RSS
poniedziałek, 22 maja 2017

Nieco ponad dwie dekady temu, w kwietniu 1997 roku, wydany został singiel z utworem trójki braci Hanson, który przez parę kolejnych miesięcy intensywnie promowany był w MTV. Strasznie się spodobał mojej siostrze, która zapałała wielkim uczuciem do środkowego z braci. W odróżnieniu od jej poprzednich muzycznych wyborów, ten przypadł do gustu także i mnie. Mniej nieco ze względu na urodę braci Hanson, a bardziej na żwawy rytm, melodyjność refrenu i atmosferę wygłupu w teledysku:

Tekst piosenki przejmował mnie mniej, większości nie byłem najwyraźniej w stanie zrozumieć, skoro przesłanie piosenki - która nie składa się z samego refrenu, wbrew pozorom - zrozumiałem dopiero teraz, sprawdzając w sieci, jak brzmi jej tekst. Kilka fraz znałem ze słyszenia wcześniej ("It's a secret noone knows" jest nieco redundantne, ale zgrabne), ale cały wątek ogrodniczy ("Plant a seed, plant a flower, plant a rose / You can plant any one of those / Keep planting to find out which one grows") umknął do tej pory mej uwadze. Teraz, gdy go znam, może wreszcie posłucham tej rady.

Zaciekawił mnie też ten teledysk widoczną więzią między braćmi Hanson. Nieraz wtedy i później zastanawiałem się, co sprawia, że rodzeństwo trzyma się razem. Wychodzi mi z tych rozważań, że niewielka różnica wieku (do trzech, góra czterech lat) i pomaga, jeżeli rodzeństwo jest tej samej płci. Hansonowie rodzili się w odstępach 2,5 letnich (co, gdy teraz przeczytałem, mnie zdziwiło; sądziłem, że między starszymi jest koło dwóch lat różnicy, ale najmłodszy jest od środkowego młodszy o jakieś 4 lata), więc doskonałym są za tym wnioskiem argumentem. Zastosowałem później ten wniosek w praktyce i przyznać muszę, że z wielkim sukcesem: Rozczochrańce mają ze sobą mocną sztamę.

Był ten teledysk promowany przez pewien czas, aż przestał - i zniknął. Rok po jego premierze ja straciłem styczność z MTV, ale nie słyszałem go nigdy później nigdzie indziej, w żadnym radiu czy stacji TV (poza składankami archiwalnymi typu "Best of the 90'ties"), z jednym fantastycznym wyjątkiem. Był to bowiem dzwonek przychodzącego połączenia od swych podwładnych doktora House'a w odcinku 05x04 serialu. Utwór rozpoznałem po pierwszych nutach i chwilę po zakończeniu oglądania odcinka już go sobie odsłuchiwałem. Brzmiał wtedy i nadal brzmi dla mego ucha miło. I nadal nie wiem, czy bez spisanego tekstu zrozumiałbym, co tak naprawdę uroczy wokalista śpiewa.

22:59, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 maja 2017

Audycja mej ulubionej pary redaktorów z dn. 25 kwietnia br., której motywem przewodnim były piosenki motywujące, które zachęcają człowieka do działania, zmotywowała mnie do dopisania własnej listy. A gdy zacząłem się zastanawiać, jakie piosenki mnie w życiu motywowały, zupełnym przypadkiem znalazłem swą własną listę spisaną dwie dekady temu:

"Będę musiał zrobić sobie składankę z utworami, które polepszają mi humor, tak na wszelki wypadek (na przykład samochodowy). Znajdą tam się te z utworów, które sprawiają, że chce mi się naprawdę żyć, a nawet więcej - chce mi się coś robić, coś tworzyć, czy też ogólnie pracować. Znajdą się nań na pewno takie utwory jak: ‘Govinda’ Kulashaker, ‘Don’t worry, Be happy’ McFerrina (jak gdzieś znajdę), Bob Marley (‘Thank you Lord’, ‘Don’t worry’, i może jeszcze cóś) oraz ‘To life’ z ‘Fiddler on the Roof Soundtrack’." [ok. 10 kwietnia 1997 roku]

No to, bez dalszych ceregieli, lecimy:

Ta piosenka, a może i kilka innych z jedynej mi znanej debiutanckiej płyty zespołu "Kula Shaker" o tytule "K", zasługuje na osobny wpis. Tu rozwodzić się nie będę, wspomnę jedynie, że jeszcze wiele lat po jej usłyszeniu i zapamiętaniu, nuciłem ją sobie będąc w lepszym stanie ducha lub chcąc taki stan u siebie wywołać. Stylizowane na orientalne brzmienie tu fantastycznie uzupełnione jest żwawym rytmem refrenu i były chwile, gdy idealnie napędzało mnie do do dalszego działania.

Tylko ten, kto nic nie robi, nie popełnia pomyłek. Gdy więc już zmotywowany bywałem do działania, przytrafiały się mi one. Grunt to wtedy nie podupadać na duchu i mimo porażki brnąć dalej w zaparte... znaczy, działać dalej. A w takich momentach ta piosenka zdała mi się nad wyraz akuratna.

W tamtych czasach, jak większość neofitów ziołolecznictwa, byłem wielkim fanem twórczości Boba Marley'a. Reszty artystów reggae praktycznie nie znałem (kupiłem kiedyś kasetę ze składanką artystów reggae, ale nie zauroczyła mnie; mógł to jednak być pośledni wybór piosenkarzy), ale Marley'a znałem większość utworów. Wtedy do działania porywały mnie dwa: "Thank you, Lord" i "Don't Worry About a Thing". Dziś raczej bym tu umieścił żwawsze "Iron Lion Zion".

Na koniec zaś utwór, który pojawił się już w pokrewnym temacie audycji z dn. 29 listopada 2016 roku - "Piosenki na poprawę nastroju na przekór ponuractwu". Wtedy napisałem, że z chęcią śpiewałbym go pijąc ze świętującym towarzystwem. To jest prawdą, ale dwie dekady temu utwór ten dodawał mi energii nawet wtedy, gdy byłem sam i trzeźwy. To się nie zmieniło - i dobrze, bo okazji na to, by śpiewać go wśród rozentuzjazmowanego tłumu wciąż nie miałem.

Nim ta lista zwolniła mnie z konieczności dalszego myślenia, dopisałem dwie nowsze propozycje. Jedna to kolejny utwór Marley'a, zaprezentowany zresztą w audycji - "Get Up, Stand Up". Drugi zaś, to utwór z filmu "Podróże Pana Kleksa": "Cała Naprzód". Tekst jest na temat tylko w połowie, resztę zapełniając informacjami ważnymi dla fabuły filmu, ale fraza "my odpocząć możemy i w biegu" nad wyraz często w życiu mi w głowie brzmiała, gdy nieopatrznie się wcześniej zmotywowałem i ganiałem całymi dniami po aglomeracji realizując liczne swe plany. Szkoda tylko, że nie miewam ostatnimi czasy okazji, by zakrzyknąć tytułowe: "Cała naprzód ku nowej przygodzie!".

06:32, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Tym, co nie podobało mi się w lekcjach religii (no, nie była to jedyna rzecz), był wtłaczany w głowy uczniów wyraźny czarno-biały podział między Dobrem a Złem. W przykładzie końcówki żywota Jezusa był to wyraźny kontrast między krystalicznie czystym "Synem Boga" Jezusem a diabolicznym zdrajcą Judaszem i równie diabolicznymi żądnymi zabicia go faryzeuszami. Nie pasowało mi to, bo nie wierzę w bezprzedmiotową, niepopartą żadnymi dodatkowi argumentami zbrodniczą diaboliczność "for the hell of it"

Tym, co spodobało mi się w obejrzanym i namolnie słuchanym z zakupionej potem kasety dwie dekady temu "Jesus Christ Superstar" (no, nie była to jedyna rzecz), było przybliżenie argumentów owych negatywnych postaci ewangelii. Judasz swe racje przedstawia w otwierającym utworze "Heaven on Their Minds", by później część z nich powtórzyć w "Strange Thing Mistifying" i "Damned For All Time":

Pierwsze, co rzuciło mi się podczas słuchania w uszy, to fraza "I remember when this whole thing began / No talk of God then, we called you a man". Jak już wspomniałem, wbrew ortodoksom kościoła katolickiego i sporej części heretyków i schizmatyków (ISBN: 83-85100-49-0) nie uważam Jezusa za unikatowo wyjątkową postać Syna Bożego. Można uznać, że nim jest - ale w ten sam sposób Synami & Córkami Bożymi były tysiące innych uduchowionych osób bądź setki milionów katolików - a może wręcz i cała ludzkość (Ps. 82,6). Mam na tyle dobre o Jezusie zdanie, że wydaje mi się, termin przylgnął do niego bez jego chęci (o ile, rzecz jasna, nie był postacią całkowicie fikcyjną), ale nie mogę też wykluczyć, że uwielbienie tłumów uderzyło mu do głowy, jak wieli późniejszym reformatorom religijnym.

Tłum zaś, wielbiąc Jezusa Chrystusa Supergwiazdę, zaczyna - co Judasz śpiewa parę chwil wcześniej ("You've begun to matter more / Than the things you say") - przestaje (pozornie paradoksalnie) zwracać uwagę na jego słowa, skupiając się na jego charyzmatycznej osobowości. To dla mnie dziwnym nie jest, widziałem uwielbienie tłumów na wiecach w czasie pielgrzymki Jana Pawła II połączone z nad wyraz wybiórczą znajomością jego słów.

Tu Judasz doskonale przewiduje, czym się to może skończyć ("I am frightened by the crowd / For we are getting much too loud / And they'll crush us if we go too far / If they go too far"). Oficjalna katolicka wykładnia mówi, że śmierć Jezusa była nieunikniona, że był to owoc żywota jego i jego przeznaczenie, bo tą śmiercią okupił grzechy ludzkości. Jest to jednak wykładnia dopisana post factum i to przez bazującą na nim religię, więc trudno było w niej umieścić zdanie: "Popularność i uwielbienie tłumu zaślepiły go na fakt, że dalsze takie zachowanie doprowadzić musi go pod sąd, który bez wątpienia wyda wyrok skazujący".

Patrząc na historię widać, że taki koniec musi być każdej sekty, która jest za słaba, by zdobyć i utrzymać terytorium wyznaniowe (a na to w czasach wciąż prężnego Imperium Rzymskiego chrześcijaństwo było zdecydowanie za słabe), a za mocna, by ją ignorować jako garstkę szaleńców. Wtedy jednak brakło perspektywy czasowej i dwu tysięcy lat pisanej historii, dzięki której wiemy to teraz. Wtedy Judasz miał rację, licząc na to, że siedzenie cicho pozwoli nowej religii spokojnie się rozprzestrzeniać; w dzisiejszych czasach powinien był jednak już wiedzieć, że jest skazany bądź na przegraną konfrontację siłową bądź zapomnienie z braku wiernych. Tertium datur, ale jest to wyjątek od reguły i to nad wyraz rzadki.

Postać Judasza, wielkiego antagonisty finału Nowego Testamentu intrygowała mnie równie bardzo, co postać Jezusa. Co skłoniło go do tego kroku (skoro wykluczyłem bezmyślną, bezpodstawną zawiść)? Tu usłyszałem jedną z odpowiedzi, inne wyczytałem w kilku z tomu kupionych na temat tych wydarzeń książek (m.in. "Zaciśnięte pięści Judasza Iskarioty" Pera Gunnara Evandera), kolejne wyczytam w pozostałym jeszcze do przeczytania książek stosiku, a kilka wymyśliłem sam. Fabuła jednej z kilku nigdy nie napisanych przeze mnie powieści tyczących tych wydarzeń rozwija się dookoła pomysłu, że to Judasz, a nie Jezus był wybrańcem Boga, ale jako pozbawiony charyzmy introwertyk "wynajął" do tej roli bardziej pasującego Jezusa, który z czasem zadurzył się w uwielbieniu tłumów i zaczął schlebiać sobie miast przekazywać ludowi Słowo Boże, które przekazywał mu Judasz. W finale Judasz musiałby wydać Jezusa, by jego dalsze zachowanie nie zaprzepaściło wszelkich przekazanych nauk. Szkic fabuły innej nigdy nie napisanej książki[citation needed] czynił z Jezusa i Judasza parę kochanków (co by dodawało podtekstu pocałunkowi w Ogrójcu), a zachowanie Judasza - zemstą z pasji po odtrąceniu.

Wątpię, by którakolwiek z mych prób odpowiedzi była prawdziwa - ale nie na tym polega rola literatury, by tylko prawdę opisywać. Przedstawiona tu zdaje mi się prawdy znacznie bliższą, a przy tym sprawia, że Judasz przestaje być wreszcie postacią jednowymiarową.

12:29, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 70
| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA