusistę i tak nagrał całą płytę. Temu to na powyższym teledysku większość twarzy grających jest zamazana - oni tam stoją jako tło tylko dlatego, że w jednym ujęciu Jeff Waters nie może trzymać trzech gitar. I temu też należy mu się pierwsze miejsce w dzisiejszym wyborze: JW przy takim podejściu, nie zrażając się przeciwnościami, jest dla mnie zaiste królem kanadyjskiego metalu.

Drugą moją myślą związaną z tematem była kapela "Kingdom Come". Będąc akurat pod komputerem, wysłałem mojej ulubionej parze redaktorów maila z pytaniem, czy się Annihilator bądź Kingdom Come pojawią na antenie. I, przeczytawszy treść maila, red. Mann puścił na antenie kawałek Kingdom Come "What Love Can Be". Tym samym ja czuję się z tego obowiązku zwolniony, co mnie cieszy, bo po prawdzie od lat ich nie słuchałem i kojarzę chyba tylko jeden ich kawałek, który już na blogu tym się pojawił.

Kilka chwil po maila wysłaniu przypomniałem sobie o kolejnym metalowym królewskim wykonawcy. King Diamond się zwał, starszy z braci M. miał jego zdjęcie zawieszone w swym pokoju na słomkowej macie, a ja wychwalałem jego utwór "No presents for Christmas". No to, póki zima za oknem, pora na niego:

Tercet królów dopełni utwór w zupełnie innej stylistyce muzycznej. "King of the bongo" to fraza powtarzająca się w refrenie debiutanckiego singla Manu Chao pt. "Bongo Bong". Utwór ten zdobył szaloną popularność na przełomie wieków i nie sposób było go nie poznać, tym bardziej że Manu Chao zdobył w Polsce (lub przynajmniej w gronie mych znajomych) w kolejnych latach niemałą popularność. Mnie udało się go zapamiętać o tyle bardziej, że w czasie wakacyjnej podróży po Jugosławii A.D. 2001 dość regularnie puszczał go kierowca naszego auta. Nie przeszkadzało mi to wcale, bo utwór przypadł mi od razu do gustu. I wciąż przypada.

Odbębniwszy Trzech Króli, przejdę natychmiast do królowej, a dokładniej do królowej Elżbiety I. Spośród wielu dedykowanych jej utworów wybrałem miniaturkę, trwającą ledwie minutę i dwadzieścia sekund. Wybrałem ją też dlatego, że to galiarda, a ja od lat jestem fanem galiard. Oto "The Most Sacred Queen Elizabeth, Her Galliard" John'a Dowland'a:

Pozostając w kręgu historii powrócę do królów. Jak wiadomo, by zagraniczny zespół zrobił karierę w Polsce musi w co najmniej jednym swym utworze się o niej dobrze wyrazić. Przekonał się o tym parę lat temu szwedzki "Sabaton", nagrywając kawałek o Wiźnie. Polskim słuchaczom "40 to 1" oraz "Uprising (Warszawo Warcz!)" wydać się to może niesłychane, ale zespół ten nagrał też utwory nie o Polsce. Jednym z nich jest podwójna (wydany w dwu wersjach językowych) piosenka o królu Karolu XII, rządzącym na przełomie XVII i XVIII wieku. Choć może zły jest to przykład piosenki nie o Polsce, wszak Karol XII odbywał po naszym kraju tournee w latach 1701-1706 i w jego ramach wymienił nam króla z Augusta II Mocnego na Stanisława Leszczyńskiego, tworząc przy tym powiedzenie "od Sasa do Lasa".

Wątek historyczny zamknie utwór Jacka Kaczmarskiego. Choć bez króla w tytule, utwór "Krajobraz po uczcie" opowiada wyraźnie o królu Stanisławie II Auguście Poniatowskim. Przyznam, że nigdy nie należałem do fanklubu Kaczmarskiego, zniechęcony do niego wciąż powtarzanymi lata temu "Murami", a potem wciąż wyśpiewaną przy ognisku przez znajomych "Zbroją". Gdy przeszło czternaście lat temu Niemały wyciągnął mnie na jego koncert, niemało się pozytywnie zdziwiłem jego repertuarem. I gdy miał mieć w okolicy rok później kolejny koncert, wybrałem się na niego. Niestety, był to pierwszy lub jeden z pierwszych koncertów, który odwołał ze względu na swe kłopoty z gardłem. I już go na żywo posłuchać nie miałem okazji. Słucham wyboru jego utworów dziś niemal co wieczór, bo na eklektycznej składance wieczornej Rozczochrańców jego utwory przeplatają "Bajki-Grajki". A słysząc cover tego utworu w wykonaniu Habakuka & Muńka, jeszcze bardziej doceniam jego talent: on był w stanie wyśpiewać te nietrywialne wersy melodycznie. I to do tego grając na odwróconej do góry nogami gitarze.

Na koniec dwie pieśni o królewskich rzeczach. Pierwsza to królewski dwór, a dokładniej Dwór Karmazynowego Króla, niemal tytułowy utwór King Crimson. Fanem tego zespół był swego czasu Nieogolony i to dzięki niemu zetknąłem się z twórczością Frippa i spółki. Mimo zachęty i choć jestem w stanie docenić maestrię, styl zespołu nie uczynił ze mnie jego fana. Wśród niewielu usłyszanych przeze mnie utworów był jednak też i ten, więc nie zawaham się go umieścić wśród innych królewskich piosenek.

Lista zaczęła się od utworu kapeli metalowej i tak się też skończy, a rzeczą, o której opowiada jest królewski port, "Port Royal". O porcie w klimatach metalowych śpiewać może jedynie Running Wild, a utwór ten otwiera ich czwarty, zatytułowany tak samo, album. Kasetę z tym utworem odtwarzał ćwierć wieku temu nad wyraz często w swym magnetofonie Blackfire, a ja dzięki temu osłuchałem się z nim -  i resztą albumu - dość dokładnie. Więc choć nie pada w nim ni słowo o żadnym królu (pada za to słowo o dżinie, na szczęście bez toniku), to zakończy on muzycznie dzisiejszy odcinek:

Nie zamknie jednak samej listy, do głowy przyszło mi jeszcze jedno nagranie, ze słowem "Royal" w tytule, z soundtracku filmu "Pulp Fiction". Chodzi, rzecz jasna, o dialog "Royal with Cheese" i choć nie jest to piosenka, to wsłuchiwałem się w ten tekst niemal równie mocno jak w "Ezekiel 25:17" (które wciąż jestem w stanie całe wypowiedzieć z pamięci), między wsłuchiwaniem się w "Misirlou" i w "Jungle Boogie". I poznałem na tyle dobrze, że gdy kiedyś wreszcie odwiedziłem Amsterdam, jadłem tam frytki z majonezem.

Tagi: Mann&Gacek
12:21, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 stycznia 2015

Dwie dekady temu, będąc w wieku gimnazjalnym, akurat intensywnie rozsmakowywałem się w alkoholu. Pierwsze butelki z kolegami z klasy opróżniałem już wiosną '94, ale to dopiero w ciągu i po wakacjach AD. 1994, w ciągu następnych miesięcy powoli wkraczałem w nawyk stosowania go dosyć regularnie, a na imprezach - regularnie nadmiernie. Nie piłem jednak, niczym adresat piosenki, we wtorki (nawet po obiedzie), czwartki, czy niedziele. Pijałem w środy, w ramach "kółka brydżowego", w soboty pod pretekstem turniejów brydżowych (do gry w brydża, jak wiadomo, potrzeba partnera; pijaliśmy więc we dwu z Nieogolonym) oraz na piątkowych i sobotnich imprezach. I choć wydaje się to niewiele, wpadłszy już wtedy w Matematykę dokonywałem schludnych wyliczeń ilości wypitego alkoholu, z których wynika jasno, że w ciągu półrocza udało mi się wypić około 3 litrów czystego alkoholu na głowę (dokładnie 2835ml między 1 lipca '94 a 1 stycznia '95).

Moje spożycie alkoholu w 1994 roku.

Zastanawiałem się wtedy, jak szybko przyjdzie mi zawyżać ówczesną polską średnią, wynoszącą około 11 litrów na głowę. Czy uda mi się tego już dokonać w 1995 roku, czy też będę z tym osiągnięciem czekać do osiągnięcia pełnoletności? Ostatecznie po dziś dzień tego osiągnięcia nie udało mi się chyba zdobyć, mimo od lat zaniżającej się normy.

Jako, że nie pijałem w czwartki, zapamiętałem wiele miłych i zabawnych scen z owego okresu picia pod chmurką, rzadziej pod dachem. Pamiętam, jak spisywała mnie policja 19 września 1994 roku, gdy wraz z Nieogolonym luźnym krokiem wychodziliśmy z parku z piwem wciąż w ręce, by dopić je po drodze do sklepu, bo Nieogolony śpieszył się na kolejkę, którą zwykł wracać z kółka brydżowego. Po spisaniu naszych personaliów policjant nakazał nam wyrzucić do połowy opróżnione (lub wciąż w połowie pełne) butelki do okolicznego śmietnika. Myśmy zamiast tego wyrzucili butelki opróżnione wcześniej, te zaś schowaliśmy do plecaków (do kieszeni kurtek się nie dało, wrzesień był ciepły tego roku) i próbowaliśmy opróżnić je szybko w sklepie stojąc w kolejce, by je zdać. Sprzedawczyni nas za to z tego sklepu wyrzuciła i dobrze, że nie skończyło się to ponownym spotkaniem z policyjnym patrolem.

Pamiętam, ja w sobotni grudniowy poranek (3 grudnia 1994, ok. 9-10 rano), podczas "turnieju brydżowego", zaopatrzyliśmy się w kilka butelek i po kwadransie poszukiwań znaleźliśmy ustronną ławeczkę w zamglonej okolicy. Z upływem czasu i piwa mgła się rozwiewała i przeżyłem niemały szok wstając po wypiciu piwa z ławki, by wyrównać poziom płynu w organizmie: za naszymi plecami, nie dalej jak 30 metrów, z mgły wynurzył się wieżowiec: przeszło godzinę piliśmy wprost na oczach całego bloku.

Pamiętam "Kaszubska Tonic Water" i picie w pociągu dalekobieżnym z zapoznanymi policjantami. Pamiętam, niestety, wciąż smak ciepłej wódki "Baczewski" zapijanej ohydnym sokiem w parku. Pamiętam równie ohydne ciepłe piwo "Heweliusz", pite chyłkiem i "na szybcika" pod tarasem na zapleczu sklepu spożywczego w deszczowe popołudnie 14 listopada '94. Pamiętam nad wyraz paskudny smak ciepłego dżinu zmieszanego z wygazowanym tonikiem, bez żadnej kostki lodu ni plasterka cytryny pitego na moje 16 urodziny w turystycznym barze. Nie pamiętam jedynie smaku rumu z colą, który ponoć piłem jako następny i to od następującego po tej degustacji poranka. Ale może to i lepiej, zważywszy okoliczności - do dżinu z tonikiem uraz mam do dziś.

Pamiętam, jak barmanka w nieistniejącym już barze "Sternik" stwierdziła, że nie może nam, nieletnim, sprzedać piwa, ale może nam sprzedać jedno piwo i jedno "Karmi" i jak to sobie sami wymieszamy, to będziemy tę miksturę mogli pić legalnie pod dachem. Pamiętam sprzedawczynię w nieistniejącym już sklepie z alkoholem, która ostrzegała nas pierwszego dnia wiosny przed grasującymi patrolami policji. 

Pamiętam rekolekcje AD. 1995, kiedy to z Nieogolonym degustowaliśmy tanie wina, po dwa każdego dnia rekolekcji. Dokonywaliśmy ich fachowej analizy, określając ich jakość gwiazdkami, jak jakość koniaków, tylko by zyskać daną ilość gwiazdek, trunek miast lat, musiał leżakować pewną ilość dni. Miano "V.S.O.P." zyskiwał, jeśli dobrze pamiętam, po 90 dniach od daty produkcji, na trzy gwiazdki wystarczało 60. Raz spróbowaliśmy też faktycznie te ekskluzywne trunki degustować: wpierw powąchaliśmy szyjki od otwartych butelek, a gdy to nas nie wystraszyło, spróbowaliśmy przepłukać usta łykiem eliksiru. Do spluwania nie trzeba nas było namawiać.

Pamiętam też zdecydowanie wyróżniający się w ciągu tego trzydniowego "Beaujolais Nouveau" jabol "Cedron". Mimo, że smak był całkiem znośny i nie odróżniał się jakością od reszty degustowanych trunków, zapach był powalający. Ja piłem "Cedrona" drugą ręką zatykając nos, Nieogolony zaś z chleba, którym zagryzaliśmy nasze wybory, zrobił kulki i zatkał sobie nimi nos.

Pamiętam jaskółkę Niemałego, pamiętam, jak odwoziłem Niewesołego pod same drzwi rodzinnego domu, pamiętam pijanego Nieogolonego przepływającego jezioro i pamiętam samego siebie, leżącego i skulonego przed wejściem do najtańszego nadającego się na wynajem lokalu w aglomeracji, o godnej lat 90-tych nazwie "Melmak". 

I kto wie, jakby się to wszystko dalej potoczyło (wiosną '95 zacząłem się zastanawiać, czy nie grozi mi niebawem alkoholizm) i ile więcej anegdot bym pamiętał (zwłaszcza, że podobnie jak pisał mój ulubiony (polski) poeta, "niektórzy piją, by zapomnieć - ja piję, żeby zapamiętać"), gdybym pół roku później, w wakacje' 95 nie zapoznał się z urokami narkotyków To dzięki nim widmo alkoholizmu odsunęło się ode mnie na stałe.

Od lewej: EB, Kaper (w zastępstwie Heweliusza), 10,5 i Specjal.

Od lewej: EB (moje piwo lat 1994-1995), Kaper (zdaniem niektórych dobry jako zastępstwo Heweliusza, drugiego z mych piw lat 1994-1995), 10,5 (moje piwo roku 1996) i Specjal (moje piwo właściwie całych ostatnich dwóch dekad)

20:21, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA