Blog > Komentarze do wpisu

dwie dekady temu: rok 1997

Tradycyjnie już na koniec roku zebrało mi się na wspominanie piosenek, których słuchało się dwie dekady temu. O piosenkach, których słuchałem ja piszę w ciągu roku, starając się mniej więcej trzymać równo dwóch dekad odstępu, ale są też i takie, które znam z tamtego czasu, bo znali je wszyscy, a mimo to nie mam z nimi związanych wartych wzmianki przemyśleń. A mimo to miło części z nich znów posłuchać. A może nawet wraz z wokalistami pośpiewać piosenki, które przypominają stare dobre czasy, pośpiewać piosenki, które przypominają lepsze czasy, a do tego Sylwestrowo pić whiskey, wódkę, lagera i cydr:

Strasznie mi dwie dekady temu ten utwór przypadł do gustu i nawet dłuższą chwilę zastanawiałem się, czy to nie z niego zrobić podkład muzyczny do akapitów, które umieściłem latem we wpisach o "Nighclubbing" i "Lust for Life" Iggy'ego Popa. Wydawał mi się jednak zbyt alkoholowy - przez całe lata zdawało mi się, że niczym Alex z powieści Zadie Smith "Łowca autografów" (ISBN: 83-240-0431-9) podmiot liryczny wchłania niezliczone ilości alkoholu i jeszcze ma siłę stać na nogach i śpiewać. Jakież było moje zdziwienie, gdy oglądając jeden z brytyjskich programów satyryczno-informacyjnych usłyszałem, że w refrenie wspomniane są jedynie cztery napoje wyskokowe: whiskey, wódka, piwo (lager, co precyzuje wokalista z kraju, gdzie dwie dekady temu był wybór między lagerem a alem) i cydr. Gdyby nadal smakowała mi whiskey (smakowała mi raz, gdy miałem 16 lat; tylko ten jeden raz byłem w stanie ją wypić bez skrzywienia ust), byłbym taką kolejkę drinków wypić i ja - nawet teraz, wtedy tym bardziej - i nadal śpiewać. 

Niezależnie od owych drinków, jest to fantastycznie żwawa piosenka, której optymistyczna myśl przewodnia nieraz brzmiała swym rytmem w mej głowie w chwilach, gdy motywowałem się do działania. Co może okazać się przydatne, jak znów postanowię mieć postanowienia noworoczne.

Kolejną piosenką, którą znam, bo słuchali jej wszyscy, było "Walkin' on the Sun" Smash Mouth. To była jedna z pierwszych piosenek, które ściągnąłem sobie z Internetu (do którego po raz pierwszy podłączyłem się dwie dekady i cztery dni temu). Była to mp3-ka, która przy szybkości 56.6kb/s ściągała mi się pewnie koło pół godziny (nie liczyłem czasu, spędzając czas na irc-u z przyjaciółmi i chłonąc posty z kilkunastu usenetowych grup dyskusyjnych) i która nie zgrała się w całości, skutkiem czego utwór trwał tylko nieco ponad dwie minuty zamiast niemal trzech i pół. Nie przeszkadzało: te dwie minuty też wprowadzały pozytywne wibracje. Może dlatego, że nigdy nie wsłuchałem się w tekst, który - jak się okazuje - optymistyczny zbytnio nie jest. Póki się jednak tego nie wie, można się w Sylwestrową noc bawić przy tym utworze wyśmienicie.

Rok 1997 był ostatnim pełnym rokiem mego kontaktu z MTV i stamtąd chłonąłem muzykę znacznie bardziej niż z radia, czy jakiegokolwiek polskiego programu muzycznego. Tam na przykład usłyszałem po raz pierwszy zespołu Jamiroquai, z którego trzech znanych mi dzięki MTV piosenek - "Cosmic Girl", "Virual Insanity" i "Deeper Underground" - dwie pierwsze już wspomniałem w innym cyklu, o trzeciej pewnie też kiedyś napomknę. Ponieważ jednak w 1997 roku to środkowa z nich zdobył nagrodę MTV Video of the Year, to ten teledysk tu przypomnę, choć z całej trójki utworów muzycznie najmniej przypadł mi do gustu. Za to, przyznaję bez ogródek, do dziś jestem pod wrażeniem choreografii i ruchów Jay Kay'a. Ta sympatia dla tych utworów nijak nie skłoniła mnie do kupna kaset zespołu, ani późniejszego sprawdzenia ich w sieci. Niezbyt wiem, jak dalej potoczyła się jego ścieżka artystyczna, ale "Deeper Underground" zawsze miło mi będzie znów usłyszeć (dwa pozostałe utwory nieco mi się przejadły, tego nie miałem już okazji tak długo słuchać w MTV).

Dzięki MTV poznałem na przykład utwór, którego inaczej w życiu bym nie usłyszał, a który całkiem przypadł mi do gustu. Był to kawałek "I Wish" amerykańskiego raper Skee-Lo, który poza nim innych przebojów nie miał (nawet na Wikipedii piszą o nim per "one-hit wonder"). Był jednak przyjemny dla ucha, z zabawnym i kolorowym teledyskiem. I czegóż by więcej w Sylwestra można chcieć?

Pozostając przy miłych dla ucha dźwiękach - kolejnym utworem, który gdyby nie MTV by mnie całkowicie ominął, było "How Bizzare" OMC. Wpadła mi ta piosenka w ucho i przez parę kolejnych lat, gdy w głowie się czemuś dziwiłem, czasem brzmiał mi w powtarzany w refrenie tytuł piosenki (potem się dziwić przestałem i przestał). Do tego muzyka brzmi wybitnie południowo i same dźwięki mogą rozgrzewać w zimną sylwestrową noc (gdyby za naszych czasów noce sylwestrowe bywały jeszcze zimne).

Jak Sylwester, to fajerwerki. A jak fajerwerki, to podpalane w rytm "Firestarter" The Prodigy. Tego kawałka też się nie poznać wtedy nie dało i też całkiem przypadł mi do gustu, choć to też jest preferowany przeze mnie gatunek muzyki. Teledysk też niezbyt wpada w me klimaty, wzbudzając raczej niepokój niż łechcząc mój hedonizm, a jednak nie przełączałem ni nie ściszałem telewizora, gdy na MTV leciał. Samego Prodigy poznałem w życiu jeszcze ze dwie piosenki (w tym "Smack My Bitch Up"), ale tylko tę dobrze zapamiętałem. I być może, gdybym odpalał jakiekolwiek fajerwerki na Sylwestra, bym ją sobie w głowie nucił - choć wątpię, bo odpalając fajkę jakoś nie nucę.

Rok temu wspomniałem o Backstreet Boys, które ominąć się w 1996 roku nie udało. Czy udawało się w 1997 roku - tego nie wiem. Mnie, przy regularnie włączonym MTV, się nie udało i tak poznałem utwór "Everybody (Backstreet's Back)". Który tu przypominam, bo akurat 1997 rok był - jak do tej pory przynajmniej - jedynym rokiem, w którym ubrałem publicznie bluzę z Chłopakami Z Ulicy Tylnej: spędziłem ubrany w pożyczoną od siostry (nieco bez jej wiedzy) bluzę cały dzień w szkole w ramach zakładu z samym sobą. Zakład wygrałem, a mój wyczyn okazał się w większości przez postronnych zignorowany, podobnie jak me przyjście boso na rozpoczęcie roku szkolnego 1996/1997. Ludzie, jak się okazuje, mało wokół siebie dostrzegają, jak nie wskaże im się tego palcem.

Innym utworem, którego nie usłyszeć się nie dało, było "Barbie Girl" zespołu Aqua. Teledysk pozostawiał nadzieję, że to wszystko jest parodią, ale usłyszenie tego kawałka w radio pozostawiało człowieka wyłącznie z głosem wokalistki i warstwą dźwiękową, której brzmienie sprawiło, że to często gość na listach typu "top 100 piosenek popowych dekady", gdzieś obok Dr Albana i ww. Backstreet Boys, zaś sam utwór zdecydowanie zbyt szybko wwierca się w ucho.

Shania Twain była w czasach licealnych jedną z tych piosenkarek, które kojarzyłem raczej wizualnie niż dźwiękowo, bo zwykle oglądałem jej teledyski bez dźwięku. Nie sprawdzałem nawet co śpiewa, bo w latach 1994-1995, gdy widziałem jej teledyski, dało się je ujrzeć jedynie w stacji telewizyjnej nadającej non stop muzykę country (trafiła się taka w mej osiedlowej telewizji kablowej). Zwykle przeskakiwałem ten kanał, ale gdy widziałem Shanię Twain lub jedną z niewielu innych uroczych piosenkarek country (z których personaliów jednak żadnej w odróżnieniu od Shanii Twain nie udało mi się zapamiętać), zawieszałem oko na dłużej. Wiele lat później w radiu usłyszałem kawałek "That Don't Impress Me Much", który przypadł mi do gustu. Zdał się lekki i żartobliwy, a muzyka nie psuła dobrego wrażenia wywołanego tekstem. Parę miesięcy i kilka kolejnych usłyszeń w radio dopiero się zorientowałem, że autorką była właśnie Shania Twain, a teraz się właśnie zorientowałem, że utwór powstał równo dwie dekady temu

Na zakończenie sekcji obcojęzycznej nuta minorowa: "Bitter Sweet Symphony" The Verve. Nieraz już chciałem go na blogu opisać, ale niestety za każdym razem, gdy nachodzi mnie nastrój na słuchanie tego utworu, odchodzi mi ochota pisania na blogu. Tak też było i ostatnio, gdy minęły dwie dekady od chwili, gdy pierwszy raz go usłyszałem. Cóż, podmiot liryczny wciąż optymistycznie powtarza, że potrafi się zmienić (co może być dobrym motywem do nucenia sobie podczas ustalania sobie ww. postanowień noworocznych), może więc i mi się uda go wreszcie dobrze skomentować. Tymczasem zaś pozostaje go posłuchać i się wsłuchać.

Czasem na imprezach sylwestrowych się tańczy. Czasem nawet tango, do którego - co wie każdy Polak od dwudziestu lat - trzeba dwojga. Nigdy nie słuchałem "Budki Suflera", uznając ten zespół na przejaw kiczu niczym Kombi, czy Krzysztofa Krawczyka, ale ten utwór słyszałem w radiach i telewizorach tak często, że nie sposób było mi go nie poznać. Czarna-Biała wspomniała kiedyś, że chciała by mieć możliwość całkowitego zapomnienia niektórych piosenek. W przypadku tej piosenki też skorzystałbym z tej opcji. Niestety, wciąż mi to brzmi, i gdy usłyszę - rzadko, ale jednak się zdarza, gdy surfuję po stacjach radiowych - parę sylab, w mej głowie głos Krzysztofa Cugowskiego dośpiewuje resztę frazy. 

Na Gwiazdkę '97 dostałem płytę ze ścieżką dźwiękowo do filmu "Kiler", którą otwierał utwór Elektrycznych Gitar o tym samym tytule. Zespół zdecydowanie zdominował płytę (lider zespołu nie maczał palców tylko w dwu z piętnastu utworów), co mi akurat odpowiadało, bo Elektryczne Gitary lubiłem (o nich zresztą jeszcze będzie poniżej). Film był mocno promowany, być może więc ten kawałek przebił się do powszechnej znajomości. Mnie zauroczył nad wyraz stoickim podejściem do życia podmiotu lirycznego ("To co się dzieje naprawdę nie istnieje / Więc nie warto mieć niczego, tylko karmić zmysły", "Poczekam i popatrzę, nie cofnę kijem Wisły" czy wreszcie "Co się za mną dzieje, naprawdę nie istnieje / Więc nie warto tak się bronić, tylko lecieć z wiatrem / Poczekam, popatrzę, zrozumiem więcej / Wtedy wreszcie sam też włączę się do akcji"), którym to styl życia starałem się (i wciąż się staram) wdrażać w życie. A już zdanie "Co się za mną dzieje, naprawdę nie istnieje" mnie jako solipsystę[citation needed] musiało szczególnie zachwycić.

Końcówka tej przydługiej listy mogłaby stworzyć cały mój komentarz, gdyby moja ulubiona para redaktorów prowadzących postanowiła kiedyś zrobić audycję o kobietach. O nich to właśnie dwie dekady temu śpiewał Norbi, twierdząc, że są gorące. Nie wiem, może akurat w jego okolicy była epidemia grypy.

Dalej mógłbym uzupełnić listę utworem "Bitch" Meredith Brooks, który to utwór strasznie przypadł mi do gustu. Choć podmiot liryczny jest wyraźnie żeński, ze względu na genderową obojętność języka angielskiego mogłem sobie nucić znaczne części refrenu jako uzupełnienie opisywanego już "Walking Contradction Green Day. I nadal mi się tego miło słucha.

* * *

Dwie dekady temu myśmy z przyjaciółmi planowali Sylwestra w klimatach hipisowskich. Akurat Nieogolony miał mieć wolną chatę, więc wbiliśmy do niego z Niewesołym. Ubraliśmy najbardziej hipisowskie rzeczy, na jakie było nas stać, czyli po kilka zestawów bransoletek indyjskich, a do tego ja miałem własnoręcznie* z Czarną-Białą robioną koszulkę w nasprejowane kwiaty, a Nieogolony bandanę. Z odtwarzacza leciała składanka "Children of the Revolution", Jimi Hendrix i tym podobni. Wszyscyśmy jarali, a Niewesoły zarzucił kwasa i zaczął oglądać album z malarstwem Salvadora Dali. Do północy udało się klimat utrzymać, potem wyszliśmy na spacer z psem, a idąc między wybuchającymi petardami czuliśmy się jak na przedmieściach Stalingradu zimą czterdziestego drugiego roku. Po powrocie nieco oklapliśmy z sił, zmieniliśmy pokój imprezy i nad narkotykami zaczął przeważać alkohol. Do wieży włożyłem pożyczoną od rodziców płytę Elektrycznych Gitar "Na krzywy ryj", którą wziąłem, bo otwierał ją utwór "Ja jestem nowy rok". Płyta się w odtwarzaczu zapętliła, co nam nijak nie przeszkadzało, bo zaczęliśmy snuć nasze wspomnienia z właśnie zakończonego 1997 roku, miesiąc po miesiącu. Przez pierwsze sześć miesięcy Nieogolony perorował długo o swych problemach i perturbacjach w związku, podczas gdy myśmy z wciąż tripującym Niewesołym milczeli (przy czym Niewesoły całkowicie). Od lipca to ja zacząłem opowiadać o mych perturbacjach w związku damsko-męskim, podczas gdy Nieogolony, którego historia się ustabilizowała po wyjeździe jego ukochanej na studia do innego miasta i wciąż tripujący Niewesoły milczeli (przy czym Niewesoły całkowicie). I gdzieś tak podczas dziewiątego lub dziesiątego już miesiąca naszego naprzemiennego żalenia się na "nasze" kobiety z głośników po raz trzeci poleciał utwór "W pewnym mieście", a w nim refren "A-a-a-a, kobieta zła" i Niewesoły wybuchł głośnym śmiechem. Znacznie poprawiło nam to humor, wyrywając nas z melancholii i resztę imprezy spędziliśmy już w bardziej durowej tonacji. A ten utwór nieodmiennie kojarzyć mi się będzie z tym właśnie, formalnie hipisowskim, Sylwestrem.

niedziela, 31 grudnia 2017, nieuczesany23

Polecane wpisy

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA