RSS
wtorek, 31 stycznia 2017

Listę piosenek, które uczą bawiąc i bawią ucząc, będących tematem audycji z dn. 17 stycznia 2017 roku, zacznę - podobnie jak moja ulubiona para redaktorów prowadzących - od piosenki o filozofach. Mój wybór jednak to twór Erica Idle'a i kolegów. Mimo styczności z filozofami oraz jednego semestru filozofii na studiach, większość mej wiedzy o filozofach pochodzi od Monty Pythona. A składa się na tę większość - poza wymienionymi w powyższej piosence nazwiskami - wiedza o tym, że filozof musi mieć "S" w nazwisku.

Kolejna piosenka Monty Pythonów zawiera już dużo więcej specjalistycznej wiedzy, ale akurat o astrofizyce przeczytałem parę książek, więc wszystko to już wiedziałem. Jakby jednak ktoś nie wiedział, a chciał się czegoś o naszym kosmicznym sąsiedztwie dowiedzieć, to można i tak, bez konieczności męczenia wzroku pismem. Co prawda - w umieszczonej powyżej wersji z "Monty Python Live (Mostly)" - profesor Brian Cox tłumaczy (ucząc słuchacza jeszcze więcej), że piosenka ma nieścisłości, ale szybko przerywa mu (bawiąc widza jeszcze więcej) profesor Stephen Hawking nucący słowa "Galaxy Song".

Biologii zaś pouczyć się można z utworu "Here I Stand Before Me" Crash Test Dummies z jedynej znanej mi ich płyty. To z tego utworu wiem, że palce po łacinie to "philanges", a po angielsku "digits". Dzięki tej wiedzy zrozumiałem kiedyś pun jednego angielskiego żartu, nie jest to więc wiedza całkowicie bezużyteczna

Gdyby uczyć się ktoś chciał historii Anglii, nie ma lepszej metody niż przesłuchanie płyty Iana Andersona, lidera Jethro Tull, "Homo Erraticus", a przynajmniej jej części pierwszej, "Kronik". Zofia Abramowiczówna napisała w przedmowie do wyboru "Bukolik i georgik" Wergilusza (brak ISBN), że "epos dydaktyczny jest (...) ciągle zagrożony niebezpieczeństwem suchości i nudy"[citation needed]. Niewykluczone, ale jeżeli już czynić wykład o historii możliwie nienużącym, to nic nie nada się do tego lepiej niż rock progresywny z dodatkiem folku, jak uznał to w jakimś wywiadzie autor. Niestety, płyta ukazała się zbyt niedawno, kiedy już nie pałam taką pasją do muzyki i przesłuchałem ją tylko jednokrotnie, nawet nie sprawdzając wszystkich tych smaczków w tekście, które uchem wyłapałem. Nie wątpię jednak, że dokładne ich przestudiowanie dałoby mi sporą wiedzę o dziejach Albionu, pewnie porównywalną z poziomem angielskiej gimbazy.

Z innego utworu tego samego artysty pouczyć się możemy historii sztuki. To "The Little Flower Girl", drugi utwór na mej jego ulubionej solowej płycie "The Secret Language of the Birds". Utwór opowiada o obrazie Williama Russella Flinta "The Little Flower Girl, Senlis". Akurat płyty tej słuchałem intensywnie w wakacje, gdy akurat zaczynałem studiować historię sztuki, co więcej - słuchałem jej na wakacyjnej wycieczce po byłej Jugosławii, gdzie po Zagrzebiu oprowadzała nas koleżanka jednej z uczestniczek wyprawy, studiująca slawistykę (w tym język polski) i historię sztuki. Pamiętam, jak opowiadała, że często wchodziła do muzeum (studenci historii sztuki mieli tam wejścia do muzeum gratis; studenci z Polski, których legitymacje nic nie mówiły pracownikom muzeum czasem też, jak się dobrze zagadało) i siadała przed jednym obrazem i patrzyła na niego godzinami. Wtedy, jeszcze parę tygodni przed pierwszym wykładem, zrozumiałem, że chyba nie do końca nadaję się na historię sztuki. Ale o tym dużo bardziej nauczyłaby mnie piosenka "When I Go Out With Artist" ww. zespołu Crash Test Dummies:

Skorośmy już do nich wrócili... Gdyby odbiorcą tej listy piosenek edukacyjnych miały by być moje dzieci, poedukowałbym je kolejnym utworem CTD - "How Does a Duck Know?". Nie dlatego, że daje ta piosenka jakieś odpowiedzi - ale uczy, by nie bać się zadawać pytań, nawet gdy zdają się dziwaczne lub głupie. Bo ciekawość to pierwszy stopień do wiedzy. A gdy się ją straci, trudno nauczyć się jeszcze czegoś nowego.

Odpowiedzi zaś dzieciom bym sugerował znaleźć w utworze Leonarda Cohena o tym, co wiedzą wszyscy. Skoro wiedzą to wszyscy, to warto też wiedzieć. Jednak jeszcze nie puszczam im "Everybody knows". Chcę poczekać aż jeszcze trochę dorosną, by zanim to się stanie wciąż wierzyły, że kości są uczciwe, a karty nie są znaczone. W końcu kiedy, jak nie teraz.

Tagi: Mann&Gacek
13:13, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 stycznia 2017

W ostatniej audycji w roku 2014 moja, z okazji końca roku (i nadchodzącego początku kolejnego) moja ulubiona para redaktorów prowadzących zaproponowała temat "Początki i końce". Jako, że temat związany był z Nowym Rokiem, zacznę mą listę piosenek na temat od piosenki o Nowym Roku. Wykonawcą były Elektryczne Gitary, a utwór otwierał ich płytę "Na krzywy ryj", której słuchałem wielokrotnie w Sylwestra 19 lat temu[citation needed]

Pozostając w optymistycznym temacie początków - całkiem lubię twórczość Stinga, zarówno z czasów The Police, jak i solo (swego czasu nawet katowałem całymi tygodniami Rozczochraną jego wersją pieśni Dowlanda). Gdy więc parę tygodni po premierze dostałem przegraną jego płytę "Brand New Day", ochoczo włożyłem ją do odtwarzacza i puściłem. Słuchało się jej miło, ale po latach okazało się, że poza utworem tytułowym nic z niej w mej pamięci się nie zapisało. Może też i dlatego, że utwór ten spodobał mi się na tyle, że - w odróżnieniu od pozostałych - ściągnąłem go sobie w postaci mp3'ki i dorzuciłem do rozbuchanej i słuchanej przez całe miesiące playlisty. 

Po początku przejść choć na chwilę wypada do środka. A w to miejsce proponuję Caro Emerald i "Back It Up" z tekstem, który utkwił w mej pamięci: "From the front to the middle to the back to the end". Jest i przód, jest i koniec, a nawet środek się znalazł. A do tego wpadająca w ucho muzyka, stylizowana na lata 50-te lub 60-te (podobnie jak teledysk) i fascynujący, nad wyraz pasujący do stylistyki, głos wokalistki. I to wystarczyło, bym się tym utworem zauroczył.

Jak już pisałem, nowszych od "Czarnego Albumu" płyt MetallicI nie znam praktycznie wcale. Dlatego, gdy red. Mann zaproponował "End of Line", nadstawiłem uszu. Ostatecznie tego utworu nie puścił, ja zaś się nie zawaham. Może nie wpada tak w ucho tak bardzo, jak ich największe przeboje, ale przynajmniej nie jest rzępoleniem, jak cała płyta "Load".

Kończyć, poza latami, może się też świat. Kojarzącą się z tym wszystkim w średnim pokoleniu frazę "It's the end od the world (as we know it)" nuciłem sobie wielokrotnie, począwszy od połowy lat 90-tych, gdy ją usłyszałem. Jest fantastyczna, jej rytm i fraza są idealna do nucenia (w myślach lub na głos), gdy wszystko wkoło się wali. I zapewne jak skończy się świat, jaki znamy, też ją sobie zanucę - jeżeli tylko wtedy będę się czuł wystarczająco dobrze. Reszta powyższej piosenki R.E.M. - choć musiałem ją kiedyś usłyszeć, skoro poznałem refrenową frazę - jest dla mnie zagadką. Gdy jej chwilę temu przesłuchałem, byłem nią zdumiony, bo nijak jej nie kojarzyłem. Ciekawe, czy inne osoby znające ten refren (który zdobył popularność i dał się usłyszeć tu i ówdzie) mają tak samo...

Na zakończenie dwie piosenki o końcu, obie znane powszechnie od początku do końca. Pierwsza to "The End" The Doors'ów, utwór znany i lubiany, a gdzieniegdzie wręcz kultowy. Listę zamkną jednak, tak jak ją otworzyły, Elektryczne Gitary, utworem tak znanym, że nie trzeba nawet podawać tytułu:

Tagi: Mann&Gacek
16:53, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 31 grudnia 2016

Jak co roku o tej porze, chciałbym nostalgicznie przypomnieć szlagiery sprzed dwóch dekad - a przynajmniej te z nich, o których jeszcze nie pisałem. Wspomniałem już bowiem o "Ironic" Morissete, "Load" MetallicI i płycie kapeli The Presidents of the United States of America, których - w odróżnieniu od Leningrad Cowboys, czy Zacieru - posłuchać miała okazję większość. Jedną z piosenek równie znanych, a których opisać nie zdążyłem, było "Lemon Tree" Fool's Garden.

Strasznie mnie zafascynowała wtedy ta piosenka. Była jedną z dwóch (drugą było "Breakfast at Tiffany's" Deep Blue Something), których teledyski sobie nagrałem na kasetę video, by je w ten sposób sobie odtwarzać. Choć kilka fraz sobie zapamiętałem i długo powtarzałem (jak "I'm driving around in my car / I'm driving too fast (and) I'm driving too far", nucone w czasie samotnych samochodowych podróży przez Polskę), a słowa refrenu "Yesterday you told me 'bout the blue blue sky / And all that I can see / Is just another lemon tree" przypominały (i nadal przypominają) mi scenę z "Kingsajzu", gdy krasnale dyskutują, czy widzieli niebo, czy tylko niebieskie wiadro, to nie skłoniło mnie to do nabycia kasety Fool's Garden ani zapoznania się z resztą twórczości zespołu. Być może szkoda. Być może wcale nie.

"Wonderwall" wydane zostało w 1995 roku, ale nagrody zdobywało rok później. Nic dziwnego, dobre było. Zapoczątkowało fazę brit-popu, co było już nieco gorsze, bo ostatecznie doprowadziło do "Peggy Brown" Myslovitz. Niemniej jednak utworu słuchałem wtedy często i nie udało mi się poczuć, że "za często", co dość szybko stało się osiągnięciem drugiego ówczesnie promowanego utworu Oasis - "Don't Look Back in Anger".  

Nadchodzi jednak Sylwester, pora na coś żwawszego i bardziej melodyjnego. Pamiętam całkiem dobrze swojego Sylwestra sprzed dwóch dekad. Imprezowaliśmy w dwóch oddalonych od siebie o parę kilometrów miejscach, a samą północ spędziliśmy z Nieogolonym i Niemałym idąc poboczem drogi na drugą z imprez, pół godziny po tym, jak za niespełniające wymogów gospodarza zachowanie zostaliśmy poproszeni o opuszczenie domówki, gdzie zostawiliśmy - poza gospodarzem - także Niewesołego, Czarną-Białą i Kaczego Dzioba. A nie zrobiliśmy nawet połowy tej siary, co Spice Girls w swym debiutanckim utworze sprzed dwóch dekad "Wannabe" (którym do dziś zdarza się ponosić tego utworu konsekwencje). Choć trzeba przyznać - ponad kwadrans grania (a raczej: prób grania) na rogu mógł wyczerpać zapas cierpliwości gospodarza.

Druga z imprez odbywała się w Szkole Podstawowej im. ppor. Klemensa Wickiego. Wkraczających w mury tej szacownej placówki wychowawczej witał napis "Ppor. Klemens Wicki umarł za Ojczyznę i powinniśmy być mu za to wdzięczni". "Jestem, ale nie chciałbym spać z nim w jednym pokoju", odrzekł widząc napis Nieogolony. Chwilę później zaiwanił stojącą w gablotce świeczkę z orłem białym (w koronie), więc nie wiem czy mówił szczerze. Niemniej jednak, udowodniła nam ta impreza, że w Sylwestra wszystko się może zdarzyć i można wbić się na bliżej nieznaną imprezę (znaliśmy tylko jednego z gości, którego spotkaliśmy w pociągu, jadąc na domówkę w Czaplach), o czym owego roku śpiewała Anita Lipnicka.

Nie do końca udało się nam - trzem introwertykom - wpasować w rozentuzjazmowany tłum. Do tego, w odróżnieniu od reszty imprezowiczów, nie stroniliśmy od narkotyków. Nieogolony wyekstrahował trzy fiolki płynnego THC, które należało wypić. Smakowało strasznie, ale najwyraźniej działało, skoro pamiętam z późniejszej części imprezy, jak we trzech graliśmy na pustej sali w koszykówkę jak jakieś Murzyny:

Nie wiem więc, co królowało wtedy na tanecznym parkiecie. Jestem dość mocno przekonany, że średnia wieku imprezujących była zbyt wysoko, by słuchać Backstreet Boys (których miałem wątpliwą przyjemność poznać dzięki siostrze), ale z drugiej strony - kto wie, co po pijaku wpaść może do głowy studenciakom?

Raczej na pewno poleciała Macarena. Tego, myślę, nie mogło zabraknąć na każdym liczącym się dansflorze. Jeżeli coś z tej tu listy jest znane wszystkim, którzy mają powyżej 25 lat, to właśnie to - i nadal, jak słyszę, kilka sekund wstępu wystarczy, by wywołać earworm'a. Co do reszty utworów taki pewien nie jestem. 

Choć nie, może i jest jeden równie znany utwór. Mnie on nieco w owych czasach ominął, ale gdy rozmawiam z kimś o muzyce połowy lat 90-tych, zawsze pada nazwa poniższego utworu jako przykładu piosenki letniej. Sylwester jest w środku zimy (dwie dekady temu był nawet śnieg; pamiętam doskonale, jak rankiem wyszliśmy ze szkoły na peron (dworca nie było, była wiatka na peronie) pół godziny przed przyjazdem pociągu i te pół godziny siedzieliśmy pod wiatką, marznąc otoczeni bielą śniegu skrzącą się w promieniach słonecznych), jednak o odpowiedniej porze wieczoru na parkiecie może być tropikalnie gorąco:

Jeżeli byli tam jacyś miłośnicy elektroniki - nie sądzę, bo nie wyglądali na to - ale po Niewesołym z wyglądu też nie widać jego fascynacji muzycznych - to może poleciał Robert Miles i jego "Children". Prosta i sympatyczna melodyjka, którą wciąż jeszcze czasem zdarza mi się gdzieś w tle słyszeć. Myśmy ku elektronice raczej wtedy nie lgnęli, ale za to, by jakoś przetrwać chłody nocy i poranka bez śpiworów w sporej szkole, lgnęliśmy do piecyka gazowego. Odpaliliśmy w nim piekarnik, ustawiliśmy na 250 stopni i dwóch z nas siedziało na niewygodnych szkolnych krzesłach z dłońmi w piekarniku, a trzeci, wygrzany, wypoczywał na ławie pod ścianą. Nie wiem, czy bardziej mnie martwiło możliwe wyziębienie organizmu, gdybym zasnął z dala od kuchenki, czy przypieczenie sobie dłoni, gdyby zasnął z dłońmi w niej. Dość powiedzieć, że wiele snu nie zaznałem tej nocy.

Mało co kojarzę z twórczości Red Hot Chilli Peppers. Jeszcze niedawno mogłem powiedzieć, że znam trzy utwory ("Under The Bridge""Californication" i powyższy "Aeroplane"), choć kilkukrotnie słyszałem urywki innych w radiu. Jednak podczas jednego z mych tegorocznych wyjazdów do Niemiec niemieckie radia tak często puszczały utwory RHCP, że nabrałem przekonania, że któryś z nich właśnie musiał umrzeć. Oswoiłem się przy tym z innymi ich utworami, i podobnie jak w przypadku znanej mi wcześniej trójcy, miło mi się ich słuchało. Jestem zafascynowany zdolnościami artykulacyjnymi wokalisty - potrafi wypowiedzieć zgłosek szeregi w tempie, którego ja nie potrafię powtórzyć nawet bezgłośnie. W "Aeroplane" akurat tej jego charakterystycznej (na tyle, że dzięki niej wiem, że to kawałek RHCP, gdy słyszę go po raz pierwszy) zdolności nie używa - ale za to teledysk jest ładny.

W dzieciństwie nie cierpiałem Majkela Dżeksona. Niczego innego po jedenastoletnim metalu nie należało się spodziewać. W połowie lat 90-tych jednak przypadły mi do gustu dwa jego zaangażowane utwory. O pierwszym - "Black od White" - już wspominałem, drugim był "They Don't Care About Us". Był żwawy rytm, było moralnie słuszne przesłanie, które będąc jedynym w swym rodzaju lewakiem głosującym na Janusza Korwin-Mikkego, mógłbym nucić. Nie wiem, czy to to był ostatni wielki przebój Jacksona, czy coś jeszcze w latach 2000-nych równie popularnego stworzył. Wiem za to, że to był ostatni jego utwór, który dobrze poznałem.

I na koniec już - omijając "Killin Me Softly" The Fugees, którego nie cierpiałem wtedy i nie przepadam nadal, niszowy Beck i "Where It's At", poznane (podobnie jak Backstreet Boys) dzięki siostrze No Doubt i szlagier "Don't Speak", czy sławetny "Orła Cień", którego jedyną dobrą cechą jest to, że mógł to zanucić Stuhr w "Kilerze" - a więc na koniec coś optymistycznego. Nigdy nie przepadałem za Kasią Kowalską, jej muzykę uznaję za jeszcze gorszą niż jej grę aktorską w "Nocnym graffiti" (też z 1996 roku), ale ten kawałek zdał mi się wystarczająco energiczny - i miał sekcję dętą, a to nigdy nie jest błędem. Tak więc - "Coś Optymistycznego":

18:11, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 67
| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA