RSS
wtorek, 28 stycznia 2014

Listę utworów, które moim zdaniem pasowałyby w filmie zacznę od utworu, którym już jeden odcinek cyklu rozpoczynałem - "Crystal Ann" otwierającą debiutancką płytę zespołu Annihilator. Jest w tym krótkim instrumentalnym utworze pewna mroczna nuta, która czyniłaby go idealnym podkładem muzycznym pod scenę dziejącą się w nocy, w czasie pełni księżyca, w mniej lub bardziej pustym domu. Niby nic takiego się nie dzieje, ale melodia powoli buduje napięcie, które wyzwoliłaby scena ukazania się "tego złego" lub czegoś wyraźnie nie na miejscu do pierwszych taktów drugiego utworu z tej płyty - prezentowanego już "Alison Hell".

Wciąż nie widziałem "Grawitacji", nad czym chwilami ubolewam. Wiem, że wcześniej czy później obejrzę ją na ekranie monitora, ale obawiam się, że nie będzie to ten sam efekt, co ujrzenie tych kadrów na dużym ekranie. A ponieważ nie widziałem filmu, nie wiem, czy i jakiej ścieżki dźwiękowej do niego użyli - czy dźwiękowcy postanowili obficie cytować "4"33'" Cage'a, pamiętając o rzadko uwzględnianym w filmach fakcie, że w próżni dźwięk się nie rozchodzi, czy też perypetiom bohaterów towarzyszy melodia w tle. Jeśli to drugie, to trudno mi wyobrazić sobie bardziej pasujący utwór niż "Wymiana tlenu na stacji mir" Robotobiboka. Utwór ten pochodzi z drugiej ich płyty, wydanej w 2002 roku, ale słyszałem go (choć być może w nieco innej wersji, taki urok jazzu) już 2 marca 2001 roku, na JAZZ Od Nowa Festival w Toruniu. Było to moje pierwsze zetknięcie z tym nieistniejącym już zespołem i od momentu, gdy zagrali "Maraton Tańca", dałem się ich muzyką zauroczyć. Później (pół roku albo półtora roku, późną jesienią) aż się wybrałem na ich koncert w gdańskim Żaku, wciąż pamiętając dobre wrażenie, które wtedy w Toruniu na mnie wywarli. Płyty, na której ostatecznie pojawił się powyższy utwór, nigdy nie słuchałem, więc dopiero teraz zauważyłem, że znajduje się na niej kawałek "Muzyka do filmu", który pasuje tutaj jak ulał, a brzmi następująco:

Gdybym zaś miał ustalać ścieżkę dźwiękową do filmu dziejącego się w Stanach Zjednoczonych na przełomie lat 60-tych i 70-tych, w samym środku epoki hippisów, to nie mogłoby w nim zabraknąć jednego, sztandarowego utworu: "Born to Be Wild" Steppenwolf'a. Tego samego zdania był Dennis Hopper, umieściwszy utwór w swym filmie "Easy Rider", a po nim powtórzyło ten zabieg wielu, wielu innych. Nie byłbym więc zbytnio oryginalny, ale utwór ten, usłyszany przeszło dwie dekady temu na wspomnianej składance "Children of the Revolution", wywarł na mnie takie wrażenie (dość powiedzieć, że dzięki takiej, a nie innej nazwie zespołu do wykonującego stałem się wiernym czytelnikiem Hermanna Hessego), że jestem w stanie ten zrzut przeżyć.

Dużo bardziej oryginalne utwory mógłbym zaproponować do filmu historycznego dziejącego się w II połowie XVI wieku. Znaczna większość z nich niestety jest włoska i pasowałaby do filmu, którego akcja rozgrywa się na Półwyspie Apenińskim. Nie śledzę zbytnio kina włoskiego, trudno mi więc orzec, czy przypadkiem takich filmów się akurat nie kręci (film o renesansowej Italii wyprodukowany przez innych filmowców, gdzie postacie porozumiewałyby się językiem angielskim zbyt by mnie raził niekonsekwencją, bym się przejmował dobraniem pasującej do niego muzyki), więc skupię się na innej melodii z tamtych czasów - ulubionym tańcu królowej Elżbiety, "La Volta". Wiem, że melodia ta (lub coś, co ją mniej lub bardziej przypominało) była już wykorzystywana w obu filmach, w których rolę najwybitniejszej brytyjskiej władczyni grała Cate Blanchett, ale nadal mym niespełnionym marzeniem jest ujrzeć w którymś z kolejnych filmów o Elżbiecie poprawnie ten taniec zatańczony. W pierwszym bowiem z tych filmów do zupełnie innej muzyki para tańczy choreografię nic nie mającą wspólnego z oryginałem, w drugim widać było tylko krótką scenę nauki podrzucania partnerki, ponadto w serialu BBC "The Virgin Queen" ponownie podkładem do choreografii luźno opartej na faktach jest współczesna dramatyczna muzyka, zaś nijak nie przypominająca Volty melodia jest podkładem pląsów (nijak, poza samym faktem podrzutów, nie przypominających Volty) w "Tudorach", etc. Nie musi być to zresztą koniecznie film o Elżbiecie, tańczeniem "La Volty" zszokował też Kraków Henryk Walezy, taniec więc mógłby się pojawić i w filmie o nim i jego perypetiach "w Polsce, czyli nigdzie". A sama "La Volta" brzmieć i wyglądać powinna mniej więcej tak:

Tagi: Mann&Gacek
07:37, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 stycznia 2014

Lista przebojów z dnia 27 stycznia 1989 roku, godz 10:00

Lista przebojów z dnia 27 stycznia 1989 roku, godz 10:00

Po kilku dniach fascynacja King Diamond opadła i na pierwszym miejscu ponownie uplasowała się MetallicA. Tym razem przyczyną powrotu była przegrana 4 dni wcześniej płyta "The $5.98 E.P.: Garage Days Re-Revised", którą po dziś dzień darzę dużym uznaniem i sentymentem. Zawierała ona cover'y w wykonani MetallicI. Trudno orzec, który przypadł z nich najbardziej mi przypadł do gustu na samym początku słuchania płyty - na jednej z kolejnych edycji listy padają nazwy utworów, wtedy już wiem, że mój entuzjazm wzbudzał wtedy "Helpless", cover utworu zespołu "Diamond Head", ale było to niemal trzy tygodnie później. Podobał mi się też "Green Hell", a do dziś dnia nucę sobie czasami początek "Last Caress", bo ono najbardziej utkwiło mi w głosie - więc poniżej utwór numer 5 na płycie: "Last Caresss / Green Hell", nad wyraz energetyczny i rytmiczny cover kapeli "Misfits":

Na piątym miejscu debiutuje "Kingdom Come", kolejny z wielu zespołów, których słuchałem tylko przez chwilę. Słuchałem go niecały tydzień przed powstaniem listy u młodszego z braci M. Musiała być to ich pierwsza płyta, jako że druga wyszła dopiero w kwietniu '89 roku. Singlem z tej płyty było "Get It On" i bardzo prawdopodobne, że ten kawałem słyszałem. Kolejnych płyt już nie słuchałem, więc nie wiem, jak dalej potoczyła się kariera zespołu. 

Tuż za "Kingdom Come", na miejscu szóstym, pojawiło się "Guns'n'Roses". Aż dziwię się, że nie pojawiło się wcześniej. Co prawda jego pojawienie się na liście było skutkiem słuchania utworów zespołu u młodszego z braci M. tydzień wcześniej, właśnie wraz z "Kingdom Come", a także "Def Leppadd", "KISS" i "Europe", ale w tym akurat wypadku nie mam wątpliwości, o który utwór chodzi: "Welcome to the Jungle". Utwór ten leciał w radiu dość regularnie - dzień po mej liście, 28 stycznia 1989 roku, zadebiutował na Liście Przebojów Programu Trzeciego na miejscu 19. Utrzymywał się na niej aż do połowy maja, sześciokrotnie meldując się w Top10. Wtedy już bardziej podobało mi się "Paradise City" Guns'ów, ale w styczniu i lutym wciąż fascynował mnie ten oto kawałek:

Dalej już następuje rekombinacja znanych kapel, albumów i utworów. Część z nich określona jako "nowość na liście", wraca na nią, co spowodowane jest zmienną ilością pozycji na liście. W tym wydaniu jest ich 20, więc wrócił Slayer, OverKill, AC/DC, Saxon, Accept, Judas Priest, KAT i Warlock. Wszystkie te zespoły już się pojawiły na poprzednich listach, a ich tu obecność nie jest związana z usłyszeniem ich nowych utworów (byłyby wtedy wyżej), ale z ponownym odsłuchaniem kawałków już wcześniej mi znanych.

wtorek, 21 stycznia 2014

Listę utworów z debiutanckich albumów zacząć wręcz trzeba od "We're not gonna make it" z albumu-debiutu "The Presidents of the USA" zatytułowanego, jak to zwykle bywa w przypadku debiutów, tak samo jak nazwa zespołu. Kawałek ten opisuje dolę początkującego zespołu i tłumaczy, czemu tak trudno odnieść sukces: "'cause there's a million better bands with a million better songs". I faktycznie wielu zespołom się nie udaje, a o części tych, które wydały swą płytę - debiut, też później już nic nie było słychać. Grupie PUSA udało się jednak tego uniknąć: na swej pierwszej płycie umieścili aż dwa przeboje ("Lump" i "Peaches"; o skali sukcesu tego pierwszego najlepiej mówi fakt, że sparodiował go Weird Al). Nagrali więc i drugą, zatytułowaną z tego powodu "II", a potem kolejne. Za trzy tygodnie wydają swój szósty studyjny album, więc wbrew oczekiwaniom i wierze podmiotu lirycznego - they did make it.

Innym z mych ulubionych debiutanckich albumów z USA jest "Pocket Full of Kryptonite" zespołu Spin Doctors. Zespół też nie zakończył kariery na debiucie, szósty album wydali w zeszłym roku, ale żaden z późniejszych albumów nie odniósł takiego sukcesu jak debiut, a zwłaszcza utwór "Two Princes", który po dziś dzień można usłyszeć na falach eteru. Ja jednak do listy wybrałem otwierający album "Jimmy Olsen's Blues", opowiadający ciężką dolę nieszczęśliwie zakochanego w dziewczynie Supermana. 

Słuchałem zwrotki tej piosenki w 1990 roku, nie wiedząc... i to dość często, choć przez krótki czas liczony w tygodniach. Musiał być to rok 1990, bo to jest data wydania albumu, który niecnie przegrałem z kopii "oryginalnego" nagrania z budki z kasetami. Okładkę skserowałem z ksera okładki (albo ksera ksera) i słuchałem kasety z tak wyróżnionego pudełka intensywnie, ucząc się wszystkich tekstów. Ma fascynacja zespołem była jednak krótkotrwała, gdy bowiem w wakacje kolejnego roku dostałem w prezencie drugą płytę zespołu, "Nie wierzcie elektrykom", nawet nie wyjąłem jej z pudełka, by ją choć raz przesłuchać. The moment has passed.

Kilka kawałków z albumu się przebiło do masowego odbiorcy ("Berlin Zachodni""Wielka miłość do babci klozetowej"), mnie wtedy najbardziej zauroczył sam początek "Kapitana Żbika". Tu jednak zamieszczam wieńczącą album "Balladę o smutnym skinie", bo akurat pogoda za oknem może sprawić, że uszka się przeziębią, kark zlodowacieje. I żal wtedy takiego łysego skina.

Drugą z polskich płyt - debiutów, którą pamiętam z początków lat 90-tych to wspomniany ostatnio debiut "Elektrycznych Gitar". Album ten otwierał utwór "Wiele razy" i choć nie stał się on takim szlagierem, jak inne z tej płyty, to on trafia na listę debiutów.

A w tamtych starych dobrych czasach, które sobie ostatnio przypominam, namiętnie słuchałem MetallicI. Ich debiutancki album, wydany akurat w dniu moich urodzin, znałem doskonale, zwłaszcza utwór "Seek & Destroy". Album otwiera "Hit the Lights", które, jak właśnie wyczytałem, było też debiutanckim nagraniem, wydanym na składance przed nagraniem albumu. Debiut więc jest to podwójny. A sam utwór przez lata nie stracić nic ze swej świetności.

Listę debiutów zakończę zespołem, który didn't make it. Pierwszy singiel Babylon Zoo, dzięki użyciu w reklamie, zrobił gigantyczną furorę i zwiększył (a pewnie nawet umożliwił) sprzedaż debiutanckiego albumu. Drugiego albumu, wydanego trzy lata później jednak nikt już nie kupił i od tamtej pory nic o zespole nie słychać. Niemniej jednak ich jednorazowy hit "Spaceman" wrył się w pamięć sporej części widzów MTV w latach 1995-1996. Później już nie miał okazji.

Tagi: Mann&Gacek
16:40, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA