Blog > Komentarze do wpisu

"A Minor Variation" Billy Joel

Ponoć Blue monday, najbardziej depresyjny dzień roku, dopiero za tydzień. Mój nastrój jednak nie przejął się kalendarzem i dotarł do niego z niespotykaną dla siebie energią już dziewięć dni przed czasem. Może dlatego, że wzór Cliffa Arnalla nijak do mej sytuacji nie pasuje: nie dołują mnie długi zaciągnięte na Święta, dlatego że ich nie wziąłem, bo swą zdolność kredytową niemal do cna wykorzystałem już wcześniej; nie martwią mnie zawalone postanowienia noworoczne, bo nie zdążyłem ich jeszcze zbytnio sobie zdefiniować. A jednak marna pogoda i niski poziom energii połączony z poczuciem potrzeby, by jednak wreszcie coś zrobić wystarczyły, wspomożone odczuciem życiowej stagnacji. I gdy szwendałem się dziś ulicami miast żwawo i energicznie przejechać z punktu A do punktu B pojazdem mechanicznym, zacząłem nucić sobie przychodzący regularnie mi na myśl w czasie mych dołków psychicznych utwór "A Minor Variation" Billy'ego Joela.

"Some days I have to give right in to the blues", rozpoczyna bowiem podmiot liryczny ten utwór i trudno odmówić mu racji w dzień, gdy sam "oddałem dzień bluesowi". Smutkowi i melancholii - ale nie rozpaczy. To nie jest nastrój na melodramatyczne rzucanie się pod pociąg, ale właśnie na włóczenie się noga za nogą mało ruchliwymi bocznymi uliczkami, wpatrując się w pokryte ciężkimi, szarymi chmurami niebo i "znikąd nie oczekując pomocy". Taki dzień, jak mawia mój ulubiony polski poeta Jonasz Kofta w wierszu "Blues minus", "przychodzi na każdego człowieka" i dziś przyszedł na mnie. Nie chciało mi się szarpać jak niewychowanemu ordynusowi, lecz z rezygnacją się mu poddałem.

Może to, poza składnikami wzoru Cliffa Arnalla, kwestia poczucia, że szarpanie się nic nie daje? Poczucia, że choć staram się zmienić jakoś swą sytuację, czasem nawet niemałym nakładem pracy, to ostatecznie wciąż ląduję w tej samej sytuacji i mój wpis sprzed ośmiu i pół roku pt. "Moja rzeczywistość niedoboru" wciąż jest aktualny. A choć zwolniło mi się trochę miejsca na dysku, to dla odmiany odczuwam teraz wyraźny niedobór wolnego czasu. I wciąż doskonalę swe umiejętności dysponowania resztkami i wciąż zdarza się, że rozwala mnie psychicznie myśl, że wciąż muszę ją doskonalić. ("Chciałbym kiedyś kupić sobie coś niepotrzebnego", naszła mnie chęć, gdy w czasie szwendaczki natknąłem się na ulicę ze sklepami. Wciąż bowiem sobie tego odmawiam, bo pieniądze są mi potrzebne na rzeczy, które, cóż, są mi potrzebne.)

"Despite how I try to keep fightin' / It's a sure shot I'm going to lose", śpiewa artysta, gdy ja odczuwam, że nawet jeśli się wezmę (bo wciąż mam poczucie, że powinienem, tylko sił mi brakuje), to i tak sytuacja wyglądać za czas jakiś będzie tak samo. Niektóre rzeczy najwyraźniej się nie zmieniają. Po co więc się szarpać? ("Po co?" to w takie dni doskonałe pytanie.)

I tak jak śpiewa dalej Billy Joel, "More of the same thing / Don't even hurt it's been part of the pattern". I faktycznie to odczucie nie jest bolesne jak złamane serce czy wbita drzazga. To raczej zobojętniała akceptacja stanu rzeczy. Och, za dzień lub dni parę znów uwierzę, że jestem w stanie coś zmienić, a może nawet, że przesuwać góry[citation needed]. Ale teraz, jak radzi podmiot liryczny, można usiąść i z kubkiem wina zaakceptować tę minorową wariację.

Kiedyś chciałem opisać to uczucie, gdy dopada mnie dół (co zdarzało mi się kiedyś znacznie częściej niż teraz; albo więc jest mi statystycznie lepiej, albo też "stwardniałem w swej skorupie" i nie daję się temu przejawowi emocji przebić).

"Dół – cudowne uczucie – kiedyś je dokładnie opiszę (te łaskotanie w klatce piersiowej, odczucie „guli” w przełyku, etc.)." [31.03.0]

Nie udało się, przede wszystkim, że gdy dół dopada, to trudno się zmobilizować ("po co?"). Jakkolwiek pamiętam, że wtedy pierwsze symptomy psychosomatyczne przychodziły chwilę wcześniej (kwadrans? pół godziny? godzinę? raczej nie więcej) niż całkowity brak chęci. Nie udało mi się to też teraz i nie uda mi się, bo takiego "standardowego" doła, z gulą w przełyku, nie miałem już od lat.  

Nie wiem, czy udało mi się dobrze opisać już późniejszy stan myśli podczas psychicznego dołka. Ale dość nieźle, moim zdaniem, udało się to Billy'emu Joelowi na jednej, jedynej jego płycie, którą znam. Wspominałem o niej już nieraz i nieraz jeszcze wspomnę, bo niebawem miną dwie dekady, odkąd zacząłem jej słuchać i słowa większości utworów nierzadko potem brzmiały w mej głowie, tak jak dziś zabrzmiały słowa tego. A tymczasem poczekam na wieczór, by napełnić kubek winem i porozkoszować się swą melancholią.

PS. Niestety okazuje się, że zarówno zapalenie fajki, jak i dłuższy spacer z dzieckiem znacząco utrudniają późniejsze rozkoszowanie się melancholią. Cóż, Blue monday dopiero za tydzień, mam jeszcze czas.

poniedziałek, 11 stycznia 2016, nieuczesany23

Polecane wpisy

  • "1979" The Smashing Pumpkins

    Drugim z albumów, które mocno kojarzą mi się z wrześniowym wyjazdem na hacjendę Niemałego dwie dekady temu , jest "Mellon Collie and the Infinite Sadness᥿

  • "12 groszy" Kazik

    Przez długie lata w odróżnieniu od rówieśników nie byłem fanem twórczości Kazika. Do dziś zresztą nie odróżniam jego formacji, projektów, zespołów i kapel: nie

  • "Henryk Kwiatek" Świetliki

    Nie pamiętam już dokładnie , kiedy po raz pierwszy zetknąłem się ze Świetlikami: czy był to rok szkolny 95/96, gdy ledwie co wydali swą debiutancką płytę, czy

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA